Nawrócona Justyna składa świadectwo o tym, jak podniosła się z dna

JK

dodane 14.02.2019 08:00

Ma 24 lata i doświadczenie ogromu Bożego miłosierdzia. Wie, że gdyby nie Jezus, mogłoby już nie być jej wśród żywych.

Justyna Kabacińska Justyna Kabacińska
Adam Abramowicz

Nazywam się Justyna Kabacińska, pragnę dzielić się świadectwem mojego nawrócenia. Kilka lat temu Bóg potężnie zadziałał w moim życiu, dał się poznać, uzdrowił i uwolnił. Dzisiaj jestem ewangelizatorką, ukończyłam studia i dziękuję mu za to, co dla mnie uczynił. Może moja historia będzie komuś pomocna. Oto ona.

Bóg był moim Ojcem od zawsze. Rodzina, w której się wychowywałam, należała do wierzących i praktykujących, jednak brakowało w niej gorliwości. Byliśmy raczej katolikami letnimi, gdyż bardzo rzadko spędzaliśmy czas na wspólnej modlitwie, nie czytaliśmy Pisma Świętego i zdarzało nam się zaniedbywać rodzinną Eucharystię niedzielną. Jako dziecko angażowałam się w przedstawienia dotyczące tematyki religijnej, jeździłam do kościoła na nabożeństwa różańcowe, uczęszczałam na "majówki" i śpiewałam w chórku kościelnym. Moja wiara na przemian słabła i umacniała się, traciłam stan łaski uświęcającej, brakowało mi wytrwałości, determinacji i być może także przykładów do naśladowania w najbliższym otoczeniu.

Relacje między moimi rodzicami nie należały do najlepszych. Rzadko widywałam ich przytulonych i szczęśliwych. Tato wyjeżdżał w sprawie pracy, popijał alkohol, co nie podobało się mamie. Ona zajmowała się domem. Więzi między nami słabły, zaś jeśli chodzi o kontakt z Bogiem, bywało różnie. Pewnego dnia zdiagnozowano u mamy nowotwór. Choroba zbliżyła ją do Jezusa, była to łaska jednocząca nas w walce o jej życie. Teraz widzę wyraźnie, że choroba nie musi być przekleństwem w życiu człowieka, może stanowić źródło łask. Od dawna pragnęłam rodzeństwa, prosiłam w ciszy mego serca Ojca Niebieskiego o to, abym nie pozostała jedynaczką. Dobry Ojciec wiedział czego potrzebuję, wysłuchał mojego błagania. Rak został pokonany i zaraz potem okazało się, że mama jest w stanie błogosławionym.

Pomimo tego dobra, którego doświadczyliśmy, z biegiem czasu zaczęłam popadać w stan przygnębienia, zamieniającego się w depresję. Małżeństwo moich rodziców się rozpadło. Doświadczałam przez niecały rok przemocy psychicznej w szkole ze strony rówieśnika - jako lider klasy wyśmiewał mnie publicznie i gnębił. Jestem bardzo wrażliwą osobą i przeżyłam to boleśnie, nie potrafiłam poradzić sobie z sytuacją. Stąd w gimnazjum cechowała mnie nieśmiałość, wstydliwość, niskie poczucie własnej wartości i przeakcentowanie roli wyglądu zewnętrznego w relacjach międzyludzkich.

Chcąc uciec od otoczenia, które zdawało mi się wpędzać mnie w coraz bardziej niekorzystny stan psychiczny, przeprowadziłam się do babci, aby dokończyć naukę w pobliskim mieście. Mama wyraziła na to zgodę. Myślałam, że wyjazd pomoże mi poznać nowych ludzi, a jednocześnie wyjść ze stanu apatii. Rzeczywistość okazała się inna. Nie czułam się w pełni akceptowana przez dziewczyny w klasie, które (jak się dowiedziałam) stosowały przed moim przyjściem przemoc słowną wobec dziewczyny, która z tego powodu opuściła szkołę. Stałam się kolejną ofiarą ich obmów.

Czytałam również książki, które zawierały treści okultystyczne i stanowiły zagrożenie duchowe. Lektury te nie pogłębiały mojej relacji z Bogiem, wręcz przeciwnie, niszczyły ją. Podjęłam walkę o siebie, korzystając z pomocy psychologa. W gabinecie dostałam propozycje wyjawienia swoich problemów w rozmowie z księdzem. Stwierdziłam, że nie jest to zły pomysł, chciałam do niego dotrzeć, ale nie zdołałam. Zamiast tego w wieku 16 lat, zaraz po przyjęciu sakramentu bierzmowania (do którego niedostatecznie się przygotowywałam), zeszłam na złą drogę.

Poznałam chłopaka i zakochałam się w nim. Bardzo. Nie wiedziałam wtedy, że był dilerem narkotyków. Nie chodził do Kościoła, ale myślałam, że zmieni się na lepsze pod wpływem naszej relacji. Postawiłam wszystko na jedną kartę i postanowiłam wieść rozrywkowe życie, a więc zakosztować wszystkiego. Ty był czas odejścia od prowadzenia moralnego życia. Zmieniłam się nie do poznania: zaczęłam pić alkohol, jeździć na dyskoteki, a następnie brać narkotyki. Przyszły pokusy, aby ulec grzechowi nieczystości. Zaprzyjaźniłam się też z koleżanką biorącą leki o działaniu narkotycznym. Wpadłam zarazem w towarzystwo ludzi palących marihuanę, mieszałam już leki z alkoholem, zdarzyło mi się brać amfetaminę i eksperymentować z innymi substancjami. Weszłam w inny stan świadomości i niemalże przez całe wakacje byłam na tzw. "haju". Najbliżsi mieli świadomość tego, co się ze mną dzieje, ale nie potrafili już mnie kontrolować, często przebywałam poza domem.

Zafascynowałam się ruchem hippisowskim, nosiłam pacyfkę i nazywałam siebie dzieckiem kwiatem. Głosiłam hasło "make love, not war". Uciekłam w świat muzyki, wagarowałam, kradłam, myślałam, że jestem wolna. Niestety dominowała nade mną choroba - zmagałam się z bulimią. Zwróciłam się w stronę innych religii, czytałam przesłanki Buddy, a co za tym idzie wypożyczyłam książki o medytacji i postanowiłam ją praktykować. Sprawy duchowe zupełnie przysłoniły mi świat, chciałam iść drogą coraz większego samodoskonalenia i oderwania od spraw ziemskich. Szkoda tylko, że nie wiedziałam wtedy, że najlepszą, najpewniejszą i najprostszą drogą do nieba jest tylko Jezus.

Pewnej nocy otrzymałam obraz ukazujący mi ukrzyżowanego Pana Jezusa, który zmienił się w inny, przedstawiający ludzi błądzących, nie patrzących na znak zbawienia, a wypatrujących prawdy w innych religiach i odchodzących od chrześcijaństwa, jednak zaraz potem znów ujrzałam krzyż zbawiciela jako potwierdzenie, że to powrót do Chrystusa otwiera bramę królestwa niebieskiego.

To, co wydarzyło się później, mogłabym porównać do pustyni. Mieszkałam u babci. Odcięta od dawnego towarzystwa postanowiłam rzucić narkotyki i alkohol, ale nie przychodziło to zbyt łatwo. Zajęłam się nauką i modlitwą. Znów uczęszczałam na niedzielną Eucharystię. Pod opieką babci nie miałam zbyt wielu pieniędzy, mieszkałam z dala od starych znajomych, ale nadal medytowałam i czytałam książki odciągające od prawdziwej wizji Boga. Nie miałam najlepszych relacji z dziadkami, ponieważ stałam się opryskliwa i odsunęłam się od nich, czasami tylko pomagałam w sprzątaniu. Nadal tez zmagałam się z bulimią.

Któregoś razu poznałam kobietę mojego taty, która była pielęgniarką i opowiedziała mi o Koronce do miłosierdzia Bożego, zmawianej przez nią nad umierającymi pacjentami. Zainteresowałam się także Dzienniczkiem św. s. Faustyny oraz zapewnieniem Jezusa, który rzekł do pokornej zakonnicy: "Kto ufa miłosierdziu mojemu, nie zginie". Zainteresowałam się również na nowo obchodzeniem pierwszych piątków miesiąca, ponieważ bałam się śmierci. Pod wpływem powolnego nabywania relacji z Bogiem, moje relacje z rodziną także uległy poprawie. Moje życie zmieniało się na lepsze. Wróciłam do domu, mogłam już mieszkać z mamą.

W głowie jaśniały mi dwa pomysły na spędzenie wakacji: pielgrzymka do Częstochowy lub wyjazd na Woodstock. Wybrałam drugą opcję i długo tego żałowałam. Wybrałam się tam z dawnymi kolegami. Ubrana schludnie i czysto pojechałam z postanowieniem przeżycia wspaniałego czasu bez spożywania alkoholu, jednak upadłam w różnych sferach. Wśród nas przechadzali się księża i ewangelizatorzy z Przystanku Jezus, ale nie miałam odwagi podejść.

Moje samopoczucie było naprawdę złe. Po kolejnym ataku bulimii zdecydowałam się wyjść na długi spacer. Ruch fizyczny pomagał mi w walce z chorobą. Trafiłam na stronkę z medytacjami, była tam mowa również o Jezusie i chrześcijańskiej wizji Boga. Ściągnęłam potrzebne materiały, które miały mi pomóc w medytacji na łonie przyrody. Co ciekawe, medytacje te odnosiły się do Jezusa i Maryi, a także św. Michała Archanioła. W konsekwencji zamiast poddawać się nadal praktykom otwierającym mnie na działanie złego ducha, zaczęłam nawiązywać dialog z Panem Bogiem. Pobrałam muzykę chrześcijańską do słuchania. Byłam coraz szczęśliwsza!

Nawet nie wiem kiedy powróciła do mojego serca prawdziwa radość i głęboki pokój ducha. Na pielgrzymce maturzystów w Częstochowie wyznałam Jezusowi moje grzechy. Prawdą stały się słowa z Księgi Izajasza: "choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją, choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna”. Od tej pory staram się uczestniczyć codziennie w Eucharystii, oddaję Jezusowi moje problemy i kłopoty, widzę, jak działa w życiu moim i moich bliskich - nadal je przemienia.

Obecnie należę do Ruchu Czystych Serc, uczęszczam na wspólnotę Guadalupe, a przede wszystkim ewangelizuję (biorę udział w akcjach typu Przystanek Jezus). Dużo czasu spędzam na modlitwie. Chcę głosić ludziom Dobrą Nowinę, mówić o miłosierdziu Jezusa, o Jego zwycięstwie nad śmiercią. Dzisiaj wiem, że nie istnieją przypadki.

Może jesteś osobą, która czyta to świadectwo, ponieważ Pan Jezus chce ci coś powiedzieć? Może ma nieodkryty jeszcze plan względem twojej historii życia? Dzisiaj mogę podziękować Mu za Jego wielkie miłosierdzie i łaskawość, uwielbić za wielkie dzieła, które uczynił w historii mojego życia, a także - wraz ze św. Teresą z Avila - powiedzieć: "Bóg sam wystarczy".