Misjonarze – ludzie z pierwszej linii frontu

Agnieszka Gieroba

|

Gość Lubelski 42/2019

publikacja 17.10.2019 00:00

Pochodzą z różnych stron świata, wychowali się w innych kulturach i tradycjach, a jednak coś łączy ich tak mocno, że zostawiają wszystko i idą, by nieść Chrystusa ludziom, którzy o Nim nie słyszeli. Październik jest szczególnym miesiącem misyjnym.

W naszej archidiecezji ponad 1000 dzieci rocznie kolęduje na rzecz misji. W naszej archidiecezji ponad 1000 dzieci rocznie kolęduje na rzecz misji.
Agnieszka Gieroba /foto gość

Ojciec Emanuel pochodzi z Burkina Faso. Od ponad dwóch lat mieszka w Polsce, w Lublinie, gdzie mówi o misjach i zachęca, by troszczyć się o nie. – Misje są mi szczególnie bliskie, bo to właśnie misjonarzom zawdzięczam swoją wiarę – mówi. W jego rodzinnej wiosce była parafia, w której pracowali ojcowie biali. Było ich czterech, każdy z innego kraju (z Belgii, Hiszpanii, Francji i Kanady), a jednak tworzyli wspólnotę życia. – Patrzyłem na nich i myślałem, że są jak pierwsi chrześcijanie. Razem się modlą, pracują, mieszkają, a przy tym mają w sobie taką radość i entuzjazm, że każdy, kto wchodzi do ich domu czy się z nimi spotyka, wychodzi umocniony. Też tak chciałem służyć Bogu poprzez głoszenie Ewangelii – opowiada o. Emanuel.

Gotowy do drogi

Wstąpił najpierw do małego diecezjalnego seminarium, ale pragnienie, by otworzyć się na Boży plan i pójść, dokądkolwiek zostanie posłany, było tak ogromne, że postanowił wstąpić do Zgromadzenia Misjonarzy Afryki (Ojców Białych). Spełniło się jego pragnienie misyjności.

Najpierw został posłany do Burundi, potem do Konga, gdzie spędził sześć lat wraz ze współbraćmi z różnych stron świata, pracując z nimi dla Chrystusa i Afryki. – Po tym czasie dostałem propozycję, by wyjechać do Polski i tu pracować na rzecz misji, mówiąc o nich i pomagając odkrywać misyjne powołania. W pierwszej chwili byłem zaskoczony, bo słyszałem, że język polski jest dla nas, Afrykanów, bardzo trudny i że jest tu strasznie zimno, ale potem zaraz przyszła myśl, że pójdę wszędzie, dokąd Pan Bóg mnie pośle. Tak znalazłem się w Lublinie. Wciąż jestem gotowy, by służyć misjom na różne sposoby. Jeśli dziś dostałbym od przełożonych propozycję, by jechać do Afryki, jutro mogę ruszać – mówi o. Emanuel.

Życiowy przewrót

Podróż w drugą stronę, czyli z Polski do Afryki, ma za sobą ojciec Paweł Mazurek. – Ja o misjach nigdy nie myślałem – aż do rekolekcji podczas studiów, na które trafiłem przypadkiem, choć wiadomo, że u Boga przypadków nie ma. Prowadził je ojciec biały i wówczas poczułem w sobie poruszenie. Przyszło mi do głowy, że skończę tę moją biologię i jako człowiek świecki może na jakiś czas wyjadę pomóc misjonarzom – opowiada o. Paweł. Po kilku miesiącach drugi raz wybrał się na rekolekcje prowadzone przez misjonarzy i wtedy odczytał, że Bóg chce go widzieć na misjach jako kapłana. – To był dla mnie przewrót. Musiałem wszystko sobie poukładać, co nie było łatwe i trochę trwało. Miałem jakieś swoje plany i pomysły na życie, a tu nagle taka zmiana. Jednak dużo modlitwy i rozeznawania, czy to moja droga, przyniosło decyzję, że chcę być księdzem i misjonarzem. Kiedy podjąłem taką decyzję, poczułem wielką radość i spokój. Zaczął się czas nauki i przygotowania do pierwszego wyjazdu do Afryki, do nowicjatu w Tanzanii – wspomina o. Paweł. Kiedy ktoś go pytał, dlaczego wybrał akurat misje, odpowiadał, że nie daje mu spokoju świadomość, że są na świecie osoby, które nie znają Chrystusa, które wciąż czekają na Niego, a nie ma ludzi, którzy by Go im zanieśli.

Nowa rodzina

Tanzania przywitała go z otwartymi ramionami. Wszędzie biegały dzieci, które chciały się uczyć i słuchać o Bogu. Byli tam ludzie dorośli o wielkich sercach, którzy swoim życiem pokazywali, jak Bóg jest obecny w ich trudnej codzienności, tak innej od polskiej (przy tej z Afryki ta wydawała się luksusem). Po roku nowicjatu o. Paweł został skierowany na staż do Zambii, do małej parafii, w której pracowali ojcowie biali. – Nikt nie patrzył na to, że jestem klerykiem. Razem z innymi misjonarzami pracowałem ramię w ramię. Uczyłem się języka, tradycji i kultury. Na każdym kroku urzekała mnie bliskość z ludźmi. Tworzyliśmy wielką wspólnotę, mimo że każdy pochodził z innego kraju. O to chodzi w chrześcijaństwie, że jak mówi Pismo Święte – już nie ma Żyda ani Greka, wszyscy jesteśmy braćmi. Z jednej strony w Polsce zostawia się rodzinę i znajomych, ale tam zyskuje się jeszcze większą rodzinę i większe grono przyjaciół – mówi o. Paweł.

Z Jezusem w buszu

Misje zmieniły też jego postrzeganie Kościoła. Wyjeżdżając do Afryki, myślał, że będzie tam robił dużo rzeczy dla Afrykanów. Tymczasem okazało się, że sam został dużo bardziej obdarowany. Po święceniach kapłańskich został skierowany do pracy w buszu w Zambii. – Nie było tam prądu i zasięgu komórek. Ludzie żyli bardzo prosto. Odwiedzaliśmy kolejne wioski należące do naszej parafii, która wielkością zbliżona była do całej archidiecezji lubelskiej. W każdej wiosce mieszkaliśmy po parę dni wśród ludzi, jedliśmy to, co nam dali, chodziliśmy po domach. Każdy chciał nas zaprosić, nie tylko nasi parafianie, ale i inni chrześcijanie, którzy tam mieszkali, a nawet muzułmanie. Każdy chciał rozmawiać. Namacalnie realizowało się polskie powiedzenie „Gość w dom, Bóg w dom”. Dla nich nasza obecność była znakiem błogosławieństwa i nadziei. Te wioski w buszu były miejscami bardzo zacofanymi i można powiedzieć – zapomnianymi przez ludzi, a obecność misjonarzy dawała mieszkańcom poczucie, że nie są osamotnieni. Pozwalała im też mieć o sobie lepsze zdanie, niejako dodawała im wartości w ich własnych oczach – opowiada o. Paweł.

Misjonarz – człowiek wszechstronny

Misjonarz to też osoba, do której zawsze można przyjść po pomoc. – W mojej wiosce były trzy samochody. Jeden miał szef tego regionu, drugi jakiś lokalny biznesmen, a trzeci mieliśmy my. Kiedy ktoś zachorował czy zaczynał się jakiś trudny poród, ludzie przychodzili do nas z prośbą, byśmy pomogli dostać się do szpitala. Pomoc medyczna to jedna z dodatkowych działalności misyjnych, podobnie jak edukacja. W wielu miejscach to właśnie misjonarze zapewniają rozwój infrastruktury, budując szkoły, przychodnie czy kościoły. Może się wydawać, że to wielkie rzeczy, ale misje uczą prostych rozwiązań. Dla nas trudnością jest przestawienie się z tego, jak coś się robi w Polsce, na to, jak to coś robi się w Afryce. Kiedy pęknie rura, nikt nie jedzie od razu do sklepu oddalonego np. o 120 km, ale zastanawia się, jak można to naprawić za pomocą tego, co jest pod ręką. Akurat do naprawy tej awarii przydała się dętka od roweru. Uczymy się lokalnego języka, ich zwyczajów i pokory we wszystkim – mówi misjonarz i podkreśla, że jeżeli wchodzimy do innej kultury, musimy zdjąć buty, by niczego nie podeptać. Przyjmujemy ich kulturę i ubogacamy ją Ewangelią.

Jest też niemało przykładów z życia, które mogą stać się nauką dla nas. – Kiedy nie ma jakiegoś sąsiada w kościele na niedzielnej Mszy św., po jej zakończeniu ktoś znajomy idzie do takiego domu z pytaniem: „Dlaczego cię nie było?”. Być może ktoś zachorował lub coś się wydarzyło i potrzebna jest jakaś pomoc. Tam nie zostawia się nikogo, nie traktuje obojętnie. Jeśli tworzysz wspólnotę wiary z ludźmi, to zawsze możesz na nich liczyć – opowiada o. Paweł.

Z różnych stron świata

Na świecie jest około 1200 ojców białych. Ich świadectwo wciąż pociąga kolejnych kandydatów. Obecnie w Afryce jest 500 kleryków, którzy chcą zostać misjonarzami Afryki. – To w większości powołania z Afryki, z innych części świata jest ich bardzo mało. Obecnie z Polski mamy jedno nowe powołanie. Wciąż jednak trzeba Bożych szaleńców z miłości, bo to miłość czyni nas szalonymi po ludzku, byśmy zostawili „dostatnie” życie i poszli do buszu nieść Chrystusa – mówią misjonarze.

Żeby pracować na rzecz misji, nie trzeba jechać do Afryki. – Każdy może odmówić choć jedno „Zdrowaś, Maryjo” w intencji misji i pracujących tam misjonarzy. Sam wielokrotnie doświadczyłem, jaką taka modlitwa ma moc. Kiedy zdarzają się jakieś trudne sytuacje czy zwątpienia, świadomość, że np. ktoś w Polsce modli się za mnie, dodaje sił i pozwala znaleźć rozwiązanie. O misjach można mówić innym i wspierać je materialnie. Każdy z pewnością znajdzie jakiś sposób dobry dla siebie, by włączyć się w misyjne dzieło Kościoła – podkreśla o. Paweł.

Jedyny dom Zgromadzenia Misjonarzy Afryki znajduje się w podlubelskim Natalinie. Tam też w ostatnie soboty miesiąca odbywają się Msze misyjne, na które każdy jest zaproszony.•