W dobrych rękach

Justyna Jarosińska

|

Gość Lubelski 39/2018

dodane 27.09.2018 00:00

Gdy ludzie chcą działać razem, problemy nie istnieją. Jak się okazuje, czasami potrzeba jedynie drogowskazu.

◄	Ksiądz Stanisław podkreśla, że centrum działa dzięki ludzkiemu oddaniu. ◄ Ksiądz Stanisław podkreśla, że centrum działa dzięki ludzkiemu oddaniu.
Justyna Jarosińska

Dwadzieścia lat temu parafię Wniebowstąpienia Pańskiego na obrzeżach Lubartowa powołał do życia abp Józef Życiński. Pierwszym proboszczem został ks. Stanisław Rząsa. Na styku miasta i wsi Lisów powstała wspólnota ludzi, którzy chcieli tworzyć coś, co przyniesie dobro nie tylko parafianom, ale także całej lokalnej społeczności.

Konkretna odpowiedź

Z budynkiem kościoła przez wiele lat graniczyły stare baraki po kółku rolniczym. – Pamiętam jeszcze, jak stały tu traktory i inne sprzęty – wspomina ks. Stanisław. – Później to niszczało. Postanowiliśmy więc wykupić ten cały plac i jakoś go zagospodarować, żeby przynosił pożytek i nie raził swoją obskurnością.

W ten sposób wśród ludzi skupionych wokół lokalnego kościoła, zrzeszonych w stowarzyszenie, powstał pomysł, by utworzyć wewnętrzną jednostkę parafialną, która mogłaby świadczyć różne formy pomocy. − Zafascynowało nas hasło roku duszpasterskiego 2008/2009, które brzmiało: „Otoczmy troską życie” – opowiada ks. Stanisław. – Chcieliśmy je jakoś konkretnie realizować. Naszą formę działalności nazwaliśmy więc Centrum Pomocy „Otoczmy troską życie” im. Karola Wojtyły.

Szybko zrodził się pomysł, by w ramach działalności centrum utworzyć miejsce, w którym ludzie będą mogli korzystać ze świadczeń rehabilitacyjnych. – Główny budynek, który sąsiadował z kościołem i w którym funkcjonowało centrum, nadawał się do użytku, trzeba go było jedynie przebudować – opowiada ks. S. Rząsa. – Udało nam się pozyskać pieniądze z Unii i od marca 2013 r. oficjalnie zaczął tu działać Zakład Rehabilitacji Leczniczej.

Potrzeby i marzenia

− Gdy ruszaliśmy z działalnością, na terenie Lubartowa i okolic był tylko szpital i jeden taki zakład – mówi Renata Kamińska, zastępca dyrektora centrum. – Szybko okazało się, że zapotrzebowanie na usługi, które proponujemy, jest bardzo duże.

Dziś, po kilku latach funkcjonowania, zakład ma swoich stałych pacjentów i ciągle przybywa mu nowych. Mają oni dostęp do wszystkich zlecanych przez lekarzy bądź fizjoterapeutów zabiegów. – Są sale do ćwiczeń, masażu, zabiegów wodnych, tych związanych z prądem i laserem – wylicza proboszcz, który czuwa nad działalnością centrum. – Udało nam się też uzyskać niewielki kontrakt na stacjonarną, ale też domową rehabilitację z NFZ – dodaje Renata Kamińska. – Na początku ludzie nie wiedzieli, że rehabilitant może do nich dotrzeć. Dziś jest naprawdę wielkie zapotrzebowanie na usługi domowe. Jest tak wiele ludzi, szczególnie niepełnosprawnych dzieci i młodych, zamkniętych w domach, którzy nie są w stanie dotrzeć do zakładu. My jeździmy, do kogo tylko możemy. Obsługujemy pacjentów w zasadzie z całego powiatu. Często dojeżdżamy nawet 40 km.

Do Centrum Pomocy ustawiają się wielkie kolejki. Na tzw. fundusz zapisać się można dopiero na czerwiec przyszłego roku. – Naszym wielkim marzeniem jest uzyskać nieco większy kontrakt z NFZ – mówi ks. Stanisław. – Owszem, ludzie mogą korzystać z zabiegów komercyjnych, ale mamy możliwości, by obsłużyć znacznie więcej pacjentów.

Budynek centrum jest duży. Oprócz sal zabiegowych znajduje się w nim także spore pomieszczenie, w którym odbywają się różnego rodzaju spotkania medyczne, szczególnie dla starszych osób, a na piętrze swoją siedzibę ma stowarzyszenie Agape. – Oni przyjmują tu wielu ludzi. Udzielają porad psychologicznych i prawnych – informuje ks. Stanisław.

Każdy, kto przyjdzie do centrum, ma także możliwość zrelaksowania się na siłowni zewnętrznej. Profesjonalny sprzęt znajduje się przed budynkiem i jest dostępny dla wszystkich.

Dzieci od Małego Karola

Parę metrów dalej znajduje się połączone z centrum przedszkole. – Długo szukaliśmy pomysłu, jak zagospodarować wykupiony przez nas i odremontowany budynek – opowiada ks. S. Rząsa. – Były różne pomysły – dodaje pani Renata. – W końcu stwierdziliśmy, że tak naprawdę mieszkańcy naszej parafii, która już w dużej mierze leży poza granicami miasta, najbardziej potrzebują właśnie przedszkola – stwierdza Sylwia Krakowiak, dyrektor nowo powstałego parafialnego Przedszkola Małego Karola.

Placówka rozpoczęła swoją działalność 1 września dzięki pieniądzom pozyskanym przez parafię w ramach projektu „My też mamy przedszkole”. – W samej gminie Lubartów nie było do tej pory żadnego przedszkola – mówi S. Krakowiak. – Wszystkie dzieci były wożone do przedszkola do miasta. Czuliśmy, że to przedszkole ma sens, szczególnie, że zależało nam na utworzeniu placówki integracyjnej, w której mogłyby się uczyć także dzieci niepełnosprawne.

Do Przedszkola Małego Karola uczęszcza dziś 50 dzieci. Najliczniejsza jest grupa czterolatków. Placówka posiada specjalistyczne umeblowanie, zabawki i sprzęt multimedialny. Każde dziecko ze szczególnymi potrzebami, wynikającymi z niepełnosprawności bądź wad postawy, ma też możliwość systematycznej rehabilitacji w sąsiednim Zakładzie Rehabilitacji. – Rodzice są naprawdę bardzo zadowoleni, że nie muszą już nigdzie wozić dzieci – mówi ks. Stanisław.

Przedszkole otoczone jest pięknym ogrodem, w którego centrum stoi plac zabaw. Wszystkiego pilnuje owczarek niemiecki Hugo. – To kiedyś był ogród proboszcza – wskazuje na perfekcyjnie zagospodarowany teren pani Renata – Oddał go jednak na potrzeby parafii.

Ksiądz Stanisław, jak stwierdza pani Renata, daje swoim współpracownikom pole do działania i wykazywania się. – Oczywiści nad wszystkim czuwa, a my, tak jak możemy, staramy się mu pomagać – mówi pan Renata.

Pracownikom zarówno Centrum Pomocy, jak i przedszkola, ale także wolontariuszom, nie brakuje pomysłów na dalszą działalność. – Ludzie przecież mają tak wiele różnych potrzeb – stwierdza zastępca dyrektora Centrum. – Teraz bardzo by się przydał dom opieki dla starszych. Środowisko się starzeje, młodzi z Lubartowa uciekają, nie ma kto się opiekować dziadkami, a ludzie czekają na naszą inicjatywę – zauważa R. Kamińska.

Problemem pozostaje przede wszystkim teren. – Nie mamy już na to miejsca – stwierdza smutno. – Jak na razie! – dodaje jednak szybko ze śmiechem.