Najtrudniej przetrwać zimę

Agnieszka Gieroba

|

Gość Lubelski 3/2019

dodane 17.01.2019 00:00

Nie potrzebują spodni w kant i koszul z mankietami. Przydałaby się za to kołdra, w którą można się owinąć, by przespać jakoś do rana. Dobrze, że choć wieczorem można napić się herbaty i zjeść ciepłą zupę.

Mobilna ekipa wyrusza w drogę codziennie wieczorem. Mobilna ekipa wyrusza w drogę codziennie wieczorem.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość

Pan Jurek jest rozbrajająco szczery, gdy mówi, że on to by sobie nawet jakoś poradził, gdyby nie alkohol. – Wie pani, ja czasem postanawiam sobie, że coś z tym zrobię, ale jeszcze nigdy mi się nie udało. Nie mam silnej woli, jak koledzy coś piją, to ja jestem bezradny i nie umiem odmówić. Dzięki temu na ulicy nie jest tak źle, szczególnie teraz, gdy w dzień można dostać zupę u brata Alberta na Zielonej, a wieczorem przyjść na ul. 1 Maja do Gorącego Patrolu. I ogrzeje się człowiek i coś zje, i herbaty dostanie – mówi.

Pomysł był ks. Mietka Puzewicza. Kiedy w 2002 roku media podawały, że Lubelszczyzna plasuje się w czołówce miejsc w Polsce, gdzie zamarza największa liczba ludzi, padło hasło, by coś zrobić, zareagować, odszukać ich, podejść z kanapką i gorącą herbatą. Stąd pomysł nazwy programu: gorący − od herbaty, patrol − od cowieczornych akcji. Początkowo było to przeszukiwanie okolic dworców, węzłów ciepłowniczych, uliczek. Z czasem potrzebujący sami wiedzieli, że wieczorem można spotkać wolontariuszy pod PKP, i na to spotkanie przychodzili. Na herbatę, ale i na rozmowę, bo jak sami mówią, wolontariusze są ich łącznikiem ze światem, kiedy można porozmawiać o czymś więcej, niż tylko gdzie i za co dziś pijemy.

Zjeść jak człowiek

– Punktem wyjścia był człowiek, nie wypytywanie o przeszłość, o przewinienia, nawet jeśli czasem zatracił swoje człowieczeństwo przez brak pracy, alkohol, utratę domu – mówi Justyna Orłowska z Centrum Wolontariatu, w ramach którego działa Gorący Patrol. Od kilku lat, przy wsparciu ratusza, patrol ma swój lokal w okolicach dworca, przy ul. 1 Maja. Dzięki temu zupę można zjeść przy stole, jak normalny człowiek, a nie na kolanie na ulicy. Można też się ogrzać, no i nie pada na głowę podczas posiłku.

Większość podopiecznych to już dobrzy znajomi wolontariuszy, którzy z Gorącego Patrolu korzystają od lat. – Dla niektórych to sposób na życie. Jak się napijesz, to wszystko jedno, gdzie i przy kim się prześpisz. Resztę da się jakoś zorganizować. Jest kilka miejsc w mieście, gdzie można pójść się umyć czy wyprać swoje rzeczy. Niektórzy dbają o to tak, że nikt by nie powiedział, że to ludzie z problemami. Innym się nie chce. Z naszą pomocą jakoś przetrwają zimę, a kiedy przychodzi wiosna i lato, każdy z nich ma swoje ścieżki, niektórzy podejmują pracę, o którą w sezonie letnim łatwiej. Do nas wracają z pierwszymi mrozami. Tak jest od lat – mówią wolontariusze.

Trzeba czasu

Gorący Patrol nie stawia bezdomnym wymagań. – To była nasza odpowiedź na papieski apel o wyobraźnię miłosierdzia – mówi ks. M. Puzewicz. Każdy, kto przychodzi, otrzymuje gorącą herbatę, zupę, jakieś drugie danie oraz drobną pomoc medyczną w postaci opatrunków czy tabletki przeciwbólowej. – Chodzi o to, by być z tymi ludźmi, by przywrócić im godność, którą utracili. Każdy z nich ma za sobą jakąś trudną historię, najczęściej więzienie, i towarzyszy mu strach przed pójściem do lekarza, wyrobieniem dokumentów, zatrudnieniem. Każde z tych miejsc może sprawić, że bezdomny zostanie jakoś zapisany, a on tego nie chce. Część z nich ma wyroki w zawieszeniu, pozostaje w różnych konfliktach i nie chce zostać zidentyfikowana. Trzeba naprawdę długiego czasu, by ktoś zachciał to zmienić.

Od kilku tygodni patrol wzbogacił się o mobilną wersję. Dzięki ludzkiej życzliwości ma wieczorami do dyspozycji busa, którym wolontariusze wyruszają do miejsc zajmowanych przez bezdomnych. – Mamy już swoją bazę adresów. Podopieczni przebywają w altankach, ogródkach działkowych, pustostanach, kanałach ciepłowniczych. Odkąd jest samochód, można dojechać w te miejsca, zawieźć coś ciepłego, koce, ubrania i opatrunki. Na wyposażeniu samochodu jest też defibrylator, gdyby zaszła potrzeba udzielania komuś pierwszej pomocy – wyjaśnia ks. Mietek.

W pomoc bezdomnym w Lublinie zaangażowanych jest około 30 wolontariuszy. To ludzie przede wszystkim młodzi duchem, którzy wyciągając rękę do drugiego, chcą zmieniać świat wokół siebie.