Chodzi o spełnienie

Gość Lubelski 18/2019

dodane 02.05.2019 00:00

O swoich artystycznych zainteresowaniach, i wzorowaniu się na rosyjskich mistrzach klawiatury mówi pianista Tomasz Ritter.

▲	T. Ritter wystąpi w maju podczas kolejnego KUL-owskiego Wieczoru z Muzyką. ▲ T. Ritter wystąpi w maju podczas kolejnego KUL-owskiego Wieczoru z Muzyką.
Arch. Tomasz Ritter

Ks. Rafał Pastwa: Dokładnie 19 maja w ramach Opus Magnum odbędzie się na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim nadzwyczajny recital fortepianowy z Pana udziałem. Proszę powiedzieć, jakie to uczucie zagrać koncert w swoim rodzinnym mieście?

Tomasz Ritter: Miłe, bo wiąże się z odwiedzinami domu rodzinnego. Kiedy gram w Lublinie, wiem, że wśród słuchaczy są moi przyjaciele i znajomi, jest wiele osób, które znają mnie od dawna, słuchały mojej gry, gdy miałem dwanaście czy czternaście lat. W jakimś sensie towarzyszą mi na różnych etapach mojej drogi muzycznej.

Jakich utworów i interpretacji powinna się spodziewać publiczność?

Zagram m.in. 32 wariację c-moll Beethovena i jedną z sonat Jana Hugona Vořiška, zwanego „czeskim Beethovenem”. Kto będzie słuchał tej sonaty podczas koncertu, przekona się, że ten przydomek nie jest przypadkowy. Poza tym będzie także muzyka dwóch wielkich romantyków: Fryderyka Chopina i Roberta Schumanna. Będę grał na fortepianie Broadwood z 1847 roku. Na fortepianach tej marki grywał Chopin podczas swej podróży do Anglii i Szkocji. Wybór instrumentu ma duży wpływ na sposób interpretacji, myślę więc, że słuchacze z zainteresowaniem posłuchają, jak brzmi muzyka romantyczna na instrumencie z tamtej epoki.

W Lublinie uczył się Pan w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej im. Karola Lipińskiego. Potem była nauka w Warszawie, a w 2014 roku rozpoczął Pan studia w Moskwie. Proszę powiedzieć o swoich najwcześniejszych inspiracjach związanych z fortepianem i muzyką.

Podobno pierwszym słowem, którym określałem muzykę, było słowo „Bach”. Ponieważ gdy byłem bardzo mały, rodzice co niedzielę rano słuchali programu „Dwieście kantat Jana Sebastiana Bacha” w radiowej Dwójce. W szkole chciałem uczyć się gry na organach, ale wytłumaczono mi, że jestem na to za mały i trzeba zacząć od fortepianu. Jedną z pierwszych fascynacji była muzyka Rachmaninowa, jego słynne preludium cis-moll nauczyłem się grać w wieku 10 lat w tajemnicy przed moją nauczycielką Bożeną Bechtą-Krzemińską. Potem przyszły inne fascynacje, m.in. Bachem.

Dlaczego studia w Moskwie?

Bo wiedziałem, że tam uczy Aleksiej Lubimow. Przed dwudziestu laty stworzył w Konserwatorium Czajkowskiego Wydział Wykonawstwa Historycznego i Współczesnego, na którym mogłem połączyć moje zainteresowania grą na fortepianie, klawesynie i fortepianach historycznych. Po pięciu latach studiów nie żałuję tego wyboru. Muszę też dodać, że od dawna miałem związki ze „szkołą rosyjską”. Jako dziecko zdążyłem jeszcze dwukrotnie być na kursach u legendarnego Wiktora Mierżanowa, także u Tatiany Szebanowej, dzięki której trafiłem do Iriny Rumiancewej w Warszawie. Samego Lubimowa także poznałem przed laty, dobrze wiedziałem więc, u kogo chcę studiować.

Jest Pan laureatem wielu konkursów, w tym I Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych. Co chciałby Pan osiągnąć w swojej karierze?

Bycie laureatem konkursu pomaga w wejściu na scenę, ale jest to tylko pewien etap. Obecnie chcę rozwijać różne kierunki moich zainteresowań muzycznych, z czasem chciałbym wypracować swój własny, indywidualny profil, po którym publiczność będzie mnie rozpoznawać. Bardzo mi pomaga, że mam takiego mistrza jak Lubimow, który z jednej strony jest punktem odniesienia, a z drugiej zachęca mnie, żebym szedł własną drogą. Po wspomnianym Konkursie Chopinowskim powiedział mi, że np. sonatę h-moll Chopina zagrałem inaczej niż podczas naszej pracy w konserwatorium – i w jego ustach był to komplement, bo uznał, że zrobiłem z tą muzyką coś własnego.

Jak często Pan ćwiczy, ile czasu zajmuje gra na instrumentach?

Jak każdy profesjonalny muzyk sporo czasu spędzam przy instrumencie na ćwiczeniu. To nieodzowny warunek, by móc potem wyjść na scenę, do publiczności. Ale praca nad utworem nie kończy się na ćwiczeniu, dużo czasu poświęcam na czytanie nut, dużo też potem myślę o muzyce, nad którą aktualnie pracuję. Pewne pomysły przychodzą zupełnie niespodziewanie, także wtedy gdy zajmuję się czymś innym. W tym sensie muzyka nigdy mnie nie opuszcza. Przed niedawnym konkursem w Warszawie miałem problemy z rękami i nie mogłem dużo ćwiczyć, żeby ich nie przeforsować. Dużo pracy wykonałem wtedy, studiując nuty Chopina. Przyniosło to całkiem dobry efekt.

Dziś ludzie marzą o szybkim sukcesie. Jak Pan postrzega swoją ścieżkę kariery? Zapewne to dość duży wysiłek?

Tak, bycie muzykiem to duży wysiłek zarówno fizyczny, jak i psychiczny. Wiadomo też, że pewne wyrzeczenia są nieodzowne. Kiedy miałem szesnaście lat, prof. Malcolm Bilson, do którego jeździłem na kursy, powiedział mi: „Pamiętaj, że w karierze chodzi o to, abyś miał ciekawe, spełnione życie jako muzyk i jako człowiek”. On sam, jak i Aleksiej Lubimow to dla mnie przykłady takiego podejścia do muzyki i do życia.