• facebook
  • rss
  • Potrafił słuchać i... śpiewać

    dodane 08.11.2012 00:00

    Jaki był? O każdej porze można było do niego zadzwonić, a kiedy przychodził, zawsze miał ze sobą akordeon...


    Mając 15 lat, Zygmunt Pawłowicz uczestniczył w rekolekcjach, które w jego parafii głosił o. Roch Betlejewski, franciszkanin z Niepokalanowa. Zafascynowany spotkanym zakonnikiem, postanowił sam zostać franciszkaninem. We wrześniu 1957 roku przyjęto go do IX klasy Niższego Seminarium Duchownego w Niepokalanowie. Po wysłuchaniu jednej z konferencji gwardiana Niepokalanowa o. Izydora Koźbiała zapisał sobie: „Muszę się nauczyć kochać tak jak o. Maksymilian. Kochać to dawać siebie. Kochać to nie stawiać warunków. Kochać to służyć. Kochać to uczyć się drugiego człowieka”.


    Zygmunt, czyli ojciec Bruno


    Z powodu trudnej sytuacji politycznej w Polsce w 1958 roku i grożącego niektórym chłopcom poboru wojskowego władze zakonne podjęły decyzję o przyspieszeniu nowicjatu. Prośbę o przyjęcie do zakonu wyraził również Zygmunt Pawłowicz.

    15 października 1958 roku otrzymał habit zakonny oraz nowe imię zakonne: Bruno. Odtąd jego patronem został św. Bruno z Kolonii.
Jako kapłan został skierowany do pracy w Łodzi. W parafii miał wiele obowiązków, zajmował się też ludźmi niewidomymi. Zaczął odwiedzać ich w domach, sprawować dla nich Mszę św., spotykać się na regularnej katechezie. Kolejnymi miejscami pracy o. Brunona były Gdynia i Gdańsk. Tam także środowisko niewidomych stało się jego drugim domem. By lepiej zrozumieć tych ludzi, odbył kurs orientacji przestrzennej – tzw. kurs z białą laską.


    Ciągle w drodze


    Jeździł ze spotkania na spotkanie, by być blisko ludzi. Zawsze miał przy sobie akordeon. Gdy wchodził, od razu wiadomo było, że będzie wesoło. – Potrafił nie tylko integrować ludzi, ale przede wszystkim ich słuchać i jeśli trzeba – służyć konkretną pomocą – mówią ci, którzy go znali. Podczas kapituły prowincjalnej w 1986 roku o. Pawłowicz został wybrany na gwardiana w Lublinie. Większość obowiązków na nowym miejscu wynikała z funkcji krajowego duszpasterza niewidomych, jaką pełnił. Kiedy tu przyjechał, nie mógł wiedzieć, że Lublin będzie jego ostatnim domem. Jak w każdym poprzednim miejscu pracy, tak i tutaj przyciągał do siebie niewidomych. Lgnęli do niego, wiedząc, że znajdą w tym kapłanie nie tylko przewodnika duchowego, ale i przyjaciela. 13 października 1987 roku o. Bruno jechał razem z o. prof. Celestynem Napiórkowskim do Warszawy. Niestety, nie dojechał do stolicy. Zginął w wypadku samochodowym pod Warszawą w miejscowości Zakręt. Miał zaledwie 45 lat, w tym 20 lat w kapłaństwie. W 25. rocznicę jego śmierci w wielu miastach Polski, także w Lublinie, zebrali się przyjaciele o. Brunona, którzy wciąż o nim pamiętają.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół