Słowa „Pan Bóg Cię kocha” były dla Michała Bukowskiego frazesem. Jezus był dla niego gościem, który dwa tysiące lat temu chodził w długiej szacie po świecie, mówił o Bogu i w końcu został ukrzyżowany. – Nie robiło to na mnie wrażenia. Wiara była czymś obcym i zupełnie niezrozumiałym – mówił Michał na spotkaniu młodych w Garbowie, gdzie podzielił się świadectwem z uczestnikami SMAL.
Po sąsiedzku
Od najmłodszych lat mieszkał w krakowskiej kamienicy, która sąsiadowała z ogrodzeniem kościoła. Jak się wychylił z balkonu, śmiało mógł w kościół rzucić jajkami. Zresztą robił tak nie tylko dla zabawy, ale i za kasę, którą dostawał od kumpli za celny rzut. Mieszkanie było bardzo małe, a oni mieszkali tam w piątkę. Rodzice, dwoje dzieci i babcia. – Jeśli ktoś myśli, że babcia zadbała o moją religijność, to jest w błędzie. Zamiast Różańca uczyła mnie stawiania kart, a wskazując na kościół, mówiła, żebym się przeżegnał, ale za nic tam nie wchodził, bo to patologia. Rodzice też stronili od spraw związanych z wiarą. Bliżej im było do kieliszka niż do Pana Boga. Wychowawczo dostawałem od ojca kapciem i to był jego wkład w moje młode życie – mówi Michał. Jako nastolatek był gruby i niski, ale odważny i pyskaty.
Brzuch i kreda
– Chodziłem po osiedlu, jakbym miał arbuzy pod pachami i z chłopakami myśleliśmy, co by tu ciekawego zrobić. Pomysły były różne, np. obrzucić tramwaj lodami. Tak dotarłem do gimnazjum, gdzie w planie była lekcja religii. Już się cieszyłem na myśl, jak się ponabijam z katechety. Siadłem w ostatniej ławce. Po dzwonku drzwi się otwierają, najpierw wchodzi wielki brzuch w czarnej koszuli, potem jakiś gość. Na tablicy kredą napisane są słowa „katecheza” i „temat”. Gość opiera się plecami o tablicę i ma napis na koszuli. Zaczynam się śmiać. On podchodzi do mnie i mówi „Michał, Jezus Cię kocha”. Nie robi to mnie wrażenia, w zasadzie nie znam żadnego Jezusa. Jakoś lekcja leci – opowiada Michał.
Za jakiś czas katecheta podchodzi do Michała na przerwie i proponuje mu, by pojechał na spotkanie młodych do Dursztyna. – Pojeździsz na sankach, wygrasz bitwę na śnieżki, pogadasz z kumplami, dobrze zjesz, czegoś się dowiesz – zachęca nauczyciel. Michał na to, że może by i pojechał, ale nie ma kasy, a to trzeba 350 zł. – Wtedy ten katecheta mówi, że będzie się modlił, żeby te pieniądze się dla mnie znalazły. Pomyślałem, że to świr. Wracam do domu i na pytanie mamy, jak w szkole odpowiadam, że „patologia” i mówię, że katecheta powiedział, że będzie się modlił o kasę dla mnie. Mama zgodziła się, że to patologia – mówi Michał.
Kurtka z nieba
O sprawie zapomniał. Kilka tygodni później pojechał z ojcem do lumpeksu, żeby w odzieży używanej kupić kurtkę zimową. – Przymierzam jakąś, wyglądam tragicznie, ale zapinam się, wkładam rękę do kieszeni, odruchowo bawię się czymś, co w kieszeni wyczułem. Nagle przychodzi myśl, że to odzież używana i pewnie ktoś zostawił w kieszeni zasmarkaną chusteczkę. Robi mi się słabo, ostrożnie wyciągam rękę i trzymam w niej jakiś banknot. To nie są złotówki, wołam ojca i mówię mu, co znalazłem. On uśmiecha się szeroko, zabiera mi banknot i leci do kantoru. Wymienia norweskie pieniądze, bo takie znalazłem, i mamy 250 zł. Pytam go na co wydamy, a on mi, że może bym pojechał na ten wyjazd w ferie. Szczena mi opada, wciąż brakuje mi 100 zł. Idę w niedzielę do babci na obiad, a ona cichaczem daje mi dokładnie stówę, zaznaczając „tylko nikomu nie mów”. Dociera do mnie, że mój brzuchaty katecheta powiedział, że pomodli się, żeby pieniądze dla mnie się znalazły. Nie mam wyjścia. Jadę. W Dursztynie dostaję pokój z kumplem z osiedla, którego namówiłem na wyjazd. Próbujemy jakoś zamknąć nasz pokój, ale nie ma klucza. Kombinujemy, co zrobić, przychodzi katecheta i pyta, co wyprawiamy, my mu na to, że chcemy jakoś zamknąć, żeby nas nikt nie okradł. On wtedy mówi „dajcie spokój chłopaki, tu wszyscy wierzą w Jezusa”. Dla niego to oczywiste, że nikt nie kradnie. Dla nas szok – mówi Michał.
Szpagat
Właśnie wtedy zaczął poznawać Jezusa. Po powrocie zapisał się na spotkania wspólnoty w parafii. – Mam 16 lat, chodzę na Msze św., modlę się na spotkaniach, słucham o Bogu, ale jak wychodzę stamtąd, idę do kumpli. Oglądamy pornografię, palimy, czasem trafią się narkotyki. Poznaję dziewczynę, z którą łączy mnie seks. Żyję w dwóch światach. Czuję, że nogi mi się rozjeżdżają, a szpagatu nie umiem. Zbliża się wyjazd na takie duże młodzieżowe spotkanie jak wasz SMAL, postanawiam, że jadę i powiem tam, że występuję z Kościoła – opowiada.
Zaczyna się spotkanie, na scenę wychodzi jakiś braciszek z wielkim trochę dziwnym uśmiechem. Zaczyna mówić o Jezusie, cały czas kipi z niego radość. – Wygląda jakby coś brał, podchodzę do niego i pytam „bracie, co bierzesz, ja bym też tak chciał”. On mi na to „To się nazywa Duch Święty”. Od słowa do słowa gadamy, on pyta czy nie chcę spowiedzi, mówię mu, że tyle razy się spowiadałem i dalej ćpam, żyję z dziewczyną, oglądam pornografię. Nie robi to na nim wrażenia i mówi mi, żebym poprosił Ducha Świętego. Idę do spowiedzi. Czuję, jak spokój zalewa moje serce. To lepsze niż wszystkie używki razem wzięte. Dostaję od zakonnika Pismo Święte i zaczynam sobie czytać. Wpada mi w oko fragment „Synu jeśli chcesz iść za Panem, przygotuj się na doświadczenia”. Nie brzmi wesoło, ale postanawiam się trzymać Ducha Świętego. Wracam do domu, idę na spotkanie z moją dziewczyną, a ona otwiera mi drzwi w samym ręczniku. Już wiem, że łatwo nie będzie. Mówię jej, że chcę czystości. Ona nie rozumie i mnie rzuca. Kumple z osiedla, kiedy przestaję palić, kasuję bilety w tramwaju, nie ściągam, odwracają się ode mnie. Jestem sam i płaczę. Wołam do Ducha Świętego, otwieram Pismo święte i trafiam na fragment, że ci, którzy we łzach sieją, żąć będą w radości. W sercu mam pokój, chce mi się żyć. Wszystko się układa. Powstaje zespół „Młode koty”, poznaję Zuzię – moją żonę. Ze sprzedawcy kebabów trafiam do telewizji do studia katolickiego Raban. Dostaję więcej niż mógłbym sobie wymarzyć – mówi Michał.
Młodzi na SMAL-u słuchali Michała. Każdy z nich ma swoją własną historię życia, ale wiedzą na pewno, że jaka by ona nie była, Bóg da sobie z nią radę.








