To Bóg pomógł posklejać rodzinę

Agnieszka Gieroba Agnieszka Gieroba

dodane 04.11.2017 14:45

Rodzinny dom pamięta jako miejsce, gdzie zawsze był alkohol, strach i niepewność. Nie brakowało też przemocy. Zmarnowane dzieciństwo było prostą drogą do tego, by zmarnować całe życie, szczególnie wówczas, gdy mając 12 lat, trafia się do domu dziecka. - Bóg jednak miał dla mnie inny plan - dawał świadectwo w czasie rekolekcji ewangelizacyjnych Robert.

Życie bez Pana Boga czyni nas niewolnikami grzechu Życie bez Pana Boga czyni nas niewolnikami grzechu
Agnieszka Gieroba /Foto Gość

Do domu dziecka trafił z czwórką rodzeństwa. Najmłodsza z sióstr Beatka miała wtedy 4 lata. To on wcześniej się nią opiekował. Dbał, by miała co jeść, mył ją i ubierał. W domu dziecka ich rozdzielono. Beata została adoptowana i rodzeństwo straciło kontakt na ponad 30 lat.

- Co tu dużo mówić, w domu dziecka łatwo nie było, ale przynajmniej nie było wódki i awantur. Wierzący, oczywiście, nie byłem. W tamtych czasach Pan Bóg w takich placówkach w ogóle nie istniał - opowiada Robert.

Jedna z koleżanek w szkole dała mu kiedyś obrazek z Matką Bożą. Nie wiedział za bardzo, co z nim zrobić. Wierzący nie był, ale wydawało mu się, że wyrzucić jakoś tego nie wypada. Włożył więc obrazek w ramki widoczku, który wisiał w jego sali.

- Nie zrobiłem tego, by wyrazić swoje przywiązanie czy zamanifestować wiarę, bo było mi to obojętne. Wieczorem na obchód, który odbywał się codziennie, przyszedł akurat dyrektor. Jak zobaczył Matkę Bożą, wpadł we wściekłość. Spuścił mi takie lanie, że do dziś je pamiętam. Pomyślałem wtedy: „Ta Matka Boża musi być kimś fajnym i bardzo znaczącym, skoro tak wkurzyła dyrektora”. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o mój kontakt z Kościołem w dzieciństwie - opowiada Robert.

Grając w piłkę na podwórku, poznał kilku chłopaków z sąsiedztwa. Z czasem zaprzyjaźnił się z jednym z nich i odwiedzał go w domu.

Robert wie, że wszystko zawdzięcza Panu Bogu   Robert wie, że wszystko zawdzięcza Panu Bogu
Agnieszka Gieroba /Foto Gość
- Dla mnie te wizyty były czymś upragnionym. Mogłem zobaczyć normalny dom, tak bardzo inny od tego, który pamiętałem. Tam pierwszy raz spotkałem też Iwonkę, moją żonę - opowiada.

Wcześniej jednak przyszedł czas kończenia szkoły.

- Wezwał nas dyrektor, ustawił w rzędzie, patrzył na świadectwo, potem na delikwenta i decydował, kim ma być w przyszłości. Gdy przyszła moja kolej, popatrzył chwilę i zawyrokował, że będę górnikiem. Nie miałem nic do powiedzenia. Dziś mogę mu podziękować. To ciężki, ale dobry zawód, który dał utrzymanie mojej rodzinie, choć po pierwszym dniu na przodku byłem załamany. Gdy wyjechałem na powierzchnię pomyślałem, że takie życie jest bez sensu. Miałem myśli samobójcze, ale Bóg czuwał nade mną - mówi Robert.


W Iwonie zakochał się od pierwszego wejrzenia. To dla niej przygotował się do bierzmowania przed ślubem i poszedł do spowiedzi.

- To wszystko jednak było tylko incydentem. Tak naprawdę dalej pozostawałem człowiekiem niewierzącym - przyznaje.

Po ślubie zamieszkali z mamą Iwonki, którą Robert bardzo lubił. Była mu szczególnie bliska, bo jak on wychowała się w domu dziecka.

- Patrzyłem codziennie na moją teściową i moją żonę, jak rano i wieczór klękają do modlitwy. Co niedziela - czy deszcz, czy mróz - moje kobiety szły do kościoła. Ja stawałem przy oknie i patrzyłem na nie, ale nie szedłem. Zadawałem mojej żonie masę pytań o Boga, o to, jak się modlić, o wiarę. Ona cierpliwie mi odpowiadała - mówi Robert.


Którejś niedzieli, jak zwykle, panie poszły do kościoła, a Robert wyglądał przez okno.

- Coś nagle we mnie się zmieniło. Zapragnąłem pójść za nimi. Szybko się ubrałem i poszedłem w odpowiedniej odległości, żeby mnie nie zobaczyły. Byłem w kościele pierwszy raz od wielu lat. To, co się działo na Mszy, było dla mnie jak magia. Ludzie wstawali, siadali, mówili coś, a ja nie wiedziałem, jak się zachować. Jednocześnie było mi tam zwyczajnie dobrze. Od tamtej pory zaczęły się moje intensywne poszukiwania Pana Boga. Dużo czytałem, rozmawiałem z żoną i księżmi, w końcu przygotowałem się do pierwszej prawdziwej spowiedzi w moim życiu. Wiedziałem, że chcę być blisko Pana Boga. Uczepiłem się Go jak deski ratunkowej. Bałem się, że bez Niego zginę w życiu, że nie uda się nasze małżeństwo, że zejdę na jakieś manowce. Nigdy się nie zawiodłem - mówi Robert.


Wszystko zaczęło się układać. Pozostawało jednak jakieś takie pragnienie, by być jeszcze bliżej Pana Boga.

- Chodziliśmy do kościoła, modliliśmy się, ale chcieliśmy czegoś więcej. Nie wiedzieliśmy tylko, jak się za to zabrać. Poszliśmy nawet na jakieś spotkanie, na którym ktoś mówił o sposobach manipulacji Świadków Jehowy. Byli tam sami emeryci i my. I choć wykład był ciekawy, to nie było to. Któregoś razu w sklepie żonę zaczepiła kobieta z pytaniem, czy nie chcielibyśmy przyjść na spotkanie Domowego Kościoła. Nie wiedziała, co to jest. Po rozmowie postanowiliśmy, że spróbujemy. Poszliśmy na pierwsze spotkanie i trochę się przeraziliśmy. Tam wszyscy jakoś tak spontanicznie się modlili, a my nie wiedzieliśmy, jak to robić. Myśleliśmy, że to nie dla nas, ale jednocześnie coś nas ciągnęło i poszliśmy na kolejne spotkania. Chodzimy tak już 20 lat i wiemy, jaką siłą jest wspólnota. Czasami ci ludzie są bliżsi niż rodzina i bardziej można na nich liczyć - mówi.

Wie, co mówi, bo jest to poparte własnym trudnym doświadczeniem. Kilka lat temu poważnie zachorowała jego żona. Przeszła kilka operacji, w tym także taką ratującą życie. W tym czasie poważnie zachorowała też jej mama. Robert biegał między jednym szpitalem a drugim. Wspólnota nie tylko za nich się modliła, ale i zajęła się wszystkim, czym było można.

- Miałem na głowie umierającą teściową, żonę w ciężkim stanie oraz dom i dzieci. Nie wiem, jak dałbym radę bez pomocy innych. Ktoś przyniósł obiad, ktoś inny odrabiał z dziećmi lekcje, robił zakupy. Cały czas czułem wielkie wsparcie i pokój w sercu, mimo grozy sytuacji. Iwonka wyzdrowiała - mówi Robert.

Siła modlitwy wspólnoty w życiu Roberta i Iwonki sprawdziła się raz jeszcze. Od dawna Robert miał w sobie pragnienie odnalezienia najmłodszej siostry. Tylko on ją pamiętał. Pozostałe rodzeństwo było zbyt małe, by Beata zapadła im w pamięć. Ale też chcieli ją odnaleźć.

Ośrodek adopcyjny odmówił udzielenia informacji. W intencji odnalezienia rodzeństwa modliła się cała wspólnota przez rok. W końcu się udało.

- To kolejny cud, by po tylu latach odnaleźć swoją najmłodszą siostrę i znowu być rodziną. Jak patrzę na nasze życie, widzę, że jesteśmy rodziną sklejoną "na Bożą ślinę". Po ludzku nie mieliśmy szans. Z Bogiem wszystko jest możliwe - mówi Robert.