Mocne życie. Świadectwa osób nagrodzonych medalem "Lumen mundi"

Agnieszka Gieroba Agnieszka Gieroba

dodane 06.10.2019 07:45

Nikt z nich nie planował swego życia związać ze wspólnotą. Małżonkowie mieli swoje sprawy, a osoby bezżenne swoje. Kiedy jednak poznali czym jest oaza, wszystkie wybory życiowe oparli na zasadach Ewangelii.

Nagrodzeni medalami oazowicze. Nagrodzeni medalami oazowicze.
Od lewej Elżbieta i Witold Kowalczykowie, Elżbieta Ogrodnik i Grażyna Wilczyńska.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość

Zaangażowanie oazowiczów spowodowało, że zostali odznaczeni medalami „Lumen mundi”.

Elżbieta i Witold Kowalczykowie, Elżbieta Ogrodnik i Grażyna Wilczyńska na różnych polach działalności służyli i dalej służą wspólnocie Ruchu Światło–Życie. Ich zaangażowanie zostało docenione wyróżnieniem nadanym przez abp. Stanisława Budzika podczas uroczystości podsumowania oaz wakacyjnych w lubelskiej katedrze.

Elżbieta Ogrodnik dzieli swoje małżeństwo na dwa okresy. Pierwszy bez Domowego Kościoła i drugi po wejściu do wspólnoty. Dziś jest sama, bo mąż Stefan zmarł w 2001 roku. Twierdzi, że ich życie nabrało pełni i stało się naprawdę szczęśliwe dopiero wtedy, gdy Pan Bóg postawił na ich drodze Ruch Światło–Życie.

W 1974 r., kiedy wypoczywali na wakacjach w Małem Cichem, widywali grupę młodzieży z księdzem. Rozśpiewaną, rozmodloną, radosną.

– Stefan podszedł do tego księdza z pytaniem, co to za wypoczynek, bo my bardzo chętnie wysłalibyśmy córki na podobne wakacje. Usłyszał wtedy pytanie,  skąd jesteśmy. Odpowiedzieliśmy, że z Lublina.  – To świetnie się składa, bo tam jest oazowa centrala – powiedział ksiądz. Podaliśmy nasz numer telefonu i usłyszeliśmy, że ktoś się z nami skontaktuje – opowiada pani Ogrodnik.

O Ruchu Światło–Życie, zwanym oazą, wtedy niemal nikt nie słyszał. To były początki. Ks. Franciszek Blachnicki, szykanowany przez władze komunistyczne, musiał opuścić Katowice i przyjechał do Lublina na studia na KUL. Proponował młodzieży spotkania wokół Ewangelii i organizował rekolekcje wakacyjne połączone z wypoczynkiem. Na co dzień obserwował też, jak bardzo małżonkowie potrzebują jakiejś formy duszpasterstwa, która pomoże im wzrastać we wzajemnej miłości. Opierając się na doświadczeniach ruchu dla małżeństw z Francji, zaczął tworzyć program nazywany Domowym Kościołem Ruchu Światło–Życie.

– Kiedy dostaliśmy zaproszenie na Sławinek, nie wiedzieliśmy, w jakim celu. Wtedy do Kościoła lepiej było się nie przyznawać, a organizowanie jakichś spotkań religijnych mogło się źle skończyć. Na miejscu okazało się, że przyszło jeszcze kilka par. Spotkał się z nami ks. Franciszek Blachnicki i zaproponował wspólnotę dla małżeństw. Tak zawiązał się pierwszy krąg Domowego Kościoła, w którym mieliśmy szczęście się formować. Stopniowo podejmowaliśmy się różnych posług dla innych. Mąż specjalnie w tym celu skończył studia teologiczne, choć już był profesorem innego kierunku. W końcu zostaliśmy pierwszą parą diecezjalną – mówi pani Elżbieta

Nic nie zapowiadało, że ich życie zmieni się tak bardzo po siedmiu latach małżeństwa. Ela i Witek Kowalczykowie byli młodzi, mieli małe dzieci, pracowali na UMCS robiąc kariery naukowe. Witek był wówczas początkującym asystentem i wyobrażał sobie, że jego życie rodzinne będzie się kręciło także wokół uczelni.

– Wydawało mi się, że praca naukowca nakłada na mnie pewne zobowiązania towarzyskie, bywanie w różnych miejscach i zapraszanie gości do siebie. Dlatego kiedy spotkaliśmy na spacerze kolegę, który wraz ze swoją żoną gorąco zaczął nas zapraszać, byśmy przyszli na spotkanie oazy rodzin, nie wypadało mi odmówić, choć jakoś szczególnie chętni nie byliśmy – wspomina Witek.

Nie znaczy to, że byli niewierzący. Przeciwnie, oboje wywodzili się z tradycyjnych rodzin, chodzili do kościoła. Byli spokrewnieni z bp. Bolesławem Pylakiem, który udzielał im ślubu, jednak nie szukali dla siebie żadnej wspólnoty, czy możliwości pogłębiania wiary.

- Wiedzieliśmy, że jest ruch oazowy, ale myśleliśmy, że to dla młodzieży. Jednak przy różnych okazjach znajomi nas namawiali, byśmy przyszli zobaczyć, co to jest. Zachęcali, że są tam różni ludzie, także z uczelni, że będziemy tam dobrze się czuć. Wciąż jednak nie byliśmy przekonani, aż do 1979 roku, do wizyty Jana Pawła II w Polsce. Pojechaliśmy na spotkanie z papieżem do Warszawy. Słyszeliśmy jego wołanie by zstąpił Duch Święty, ale jakoś nie dotarło ono do nas od razu. Dziś z perspektywy 40 lat widzimy jednak, jak ten Duch zadziałał – mówią małżonkowie.

Kiedy pod koniec czerwca kolejny raz dostali zaproszenie, by przyjść na spotkanie kręgu oazy rodzin, jak wówczas mówiono, postanowili pójść i zobaczyć. To krok, który zdecydował o ich przyszłym życiu.

– Stopniowo zaczęliśmy odkrywać wielkie bogactwo, jakie do naszego małżeństwa wnosi wspólnota. Jesteśmy bardzo różni, jak ogień i woda, bywa, że trudno nam się porozumieć. Gdybyśmy nie stosowali zasad Domowego Kościoła, może nie bylibyśmy dziś razem – mówią

To był drugi krąg, jaki powstał w Lublinie. Tworzyły go wówczas małżeństwa z całego miasta. Z czasem ruch się rozwijał i ludzi we wspólnocie przybywało. Ela i Witek mieszkali wówczas na osiedlu Maki, gdzie zaczął budować się kościół pod wezwaniem św. Maksymiliana. Małżonkowie szybko włączyli się w życie parafii, współpracowali z ówczesnym proboszczem ks. Józefem Siemczykiem i spotykając się z innymi małżeństwami zachęcali, by dołączały do oazy rodzin.

– Pojechaliśmy wtedy też na nasze pierwsze rekolekcje do Łabuń, co było potwierdzeniem, że chcemy być we wspólnocie i swoje relacje małżeńskie i rodzinne oprzeć na zasadach Domowego Kościoła Ruchu Światło–Życie, jak oficjalnie nazywał się ruch oazowy dla rodzin – mówi Ela.

Tamte rekolekcje nie tylko utwierdziły ich w postanowieniu życia z Panem Bogiem, ale i wprowadziły kolejną zmianę.

– Pamiętam jak wówczas przyjechał na rekolekcje pewien rolnik i zaczął mówić nam o Krucjacie Wyzwolenia Człowieka, czyli dobrowolnej abstynencji od alkoholu. W pierwszej chwili pomyślałem, że to wariat. Ja miałem w planach inne życie. Wyobrażałem sobie, że będę spotykał się z kolegami, będziemy próbować różne trunki. Nakupiłem kieliszków i książkę o koktajlach, a tu prosty chłop, mnie, niemal panu profesorowi mówi, żeby zostać abstynentem i ofiarować to w intencji osób, które mają problem z alkoholem. Wydawało mi się to niedorzeczne. Jednak po powrocie do domu jego słowa pracowały we mnie cały czas. W końcu jako człowiek radykalny, jak się w coś angażuję, to do końca lub wcale, postanowiłem krucjatę podpisać. Kieliszki i alkohole poszły do kosza, a zaczęło się nowe życie pełne spotkań towarzyskich na trzeźwo, ale ze śpiewem, żartem i humorem – mówi Witek.

Zaczęło się też coraz większe zaangażowanie w Ruch, prowadzenie rekolekcji, posługa w kręgach, w końcu przyjęcie odpowiedzialności jako para diecezjalna Domowego Kościoła, współredagowanie materiałów formacyjnych.

– Pracy i zadań było dużo, proszono nas o różne posługi, a my nie odmawialiśmy. Czytaliśmy dużo pism ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela Ruchu Światło-Życie, zasad Domowego Kościoła, sięgaliśmy do różnych materiałów źródłowych, by lepiej rozumieć Ruch i służyć innym. Nie przeszkodziło to mojemu mężowi w pracy naukowej, habilitacji, prowadzeniu zajęć, przygotowywaniu różnych konferencji. Pan Bóg dał to wszystko pogodzić. Angażując się w Jego dzieło niczego nie straciliśmy z naszych ludzkich planów i ambicji – mówi Ela.

Dziś oboje są na emeryturze i dalej we wspólnocie. Odpowiedzialność za różne sprawy przekazali młodszym.

– Wciąż Domowy Kościół jest dla nas skarbem, z którego czerpią teraz także nasze dzieci. Każde z nich po założeniu własnej rodziny zaangażowało się w Domowy Kościół, widząc w tym wartość dla swojego małżeństwa. Za to wszystko nieustannie chwalimy Pana – mówią małżonkowie.

Grażyna Wilczyńska była w 1976 r. wychowawczynią na koloniach, na których mała Joasia Jelinowska ciągle płakała za rodzicami. Mimo licznych prób pocieszenia dziewczynki, sytuacja się nie zmieniała. Wówczas Grażyna zadzwoniła do jej rodziców, którzy przyjechali się spotkać. Przy okazji rozmawiali z młodą wychowawczynią. Rozmowa była tak poruszająca, że zaprosili ją do siebie do domu, do Puław.

– Pojechałam tam i zobaczyłam niezwykłą rodzinę. Okazało się, że państwo Jelinowscy są związani z Ruchem Światło–Życie i to im daje radość i pomaga w codziennym życiu. To tam ich najstarsza córka powiedziała mi wtedy o oazie, że to jest dopiero coś i tam żyje się mocno. Zaintrygowało mnie to i postanowiłam to sprawdzić, jadąc na oazę studencką do Krościenka – opowiada Grażyna. Rzeczywiście pojechała. Na miejsce dotarła spóźniona. Zaczynała się Msza św. więc stanęła z tyłu i zobaczyła księdza Franciszka Blachnickiego, który szedł do ołtarza w takim skupieniu i z takim wyrazem twarzy, jakby oczekiwał spotkania z kimś niesamowitym.

– To mnie wówczas uderzyło, a treści, które potem usłyszałam sprawiły, że poczułam, że tu się żyje jak u pierwszych chrześcijan. Wrażenie spotęgował fakt, że którejś nocy musieliśmy uciekać przed bezpieką, zupełnie jak w dawnych czasach. Doświadczyłam, jak ważny jest dla mnie Chrystus i chciałam z Nim żyć na co dzień. Dwa lata później odczytałam, że Bóg mnie powołuje i chcę poświęcić się Jego dziełu poprzez Ruch Światło–Życie – opowiada. Tak się stało. Od tamtego czasu pełniła różne posługi, zaś od zaistnienia Wydawnictwa Światło–Życie pracuje w nim jako redaktor, przygotowując do druku materiały formacyjne oraz teksty ks. Franciszka Blachnickiego. W latach 1982–1999 pełniła obowiązki dyrektora Wydawnictwa Światło–Życie. Wspierała swoją wiedzą wiele osób duchownych i świeckich w przygotowywaniu przez nie prac magisterskich, rozpraw doktorskich i habilitacyjnych. Jest autorką licznych opracowań dotyczących Ruchu Światło–Życie, ks. Franciszka Blachnickiego i ks. Wojciecha Danielskiego.