Pan działa przez ludzi

Agnieszka Gieroba

|

Gość Lubelski 7/2020

dodane 13.02.2020 00:00

− Ile razy Bóg wstąpi do serca waszego, to stanie się jaśniej i smutek się rozwieje − mówił założyciel służebniczek, które idąc za tą radą, pracują w Lublinie od 35 lat, w Polsce zaś od 170.

Służebniczki dębickie pracują w parafii Matki Bożej Królowej Polski. Służebniczki dębickie pracują w parafii Matki Bożej Królowej Polski.
Agnieszka Gieroba /foto gość

Czasy były trudne. Ludzie umierali, pozbawieni leków i opieki. Z każdego kąta słychać było płacz. Liczba sierot, jaka została po przejściu epidemii tyfusu, była zatrważająca. Co robić? Jak ratować te dzieci? Jak zapewnić im opiekę i przyszłość?

Te pytania nie dawały spokoju Edmundowi Bojanowskiemu. Sam jeden chodził od chałupy do chałupy, ze wszystkich sił próbując przynieść ulgę chorym i pocieszać sieroty. Codziennie klękał i modlił się, notując wołanie w swoim dzienniku: „Ojcze Niebieski! Co nas w zaraniu życia spuściłeś z łona swojego na świat, jako ogród wielki, usłysz wołanie nasze. Stwórco nasz, prowadź nas głosem Twoim”.

To właśnie modlitwa i całkowite zawierzenie Bogu poprzez Maryję pozwalały mu realizować dzieła, które na ziemiach polskich pod zaborami przynosiły ratunek potrzebującym. – Epidemia cholery była bezpośrednią przyczyną założenia domu dla sierot w Gostyniu, o którego prowadzenie poprosił siostry szarytki. Edmund wiedział jednak, że nie tylko te dzieci potrzebują opieki, że potrzeba na co dzień zajęć dla wiejskich maluchów pozostawionych samym sobie – rodzice musieli iść na cały dzień do pracy w pole. Słysząc o coraz to nowych nieszczęściach, jakie spotykały dzieci bez opieki, i obserwując życie na wsi, czuł, że trzeba działać – opowiada s. Maria Loyola Opiela, służebniczka Najświętszej Maryi Panny.

Cudownie ocalony

Przynaglenie do niesienia pomocy innym, jakie odczuwał Edmund, wiązało się z jego wychowaniem i osobistym doświadczeniem wiary. Urodzony w 1814 roku chłopiec był od początku słabego zdrowia. Gdy miał cztery lata, zachorował tak poważnie, że lekarz powiedział zrozpaczonym rodzicom, by szykowali się na jego śmierć. Wówczas matka Edmunda powierzyła syna Matce Bożej. Ku zdumieniu wszystkich po tej modlitwie chłopiec odzyskał przytomność i jakby obudzony z głębokiego snu, wrócił do pełni sił. Wotum wdzięczności za uzdrowienie Edmunda rodzice zawiesili w kościele Matki Bożej w Gostyniu, składając świadectwo otrzymanej łaski. – Cała rodzina Bojanowskich była głęboko wierząca. Jak większość polskiego ziemiaństwa w tamtych czasach w wierze i edukacji upatrywali szansę na zachowanie polskości i wyzwolenie narodu. To dwie cechy charakteryzujące całe życie Bojanowskiego – podkreśla s. Maria.

Edmund otrzymał wykształcenie w domu. Interesował się szczególnie literaturą i historią. Fascynowały go życiorysy wielkich Polaków, o których wiele czytał. Podejmował też pierwsze próby pisarskie. W 1832 roku – jako 18-letni młodzieniec – Edmund wyjechał do Wrocławia, aby uczyć się na tamtejszym uniwersytecie. W tym czasie zmarła jego matka, a niewiele później odszedł ojciec. Po śmierci rodziców odbył podróż przez Drezno i Lipsk do Berlina, gdzie zapisał się na wydział filozoficzny tamtejszego uniwersytetu. Największą jego pasją stała się wówczas literatura: pisał między innymi artykuły o polskich zabytkach, tłumaczył wiersze, pieśni serbskie i czeskie. Niestety, gruźlica zmusiła go do przerwania studiów. Wrócił do rodzinnego Grabonoga i zamieszkał u swego przyrodniego brata Teofila Wilkońskiego, który po śmierci rodziców był jego najbliższym krewnym.

Zacząć od najmłodszych

Powrót do domu rozpalił w Edmundzie pasję społecznika. Obserwował ludzi wokół i chciał im pomagać. – Wiedział, że zacząć trzeba od dzieci. Był przekonany, że nasilająca się germanizacja zabierze kolejnym pokoleniom poczucie polskości i zniszczy tradycję oraz polską kulturę – mówi s. Maria. Edmund chciał, by dzieci miały nie tylko opiekę, ale i zapewnioną przyszłość, co mogło dać im podstawowe wykształcenie i nauka konkretnego zawodu czy umiejętności prowadzenia domu i gospodarstwa. Bliska stała mu się powstała wówczas idea ochron, czyli takich miejsc, gdzie chroniło się dzieci od niebezpieczeństw i wykolejenia moralnego. – Bojanowski zdawał sobie sprawę, że właśnie na wsi jest najwięcej polskości w tradycjach i zwyczajach, ale tu też panuje największa bieda, która często prowadzi do deprawacji ludzi. Nie mając żadnych umiejętności i zajęć, szczególnie w okresie jesienno-zimowym zarówno młodzi, jak i starsi chodzili do karczmy na zabawy i pijaństwo. Dlatego Edmund zakładał kluby czytelnicze, gdzie można było przyjść posłuchać ciekawej książki, nauczyć się pisać i czytać, uczestniczyć w jakimś ciekawym wkładzie. Jednak żeby dotrzeć do starszych, musiał zacząć od dzieci – mówią siostry.

Potrzeba stałości

W swojej rodzinnej miejscowości założył więc ochronę dla dzieci, które spędzały tu dzień, podczas gdy rodzice pracowali. Do opieki nad maluchami zatrudniał wiejskie dziewczęta, które znały realia życia i potrzeby najmłodszych. – Gdyby do pracy przyszły ziemianki, trudno byłoby im zrozumieć życie chłopstwa, co mogłoby budzić konflikty. Ważne było więc, by ludzie jednego stanu służyli sobie pomocą, wspólnie osiągając wyższy poziom edukacji, o co dbał sam Edmund – mówi s. Maria. Szybko się jednak okazało, że zatrudnione dziewczęta często się zmieniają – wychodziły za mąż bądź wzywano do innych obowiązków. Stało się jasne, że dzieci, potrzebujące stałości w wychowaniu, muszą być powierzone komuś, kto będzie gotowy oddać im całe swoje życie. Tak zrodziła się myśl powołania zgromadzenia, które będzie służyło tej sprawie. Po wielu godzinach modlitwy, rozmów z kapłanami i konsultacjach z biskupem poznańskim Mieczysławem Ledóchowskim Edmund założył Zgromadzenie Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny, których zadaniem była opieka nad dziećmi i ich wychowanie, troska o chorych i praca. – W powstających ochronach, których coraz więcej zakładano w okolicy, pracowały po trzy siostry. Co tydzień wymieniały się obowiązkami. Jedna była z dziećmi, druga szła do potrzebujących z pomocą i modlitwą, trzecia pracowała z innymi w polu, zarabiając na utrzymanie i rozmawiając z ludźmi o wartościach płynących z pracy i wiary. W ten sposób wieczorami, gdy dzieci wracały do swoich rodzin, w ochronie pojawiały się kobiety, które uczyły się tam pisania i czytania, a także szycia czy prowadzenia domu. Z czasem zaczęto organizować także spotkania dla mężczyzn – opowiadają siostry.

Zgromadzenie bardzo się rozrastało, a ochrony zaczęły powstawać także w innych częściach Polski pod zaborami. – Edmund uczulał siostry, że wszędzie, gdzie rozpoczynają pracę, mają szanować tradycje i zwyczaje danego regionu, bo w nich jest wielka wartość. Tak jest do dziś na całym świecie, gdzie pracują siostry. Powstały cztery gałęzie zgromadzenia, stąd dziś mówi się o służebniczkach dębickich, starowiejskich, wielkopolskich i śląskich, które stanowią jedną federację – wyjaśniają siostry.

Do Lublina służebniczki dębickie przyjechały 35 lat temu. – W tym roku jest taki mały jubileusz naszej pracy w Lublinie. Od początku związane jesteśmy z parafią Matki Bożej Królowej Polski, która wówczas powstawała w sąsiedztwie fabryki samochodów i odlewni. To było wielkie robotnicze osiedle, a nasze siostry zajmowały się dziećmi, katechizowały, pomagały w parafii, odwiedzały chorych. Charyzmat zgromadzenia, mimo upływu lat, nie zmienił się – zapewniają służebniczki.

Siostry o swoim powołaniu

s. Kanizja – Pochodzę z Gdańska, gdzie w parafii św. Józefa pracowały siostry służebniczki. Była tam całodzienna adoracja Najświętszego Sakramentu. Miałam koleżankę, która codziennie rano, idąc do pracy, wstępowała tam na modlitwę. Któregoś razu powiedziała mi, że zna takie siostry, i zaproponowała, byśmy je odwiedziły. Zgodziłam się. Bardzo mi się podobało. Panowała tam zawsze wielka radość i odczuwałam lekkość w sercu. Fascynowało mnie oddanie sióstr Panu Jezusowi i ich praca na rzecz innych. Chodziłyśmy tam przez kilka lat w wolnych chwilach, by się z siostrami spotkać, porozmawiać, pomóc, gdy trzeba było. Nigdy jednak żadna siostra nie zapytała, czy myślę o wstąpieniu do zgromadzenia. We mnie jednak rosło przekonanie, że to moje miejsce. Jestem w zgromadzeniu już 47 lat.

s. Loyola – Pochodzę z okolic Limanowej. Historia mojego powołania sięga szkoły podstawowej. Wówczas moja mama leżała w szpitalu w jednej sali z siostrą zakonną. Gdy ją odwiedzałam, rozmawiała ze mną także siostra, która mnie zafascynowała swoim podejściem do cierpienia i do mnie, wówczas młodej dziewczyny. Jednak kiedy mama wyzdrowiała, nasz kontakt się urwał. Kończyłam VIII klasę, a że dobrze się uczyłam, moja dyrektorka powiedziała, że mam zgłosić się do liceum w Limanowej. W tym czasie w mojej parafii była niedziela powołaniowa i spotkanie dla dziewcząt. Miałam tysiące pytań. Po spotkaniu podeszła do mnie siostra i zapytała, czy myślę o zgromadzeniu. Powiedziałam, że tak, ale muszę najpierw skończyć szkołę. Usłyszałam, że w zgromadzeniu też można chodzić do szkoły. To było to! Odnalazłam swoje miejsce.