Kiedy nadleciały samoloty

Agnieszka Gieroba

|

Gość Lubelski 38/2019

dodane 19.09.2019 00:00

Obrazy zatrzymane w kadrze tuż po tym, jak na miasto spadły bomby, opowiadają historię, która wydarzyła się 80 lat temu. Gruzowiska już dawno nie ma, ale pamięć o tym, co było, przywołała ekspozycja na placu Litewskim.

Plansze ze zdjęciami lubelskich zniszczeń stanęły w centrum. Plansze ze zdjęciami lubelskich zniszczeń stanęły w centrum.
Agnieszka Gieroba/ Foto Gość

Najpierw wszyscy powtarzali sobie, że to niemożliwe, by Niemcy zaatakowały Polskę. Potem mówili, że jeśli nawet, to i tak nasi żołnierze zatrzymają wrogów i nie pozwolą wejść im w głąb kraju.

Przekonanie o tym, że wojny nie będzie – a jeśli już to krótka i zwycięska dla nas – było tak silne, że na Lubelszczyźnie jakoś szczególnie nie szykowano się do obrony. Wiadomo było, że miasto stanie się zapleczem administracyjno-cywilnym i na tym wszyscy się skupili. Zdecydowano, że w razie niebezpieczeństwa właśnie do Lublina zostaną przeniesione urzędy państwowe. Dlatego kiedy wojna wybuchła, Lublin wciąż był przekonany o swoim bezpieczeństwie.

Wojenna gorączka

Nie trwało to jednak długo, bo już 2 września na peryferie miasta spadły pierwsze bomby, niszcząc zakłady przemysłowe i lotnicze. Zapanowała swego rodzaju gorączka. Mieszkańcy kopali rowy, przygotowując się do odparcia Niemców, w sklepach wykupiono żywność i wszystko to, co zdaniem lublinian mogło się przydać w czasie ataku. Strach narastał wraz z widokiem tysięcy ludzi, którzy ruszyli na Wschód, uciekając przed Niemcami. Drogi były zablokowane licznymi furmankami załadowanymi dobytkiem, prowadzonymi przy nich zwierzętami i nielicznymi samochodami usiłującymi przedostać się przez skupisko wędrujących pieszo uciekinierów, obładowanych tłumokami z pościelą czy zastawą stołową. Wszyscy, nie wyłączając urzędników państwowych, ciągnęli do Lublina. 5 września powierzono miastu rolę ważnego ośrodka wojennego z siedzibą urzędów państwowych. Tym samym Lublin stał się celem bombardowania Luftwaffe. W nocy z 8 na 9 września przybył tu minister Wacław Kostek-Biernacki z zarządzeniem przygotowania Lubelszczyzny do przyjęcia licznych uchodźców z zachodniej Polski. Jednak zanim decyzję przekazano, nad miasto nadleciały niemieckie samoloty.

Miasto w ogniu

Pierwsze bomby spadły około 9.30 na zachodnią część Lublina. Atak przesuwał się w kierunku centrum, niszcząc wiele zabudowań na Krakowskim Przedmieściu, Lipowej, Chopina i Starym Mieście. Wszystko stanęło w ogniu. Zapanował chaos. Pożarów nikt nie gasił. Tego dnia, według różnych szacunków, zginęło od 400 do 600 osób. Kiedy samoloty odleciały i ludzie odważyli się wyjść ze swych kryjówek, ich oczom ukazał się straszny widok. Gruzowisko zamiast wielu znamienitych kamienic, uszkodzone katedra, ratusz, leje po bombach. Mimo tragicznej sytuacji ówcześni mieszkańcy Lublina wiedzieli, że to, co się wydarzyło, trzeba udokumentować. Słynny już wówczas fotograf lubelski Ludwik Hartwig podążał śladami bomb, fotografując dzieło zniszczenia. Tak powstał niezwykły zbiór, który niejednokrotnie lepiej niż słowa oddaje grozę sytuacji i pokazuje krajobraz Lublina w pierwszych dniach wojny. Część z tych fotografii znalazła się na specjalnej wystawie przygotowanej przez Archiwum Państwowe na placu Litewskim.

− Prezentujemy 36 plansz z fotografiami pokazującymi obraz miasta po bombardowaniu we wrześniu 1939 roku. Obecnie zachowały się cztery zbiory takich fotografii. Jednym z nich jest album zatytułowany „Zniszczenia w Lublinie na skutek bombardowania przez Niemców dnia 9 IX 1939 roku” zawierający 15 kart, na których przyklejono sto czarno-białych fotografii. W formę albumu złożono je prawdopodobnie w okresie powojennym na prośbę ówczesnych władz miasta. Część z nich można oglądać na naszej wystawie – mówi Piotr Dymel, dyrektor Archiwum Państwowego w Lublinie. Wystawa na placu Litewskim pokazuje inny, a zarazem tak dobrze znany nam z licznych spacerów krajobraz Lublina. Jest też świadectwem, że człowiek podnosi się z gruzów, ale nie zapomina o swojej historii.