Rok temu zmarł Zbigniew Wodecki

ks. Rafał Pastwa

dodane 22.05.2018 13:35

Zmarł w jednym z warszawskich szpitali w wieku 67 lat. To był wykształcony muzyk i prawdziwy artysta, człowiek pozytywnie nastawiony do życia.

Zbigniew Wodecki podczas koncertu w Chełmskim Domu Kultury Zbigniew Wodecki podczas koncertu w Chełmskim Domu Kultury
Ks. Rafał Pastwa /GN

Sam o sobie mówił, że jest "śpiewającym muzykiem". Był człowiekiem o niezwykłym talencie i umiejętnościach, miał też ogromne poczucie humoru. Zbigniew Wodecki po koncercie w Chełmie, udzielił nam obszernego wywiadu.

Wodecki swoją przygodę z muzyką zaczął już w wieku 5 lat. Z wyróżnieniem ukończył szkołę w klasie skrzypiec Juliusza Webera. Był skrzypkiem Orkiestry Symfonicznej PRiTV oraz Krakowskiej Orkiestry Kameralnej. Jako wokalista zadebiutował w latach 70. ub. wieku. Wszyscy znamy jego przeboje - "Zacznij od Bacha" czy "Izolda". To jednak "Pszczółka Maja" przyniosła mu popularność. Zbigniew Wodecki był laureatem wielu konkursów i festiwali. Był wybitnym instrumentalistą, kompozytorem, aranżerem.

Tak odpowiadał na pytania zadane przez dziennikarza lubelskiego GN. 

Ks. Rafał Pastwa: Żyje Pan na walizkach?

Nie tyle na walizkach, co w samochodzie (śmiech).

Pan jest nie tyle artystą estradowym co muzykiem. Co powiedziałby Pan na temat poziomu muzyki w Polsce i roli muzyków?

Status prawdziwych artystów spadł. Ich pozycja także. Bo ludzie dzisiaj nie są w stanie za bardzo odróżniać plewy od ziarna. Może ostro powiedziałem, ale tak jest. Internet jest wielkim osiągnięciem, ale przez to nie wiadomo, kto jest artystą, a kto nie. Dzięki możliwościom komputera można z jednego utworu zrobić trzy. Tak się porobiło. Zrobił się straszny młyn. Nic nie zastąpi książki, bo książka ma coś w sobie wyjątkowego, namacalnego i pewne rzeczy się lepiej pamięta. Są pewne niuanse, których można się jedynie nauczyć, inaczej się nie uda. Trzeba się nauczyć prawdziwej muzyki, jak i tego w jaki sposób odróżnić Rembrandta od „nie-Rembrandta”.

Na temat gustu się nie dyskutuje, bo gust się ma. Jak nauczyć się odróżniać dobrą muzykę od słabej?

Mnie jest trudno powiedzieć, bo jestem skażony muzyką. Ja mam to w genach, ale tylko na tym się znam i nic innego nie potrafię robić - żeby się usprawiedliwić, bo wszystkich rozumów nie pozjadałem. Mój dziadek i tato grali na instrumentach. Ja od dziecka też grałem, siedziałem w filharmonii i słuchałem dzieł mistrzów. Później grałem w radiu, bo pracowałem w Krakowskiej Orkiestrze Symfonicznej. Nagrywaliśmy co tydzień utwory m.in. Bacha, Mozarta, Liszta, Brahmsa.

Czy nie chciał Pan, żeby Pana dzieci były muzycznie wykształcone?

Moje dzieci chodziły do szkoły muzycznej. Dziadek chodził, tata chodził, ja chodziłem - no to i moje dzieci też. Ale to nie jest obowiązek. Znajomym powtarzam, że jak ktoś ma zdolne dzieci, to nie powinien ich posyłać do szkoły muzycznej. Bo to jest miejsce dla wybitnie zdolnych dzieci. Tylko w takim przypadku to ma sens. Jeszcze trzeba mieć dużo szczęścia, żeby się w tym kierunku udało.

 

A co z lekcjami muzyki w szkole?

No, to jest zbrodnia, co nasze władze robią. Jesteśmy najgorsi po prostu w tym, w czym byliśmy najlepsi. I to za komuny! Zapomniano dziś o takich ważnych rzeczach, jak muzyka, język polski czy historia. Mówię to z bólem i pewnym żalem. Jeździłem i jeżdżę po świecie, i widzę jak to wygląda. Słyszałem jak młodzież śpiewa w Pradze, Paryżu, Wiedniu, w Nowym Yorku i w Londynie. Wystarczy posłuchać kibiców piłkarskich jak śpiewają. Wystarczy posłuchać Niemców, Anglików i posłuchać naszych kibiców. Jakbym grał w piłkę to pewnie grałbym tak, jak kibice śpiewają. Może tu jest problem naszej reprezentacji? (śmiech).

Tego trzeba uczyć już w szkole. Chodzi przede wszystkim o integrację. Jeśli się wspólnie muzykuje, to wygląda to zupełnie inaczej. Nic tak nie łączy ludzi jak wspólny śpiew, jak muzyka.

A jak poznać klasyków w takim razie?

Od tego są książki i pomoce naukowe, żeby wiedzieć na czym to polega.

Jesteśmy w stanie się ich nauczyć?

Apogeum muzyczne zostało już osiągnięte i to za sprawą geniuszy. Oni żyli kilkaset lat temu! My się ich musimy nauczyć. Już ich nie prześcigniemy, możemy się jedynie uczyć. Potrzeba wielkiego wysiłku. Wiem, że gadam tak jak emerytowany piosenkarz. Ale ja mówię o swoich błędach. Miałem wspaniałe autorytety muzyczne. Byli w stanie po kilku nutach poznać określone utwory Bacha czy Mozarta. Aż strach było przy nich cokolwiek zagrać.

Pamięta Pan jakieś zderzenie z takim autorytetem?

Pamiętam, że kiedyś ze świetną pianistką przygotowaliśmy wspaniały i trudny utwór. I myśleliśmy, że osiągnęliśmy mistrzostwo świata. Przyszedł profesor Czerny i powiedział: czy wy wiecie, co w ogóle gracie? I nam wytłumaczył wtedy na czym polega muzyka. To był przewrót w naszym myśleniu. Prawdziwy artysta żyje muzyką, on nią oddycha – a nie tylko wymienia z pamięci jakieś poszczególne kompozycje, albo je nieudolnie odtwarza.

A miejsce muzyki kościelnej? Muzyka powinna zbliżać do sacrum.

U nas może być piękna muzyka. Największe dzieła muzyki światowej powstały przecież na zamówienie papieży, biskupów i księży. Od tego się wszystko w naszej tonalnej muzyce zaczęło. Mówię tu przede wszystkim o Bachu. Dlatego w  Kościołach i innych miejscach powinna być dobra muzyka. Ale potrzeba dziś do tego edukacji muzycznej. Kto dobrze śpiewa, ten się modli.

Kto dobrze śpiewa, ten się dwa razy modli – jak pisał św. Augustyn.

Dlatego trzeba unikać tego, co jest  "pseudo".

A może trzeba zainwestować  w artystów?

Powinny być gremia artystów - ludzi elitarnych. Nie trzeba się bać tego słowa. Nie wszyscy osiągną pewne nawyki. To tak jak z higieną.

Ma Pan fantastyczne poczucie humoru. Czego Panu brakuje w naszej rzeczywistości?

Oj, trudne mi ksiądz pytania zadaje. Mam z pewnością dystans. Ale śmieszą ci „pseudo”, ci którzy niosą jednocześnie powagę i głupotę. Jeśli ktoś nie ma poczucia humoru to trzeba na takiego człowieka uważać. Nawet Pan Bóg ma poczucie humoru. Zastanawiam się czasami nad tym, jak my niekiedy śpiewamy kolędy. „Bóg się rodzi” – a tu takie zawodzenie, jakby ludzie się nie cieszyli, że Bóg się rodzi. To ma być radość!

Ale nie jest z nami chyba tak źle?

Poczucie humoru mamy fantastyczne. Wiele pokoleń zostało niestety zmarnowanych przez alkohol. To nasza bolesna historia. Trzeba to odbudować.

 

Mam wrażenie,  że kiedyś w telewizji było więcej kultury.

Zadzwonił do mnie mój kolega, i poprosił żebym włączył telewizję bo Rosjanin gra świetny koncert. Włączyłem. Piękna sala. Dyrygent z pamięci dyryguje. Młody Rosjanin gra koncert Brahmsa. Niesamowicie trudny. Poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika. Ludzie słuchają. W pierwszym rzędzie siedzi „kilkanaście milionów dolarów”. Skończyło się. Wirtuoz się kłania, brawa, owacja na stojąco. No i czytam napisy końcowe. Czasami człowiek tak szuka polskich nazwisk. I nie ma ani jednego. Na koniec spiker mówi: opracowanie Telewizja Polska. Chciałem wpaść pod stół! (śmiech). Co ta telewizja opracowała? Nawet nie wiem, czy wjazd do garażu!

A czemu tak się dzieje?

Kiedyś więcej się wydawało na kulturę. To jest ważne. Myśmy kulturalnie gonili świat. A technologicznie jesteśmy z tyłu. Pamiętacie festiwale Chopinowskie, konkurs im. H.  Wieniawskiego, Jazz Jamboree, Warszawska Jesień. To wszystko było transmitowane. Liczą się teraz tylko pieniądze. Śpiewam taką piosenkę: „heroiczne za co ginąc, zmieniliśmy za co żyć”. Tak się porobiło.

Czy wszystko stracone?

Można jeszcze dużo naprawić. Mamy dużo fantastycznej młodzieży. I w Krakowie, i w małych miasteczkach. Trzeba się uczyć dla siebie. Kultura jest bardzo ważna. Sam czytam kim był Bruegel czy Bosch. Żeby o tym nie zapomnieć. Jak oni malowali. I to tyle lat temu. A my jesteśmy na takim etapie, że jak ktoś wyłączy guziczek – to przestaną działać wszystkie urządzenia, telefony i komputery. I zostaniemy w malinach.

No właśnie. Dużo naprawiono pod tym względem w Chełmie.

Tu jesteśmy w wyjątkowym miejscu. Wszedłem na scenę w Chełmskim Domu Kultury i zobaczyłem, że jestem w jakimś fajnym świecie.

Bilety na Pana koncert w Chełmie sprzedały się w mgnieniu oka.

Być może mam tu dużą rodzinę (śmiech).

A czy łatwo dzisiaj zrobić karierę?

Najgorsze jest moim zdaniem to, że żeby zrobić w dzisiejszych czasach karierę, to trzeba być odpowiednio mało zdolnym. Mówię to jako człowiek, który grał różny repertuar muzyczny. I zastanawiam się jak to się dzieje, że średnio zdolny chłopak czy średnio zdolna dziewczyna znajdują się na pierwszych stronach gazet i robią karierę. Trzeba im oddać, że czysto śpiewają, ładnie wyglądają – bo ktoś nad tym pracuje. Ale jak to jest, że o ludziach wybitnych się nie mówi? Widocznie ci ludzie są zbyt zdolni i nie zatrzymali się w obrębie artystycznym, który przyswajalny jest dla publiczności. Ten, kto jest za bardzo do przodu, traci kontakt z przeciętnym odbiorcą. Tak się dzieje nie tylko w muzyce. Ja to sobie tak tłumaczę. Bo gdybym był zdolny tak jak Ojstrach na skrzypcach, to ksiądz by ze mną wywiadu nie robił. Bo siedziałbym pewnie gdzieś i komponował, i nagrywał.

 

I co, odkrylibyśmy Pana twórczość po śmierci?

Ostatnio odkryto moją płytę po 30. latach. Ale chcę powiedzieć, że oprócz ciężkiej pracy, wysiłku, nauki – trzeba mieć dużo szczęścia. Dla mnie bolesne zawsze było to, że ci prawdziwi artyści nie mają szans się przebić, bo jest dla nich za mało czasu. Dzisiaj wszystko musi być takie, żeby się reklamy zmieściły itd.

To pytanie o Pana płytę pt. "platyNowa".

Oczywiście ta nazwa to żart. Żeby jakoś sprowokować. Uważam, że teksty są całkiem dobre na tej płycie.

Nie byłoby pełnego wywiadu, gdybym nie spytał o "Pszczółkę Maję".

Już czwarte pokolenie tego słucha. Byłem bardzo młody wtedy. I zaśpiewałem ten utwór całkiem przypadkowo. Dzięki temu nagraniu zacząłem być znany.

Czy dobrze Panu z tym, jak Pana postrzega publiczność?

Zawsze chciałem być postrzegany tak, jak teraz.  Jestem muzykiem, skrzypkiem. Za dużo pracowałem, ćwiczyłem, żeby być celebrytą. Bawię się tym, co robię. Bo gdybym chciał pokazać to, czego się nauczyłem - to ludzie by wyszli z sali – bo to jest za trudne.

Widziałem Pana ostatnio w reklamie telewizyjnej. Ale jest nietrafiona. Myślałem, że to będzie reklama szamponu do włosów?

(śmiech) Pecunia non olet – jak mówili starożytni. Boją się pewnie, że za taką reklamę szamponu chciałbym zbyt dużo.

A czy jest jakiś sposób na bujne włosy?

No jest. Ja go mam, ale czekam na firmę, która da więcej (śmiech).

Wielu wybitnych artystów pochodzi z małych miejscowości. Warto uciekać do dużego miasta?

Wielkie miasta są normalne, choć mają świetną architekturę. Ale bardziej zintegrowane są osoby w małych miejscowościach. Okazuje się, że osoby z małych miejscowości dochodzą do wielkich sukcesów. A w dużych miastach jest pośpiech, stres, korki. Potem szukanie miejsca na parkingu. Trzeba zostawić wreszcie kompleks prowincjusza, który jest jeszcze obecny w niektórych środowiskach. Prowincjusz tak naprawdę to ten, kto uważa, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej – a nie tu gdzie on jest.