Z Nikiforem w tle. Słowo o ks. Władysławie Smoleniu

ks. prof. Antoni Dębiński

publikacja 03.02.2020 21:22

Będąc dziekanem został wybrany na rektora naszej uczelni, ale po sprzeciwie władz państwowych, stanowiska tego nie objął. Jak do tego doszło? Jaki był przebieg tego wyboru?

Z Nikiforem w tle. Słowo o ks. Władysławie Smoleniu Ks. prof. Antoni Dębiński, rektor KUL: "Umieszczenie ich nazwisk na kamiennych tablicach to znak pamięci, to wyraz naszego związku z nimi". Jakub Szymczuk /Foto Gość

Kilka dni temu, w przerwie pomiędzy zebraniem kolegium rektorskiego, przyjęciem interesantów a lekturą codziennej porcji dokumentów, zajrzałem do magazynu Muzeum KUL. Od lat jest on ulokowany niedaleko rektoratu, na trzecim piętrze wschodniego skrzydła historycznego budynku głównego, oddzielonego dawnym wirydarzem (niestety jest niedostępny dla publiczności) od kościoła akademickiego.

Każdy przedmiot ma swoja historię

To interesujące miejsce, gdzie w kilku zabezpieczonych pomieszczeniach bez dostępu światła dziennego są rozlokowane  piękne artefakty dostępne jedynie dla studentów i profesorów historii sztuki: obrazy, rysunki, rzeźby świętych w drewnie, ryciny, patynowane lichtarze, porcelanowe filiżanki, srebrne sztućce. Można tam natrafić na liczne osobiste pamiątki po darczyńcach. Wszystkie te skarby są porozwieszane na ścianach, pieczołowicie poukładane w szafach, regałach i na podłodze. Na pierwszy rzut oka, trochę taki artystyczny Tuwimowski „Cicer cum caule, czyli groch z kapustą”. Każdy z tych przedmiotów habet sua fata - ma swoją historię, każdy z nich prowokuje do pytania o pochodzenie, o okoliczności w jakich powstał i trafił do naszego  muzeum, o poprzednich właścicieli. Innymi słowy, skłania do pytań o kojarzone z tymi rzeczami osoby.   

Prace Nikifora na KUL

Wśród wielu przedmiotów porozkładanych na jednym z magazynowych stołów (jak wszystko, mebel także ma wartość muzealną i artystyczną) moją uwagę zwrócił obrazek, oprawiony w prostą drewnianą ramkę. Mały, wielkości kartki z zeszytu szkolnego obrazek, wykonany w technice akwarelowej na papierze w ekspresyjnych kolorach przedstawia św. Mikołaja we wschodniej konwencji i hieratycznej, to jest pełnej dostojeństwa i patosu pozie, w ozdobnej mitrze z biskupim pastorałem, podtrzymywanym lewą ręką. W tle ukazana jest cerkiew z dachem pokrytym drewnianym gontem, z dwiema wieżami zwieńczonymi małymi kopułami (charakterystyczny element architektury cerkiewnej symbolizujący niebo, Boga, świętych i świat anielski) i krzyżem. Piękny! Tak, bez wątpienia, jest to praca Nikifora (wł. Epifaniusz Drowniak), genialnego samouka łemkowskiego pochodzenia, bezdomnego żebraka i pogardzanego początkowo artysty „naiwnego”,  tak docenianego przez Zbigniewa Herberta, który w wierszu pt. „Nikifor” tak charakteryzował jego sztukę i warsztat: „w blaszanym pogiętym pudełku /mieszkają okruchy tęczy /barwne kamyki /z których Pan Bóg /zrobił mozaikę ziemi. „Św. Mikołaj” wraz z innymi czternastoma pracami o tematyce religijnej od lat „odpoczywa” w magazynach muzeum naszej uczelni.

Zainteresował się nim na długo przed modą

Jak te akwarele trafiły na KUL? Otóż kolekcja piętnastu obrazów została wielkodusznie podarowana (podobnie jak specjalistyczny księgozbiór, materiały dokumentacyjne naukowo-badawcze i obiekty sztuki i zabytków) w latach 80. ubiegłego stulecia przez ks. prof. Władysława Smolenia. Fascynacja sztuką ludową i pracami malarza z Krynicy to jeden z charakterystycznych rysów osobowości Księdza Profesora, (zainteresował się Nikiforem najprawdopodobniej w latach 40., zanim jeszcze krynicki artysta został wpuszczony „na salony”, zyskał międzynarodową sławę i stał się „modny”), któremu chciałbym te gawędę poświecić. We wspomnieniach współpracowników i uczniów jawi się jako człowiek rzetelny, skromny i skupiony na swojej pracy. Jako humanista z troską  zabiegał o właściwe miejsce dla pomników kultury narodowej, jako muzealnik i historyk sztuki z upodobaniem zajmujący się gotykiem stał się cenionym ekspertem w zakresie ochrony i konserwacji zabytków oraz dzieł sztuki sakralnej. Należał - jak to ujął ks. prof. B. Przybyszewski - „do rzadkich historyków sztuki, którzy z predylekcją zajmują się sztuką ludową”. Promował twórczość malarza z Krynicy, „wylansował” drewniane, odznaczające  się prostotą form rzeźby Antoniego Rząsy. Sięgał do sztuki ludowej i współczesnej, „aby pokazać sakralne continuum widzenia tego, co niewidzialne” (prof. A. Gieysztor). Znacząco przyczynił się do zwiększenia i uporządkowania zbiorów Muzeum KUL.

Kicz w kościele jest grzechem

Tak zapisał się w historii naszego uniwersytetu, śladowo także w moich wspomnieniach, ponieważ miałem możliwość uczęszczania na jego wykład zatytułowany „Historia sztuki” realizowany na wydziale teologicznym. Było to pod koniec lat 70.; na zajęciach pojawiał się punktualnie, dostojny, nienagannie ogolony i ubrany, niezmiennie w ciemnym garniturze i koloratce lub w białej koszuli z kołnierzykiem wyłożonym na czarny sweter (w tamtym, posoborowym czasie, niektórzy księża profesorowie tak się nosili - był to, jak mawiano „niemiecki styl”). Do wykładu był zawsze przygotowany, mówił bez notatek, żywo chociaż poważnie, całkowicie panując nad materią i audytorium. Czasami, ze znawstwem odnosząc się do literatury z zakresu kilku powiązanych dziedzin od teologii po literaturę piękną, ze swadą robił erudycyjne dygresje, a to o kolorach rysunków Nikifora, a to o konstrukcji zrębowej siedemnastowiecznego drewnianego kościoła św. Antoniego w rodzinnym Męcinie, a to o rysach na prawym policzku Matki Boskiej na obrazie na Jasnej Górze, a to o maszkaronach na fasadzie katedry Notre Dame w Paryżu. Podkreślał pokrewieństwo sztuki i religii, znaczenie piękna w liturgii, kicz w kościele – zaznaczał – jest grzechem.

Wykształcony w Krakowie

Kiedy i jak trafił na KUL? Pochodził z Sądecczyzny, tam w małym Męcinie niedaleko Limanowej przyszedł na świat, w roku kiedy wybuchła straszna wojna, zwana pierwszą światową. Szkoły średnie typu klasycznego ukończył w Tarnowie, gdzie odbył także studia filozoficzno- teologiczne w seminarium duchownym i otrzymał, w rok przed wybuchem II wojny światowej, święcenia kapłańskie. Studia teologiczne kontynuował po wojnie na najstarszym w Polsce Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego (został zamknięty przez władze komunistyczne w 1954 r.), zdobywając szlify naukowe i doktorat pod okiem znamienitych uczonych, jak ks. prof. Konstanty Michalski (filozof, światowej sławy mediewista, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego) czy Marian Morawski (wytrawny znawca problematyki ekumenizmu i teologii dogmatycznej, zamordowany w Auschwitz). Na tym nie poprzestał, pracując już jako prefekt szkolny - podjął studia na Wydziale Filozoficznym UJ w zakresie historii i historii sztuki, uzyskując kolejno magisterium, a następnie doktorat. Słuchał m.in. takich koryfeuszy nauki jak Władysław Konopczyński (historyk, współtwórca i pierwszy redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego czy Roman Grodecki (uznany znawca historii średniowiecza). Paralelnie do studiów podejmował odpowiedzialne zadania w swojej macierzystej diecezji; został mianowany dyrektorem Muzeum i Archiwum Diecezjalnego w Tarnowie;  na tym stanowisku wykazał się niezwykłą  energię i zdolnościami organizacyjnymi przy gromadzeniu i konserwacji zbiorów, a przede wszystkim nowatorstwem i świeżością w zakresie ekspozycji zabytków i dzieł sztuki, co budziło, jak pisał znany historyk sztuki z Krakowa prof. Michał Walicki, „najwyższe uznanie wśród ogółu naukowców i muzeologów”.           

Wzbogacił zasoby Muzeum

W Lublinie pojawił się pod koniec lat 50., już jako intelektualnie i życiowo ukształtowany człowiek. Miał za sobą przeszło czterdzieści lat, rzetelne i interdyscyplinarne studia, dwa doktoraty i niemałe doświadczenie w dziedzinie muzealnictwa i konserwacji zabytków. Z marszu włączył się w rytm życia uniwersyteckiego. Objął kierownictwo nowo utworzonej katedry sztuki kościelnej, prowadząc ją przez lata. Jako posłannictwo traktował ideę ochrony zabytków. Kontynuował badania naukowe, po habilitacji przeprowadzonej w Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu  na podstawie dysertacji „Ołtarz Wita Stwosza w Krakowie na tle polskich źródeł literackich”, otrzymał stopień naukowy docenta. Równolegle z zajęciami dydaktycznymi podejmował działalność organizacyjną; pełnił wiele funkcji w tym, przez dwa lata, dziekana Wydziału Nauk Humanistycznych. Z jego inicjatywy utworzono katedrę konserwacji teoretycznej i technologii dzieł sztuki. Został także powołany na stanowisko kierownika Muzeum Uniwersyteckiego KUL, z ogromnym dla tej instytucji pożytkiem. W czasie jego kadencji dyrektorskiej znacznie wzrosły zasoby Muzeum - mocno uszczuplone i zniszczone w czasie wojny, a potem na nowo odtwarzane i fachowo porządkowane. W ostatnim okresie swego życia zdołał, dzięki osobistym kontaktom i wytrwałym staraniom, pozyskać dla Muzeum niezwykle cenną kolekcję Państwa Olgi i Tadeusza Litawińskich z Zakopanego (o której już wcześniej pisałem). 

Wybrany na rektora Kul stanowiska nie objął…

Będąc dziekanem, został wybrany na rektora naszej uczelni, ale po sprzeciwie władz państwowych, stanowiska tego nie objął. Jak do tego doszło? Jaki był przebieg tego wyboru? Odpowiedź na te pytanie wymaga bodajże krótkiego wywodu. Otóż w latach 60. uniwersytet działał w okrojonej strukturze, po zawieszaniu przez władze państwowe takich kierunków studiów jak prawo, ekonomia i wszystkich neofilologii; kierunki na Wydziale Nauk Humanistycznych utraciły prawo doktoryzowania. Uniwersytet, mimo posiadania statusu uczelni prywatnej utrzymywanej całkowicie ze środków społecznych, był zobowiązany do stosowania ówczesnego prawa, którego część miała „powielaczowy” charakter (ironiczne określenie różnego rodzaju okólników, rozporządzeń, instrukcji i wytycznych, produkowanych na masową skalę przez biurokrację PRL-u;  w rezultacie odbity na maszynie świstek papieru mógł mieć znaczenie większe od obowiązującej formalnie ustawy) i podlegał, jak inne uczelnie, urzędom państwowym. W państwie o charakterze totalitarnym (takim w istocie był PRL) wszystko zależało od autorytarnej decyzji urzędników państwowych, istnienie wydziałów, instytutów i kierunków studiów, zatwierdzanie awansów, nominacje profesorów, limity studentów, zezwolenia na publikacje, zgoda na zagraniczne wyjazdy i staże naukowe, przydział papieru na publikacje i materiałów budowlanych. Nominacje profesorskie często wymagały wielu lat zabiegów i starań, czasem do końca bezskutecznych. Jak przypomina Stefan Sawicki, wieloletni prorektor naszej Uczelni, pierwszy tom ważnej Encyklopedii katolickiej (jej wydawanie zakończono kilka lat temu) na pozwolenie druku czekał kilkanaście lat. Sprawy oczywiste i mało ważne, zaznaczał, załatwiało Ministerstwo Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki, ważniejsze - Urząd do Spraw Wyznań, najważniejsze i najtrudniejsze zależały od IV Departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (mający złą sławę, zajmował się walką z wrogą „antypaństwową” działalnością kościołów i związków wyznaniowych; ewidencjonował i dokumentował  m.in. działalność duchowieństwa katolickiego). Oba ostatnie urzędy podejmowały decyzje na podstawie informacji dostarczonych przez pracowników rozbudowanej Służby Bezpieczeństwa. Paralelnie do tych ograniczeń administracyjno-prawnych i finansowych, począwszy od lat początku lat 50. KUL stał się przedmiotem wzmożonych działań służb specjalnych.

Wobec pracowników i studentów stosowano różne formy nacisku i wdrażano rozmaite techniki operacyjne: inwigilacji, pozyskiwania lub wprowadzania do środowiska uniwersyteckiego agentów czy nawet prowokacji. Cel tych działań był precyzyjny: rozbicie katolickiego uniwersytetu poprzez zmarginalizowanie jego społecznego oddziaływania,  dezintegrację środowiska akademickiego i „skolonizowanie” go ideologiczne. Jedną z form były nieustanne próby oddziaływania na proces wyboru rektora lub uniemożliwienie mu wykonywania jego zadań. Drastycznym tego przykładem było skazanie (pod sfingowanym zarzutem przestępstw dewizowych) i wtrącenie do więzienia ks. Antoniego Słomkowskiego, pierwszego po II wojnie światowej rektora, który nie zgodził się na zainstalowanie na uczelni  socjalistycznych organizacji studenckich.

Zadeklarowany wróg ustroju

Inaczej została rozegrana sprawa wyboru rektora w  1965 r. W wyborze tym uczestniczył, jako urzędujący dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych, ks. W. Smoleń. Władze sięgnęły do ekwilibrystyki prawnej. Wybory zostały przeprowadzone, ponieważ wygasała kolejna, trzecia już kadencja rektora, ks. Mariana Rechowicza (na kolejną nie wyraził zgody: „Ze względu na stan zdrowia, potrzebę dłuższego wypoczynku i możliwości kuracji sanatoryjnej” – napisał do senatu). W rezultacie, na posiedzeniu 10 maja 1965 r.,  jak czytamy w lakonicznym protokole, senatorzy przystąpili do wyboru nowych władz rektorskich. Jako kandydat na rektora został wyłoniony większością głosów ks. docent W. Smoleń.

Dla władz komunistycznych było to ogromnym zaskoczeniem; kandydat jednoznacznie oceniany jako zadeklarowany „wróg” panującego ustroju był nie do przełknięcia. Zgodnie z mechanizmem opisanym przez S. Sawickiego, wybór rektora KUL w ocenie władz komunistycznych niewątpliwie  należał do spraw „ważnych”, stąd zajmowała się tym Służba Bezpieczeństwa. Jego pracownicy uważnie „monitorowali” sytuację na Uniwersytecie, sporządzali raporty i meldunki operacyjne. Po wyborze ks. Smolenia bezpieka podjęła działania w trybie iście ekspresowym. Za pośrednictwem dyrektora Urzędu do spraw Wyznań zablokowano kandydaturę w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, które sprytnie posłużyło się argumentami formalno-prawnymi. Niebawem do Lublina dotarło lakoniczne pismo podpisane w imieniu  Eugenii Krassowskiej, niesławnej pamięci wiceminister szkolnictwa wyższego (firmowała wiele decyzji wysoce szkodliwych dla uniwersytetu), które stanowiło: „w oparciu o art. 22 p.6 ustawy o szkolnictwie wyższym z dnia 5 listopada 1958 r. […] oraz §11 Statutu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego nie zatwierdza uchwały Senatu KUL z dnia 10 maja 1965 r. w sprawie wyboru rektora tej Uczelni”. Przywołany paragraf przedwojennego statutu (został zatwierdzony przez W. Świętosławskiego, sanacyjnego  ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego), rozpoczynał się frazą: „Senat wybiera Rektora spośród profesorów zwyczajnych”. Przywołanie przepisu z przedwojennego statutu okazało się zabiegiem przebiegłym, wręcz machiawelicznym: wyłoniony przez senat kandydat na rektora ks. Smoleń podówczas był docentem. Wobec formalnego sprzeciwu władz nie mógł objąć stanowiska. W rezultacie senat, na kolejnym posiedzeniu wybrał nowego rektora. Został nim ks. Wincenty Granat, dziś kandydat na ołtarze, który w historii naszej Alma Mater zapisał się jako rektor odważnie broniący autonomii uniwersytetu i bitych -  w czasie wydarzeń marcowych - studentów;  to jednak zupełnie inna historia.

Pamięć trwalsza niż rzeczy

Ostatecznie KUL z opresji komunistycznej wyszedł zwycięsko, władzy komunistycznej nie udało się złamać i podporządkować ideowo Uniwersytetu, który stał się wyspą wolności, jedyną jak wyrażał to powtarzany slogan, od Berlina do Władywostoku. Stało się to dzięki jego ludziom, nieugiętym profesorom i studentom, którzy mimo ogromnych nacisków  i presji, pozostawali wierni niezmiennym zasadom i wartościom. Do grona tych osób bez wątpienia należał Władysław Smoleń, którego życiorys wykazuje stałość i pewność obranej drogi. Od czasu zatrudnienia związał się z naszą uczelnią, gdzie można było, choćby za cenę wielu wyrzeczeń i więcej niż skromnego poziomu życia, prowadzić badania, poszukiwać prawdy bez składania w publikacjach i w salach wykładowych rytualnej daniny reżimowi i obowiązującej doktrynie. Na naszym Uniwersytecie pozostawił wiele trwałych śladów swojej obecności. Jego osobę przypomina także przekazana przez niego kolekcja pięknych i barwnych „Nikiforów”, ulokowana w magazynie muzeum i cierpliwie czekająca na swoją wystawę.