Orka na ugorze?

ks. Rafał Pastwa

|

Gość Lubelski 07/2015

publikacja 12.02.2015 00:00

W kilku miejscach ciągniki zablokowały drogi. Kierowcy i podróżni się irytują. Pojawiają się komentarze, że jak gospodarza stać na traktor z klimatyzacją, to nie powinien narzekać.

 Bierność rządu zmusiła rolników do podjęcia protestu Bierność rządu zmusiła rolników do podjęcia protestu
Zdjęcia ks. Rafał Pastwa /Foto Gość

Tymczasem rolnicy za nowoczesne maszyny zazwyczaj spłacają kredyty. A pożyczki biorą także po to, by w ogóle utrzymać gospodarstwa, bo to, co wyprodukowali w ubiegłym roku, sprzedali poniżej kosztów produkcji. Dlatego kilkuset przedstawicieli rolników z terenu całej Lubelszczyzny podjęło protest, także pod urzędem wojewody lubelskiego.

Zarabiają pośrednicy

Podczas protestu rolniczego pod Lubelskim Urzędem Wojewódzkim odczytano petycję zawierającą listę postulatów do premier Ewy Kopacz.

Rolnicy domagają się m.in.: wprowadzenia rozwiązań prawnych, które zahamowałyby masową wyprzedaż ziemi po 2016 r., przyjęcia ustawy o sprzedaży bezpośredniej, wsparcia w postaci rekompensat za utracone dochody dla producentów bydła opasowego, którzy ucierpieli na skutek rosyjskiego embarga, podjęcia interwencji w celu przywrócenia eksportu polskiej wieprzowiny na rynki wschodnie, podjęcia działań blokujących spadek cen mleka w skupach i odejście od kar za przekroczenie kwot produkcji mleka oraz ochrony polskiego rynku zbóż i jabłek. Wojewoda lubelski, Wojciech Wilk, zapewnił, że przekaże postulaty pani premier. – Strona rządowa od dawna nie prowadzi dialogu w tej sprawie. Załamały się cenowo wszystkie rynki, ceny upraw i trzody są według instytutów badawczych poniżej kosztów produkcji – komentuje Teresa Hałas, przewodnicząca rady wojewódzkiej NSZZ RI „Solidarność”. – Na pracy rolnika zarabiają przetwórcy i sprzedawcy, a on sam otrzymuje grosze za najcięższy odcinek pracy – dodaje T. Hałas.

Ile mięsa w mięsie

Gustaw Jędrejek z gminy Garbów prowadzi dwudziestopięciohektarowe gospodarstwo rolne oraz hodowlę trzody chlewnej. W ciągu roku jest w stanie wyhodować pół tysiąca tuczników. Jest również wiceprzewodniczącym Lubelskiej Izby Gospodarczej. – Zadaniem izby jest opiniowanie ustaw i rozporządzeń dotyczących rolnictwa, ale zazwyczaj nasze opinie nie są brane pod uwagę – martwi się G. Jędrejek. – Każdego roku widzimy, że trzeba dokładać do hodowli, bo sprzedajemy tuczniki często poniżej kosztów produkcji. Ludzie się zastanawiają, skąd rolnik bierze pieniądze, by dokładać do interesu. Rolnik bierze kredyt. Inaczej trzeba by było zamknąć gospodarstwo – tłumaczy. – Ponadto o 50 proc. spadło w naszym kraju pogłowie tuczników. Tymczasem z zagranicy sprowadza się do nas warchlaki. Pozyskane z nich mięso uznaje się za produkt polski. Konsumenci kupują mięso i wędliny z polskiego zakładu, określane jako produkt polski, ale w rzeczywistości mięso pochodzi np. z duńskich świń – wyjaśnia producent. – Na lata 2015–2020 Ministerstwo Rolnictwa chce wprowadzić program odbudowy pogłowia tuczników w Polsce i chce przeznaczyć na to spore pieniądze. To nie ma sensu! Lepiej zainwestować w powstanie małych zakładów przetwórczych oraz spółdzielni. Gdyby te powstały, to rolnicy sami zaczną hodować więcej zwierząt – konkluduje Jędrejek. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby powstanie spółdzielni na wzór francuski, gdzie rolnicy produkują żywność, potem sami ją przetwarzają i sprzedają. Dzięki temu konsumenci mieliby tańszą i zdrowszą żywność. Ja sprzedaję do skupu tucznika poniżej 4 zł za kg. Każdy wie, ile za mięso i wędlinę trzeba zapłacić w sklepie. O cenie w stosunku do jakości lepiej nie wspominać – podsumowuje G. Jędrejek.

Pole minowe

Piotr Omiotek z Krzczonowa uprawia zboża, rzepak i buraki cukrowe na obszarze 90 hektarów. – W tej chwili mam 600 tys. kredytu – mówi. – Sprzedajemy poniżej kosztów produkcji. Żeby rozwijać gospodarstwo i przystąpić do prac na wiosnę, muszę wspomagać się kredytem. Każdego roku tak samo – komentuje. – W ubiegłym roku za tonę pszenicy otrzymywałem 640 zł. Podczas gdy jej wyprodukowanie kosztuje rolnika ok. 750 zł – wyjaśnia Piotr Omiotek. – Nie oczekujemy chwilowego podniesienia cen, ale długoletniego planu gospodarczego. A tymczasem nie mamy gwarancji cen minimalnych – zaznacza.

Zakazany owoc

Roman Chudzik z Jastkowa należy do grupy producentów owoców. Na dziesięciu hektarach uprawia wiśnie. – Cięgle słyszę, że rolnicy dostali maszyny i ciągniki z Unii Europejskiej oraz wielkie dopłaty, a teraz wyszli protestować. Tylko żeby dostać dopłatę do ciągnika, trzeba było mieć spory wkład własny. Gdy polscy rolnicy otrzymali dopłaty unijne do niektórych upraw, w górę poszły ceny środków ochrony roślin i nawozów sztucznych – wyjaśnia. – Otrzymałem do mojego 10 ha gospodarstwa dopłatę w wysokości 8700 zł. Jednorazowo na jeden zabieg opryskiwania plantacji wydaję niekiedy półtora tysiąca zł., a takich zabiegów trzeba wykonać czasami kilkadziesiąt. Nasze dopłaty są trzykrotnie niższe niż rolników z innych krajów europejskich – tłumaczy R. Chudzik. – Rzadko się mówi o tym, że społeczeństwo na wsi ubożeje. Kto ma małe gospodarstwo, nie jest w stanie utrzymać się z niego. Niekiedy ratunkiem dla takiej rodziny jest starsza osoba, która utrzymuje ze swojej renty pozostałych – mówi sadownik.