• facebook
  • rss
  • Polska nie zginęła, bo byli oni…

    dodane 27.02.2014 00:00

    Walczyli zarówno z hitlerowcami, jak i Sowietami. W PRL-u mieli być zapomniani. Przez lata nie wolno było o nich mówić. Dziś ich historie poruszają i fascynują.

    Bezpieka tropiła partyzantów dniem i nocą. Wielu z wyklętych przeszło przez ubeckie katownie. Z wyrwanymi paznokciami i połamanymi kośćmi „gnili” w więzieniach. Wielu też doświadczyło przyjacielskich uścisków w obozach Borowicz, Swierdłowska i w szeregu innych miejscach internowania na sowieckiej ziemi. Ich historia, skrzętnie przez lata ukrywana, ostatnimi czasy ujrzała światło dzienne. Niezwykłej urody Partyzantem, któremu najdłużej udało się wytrwać na posterunku, był Józef Franczak. Przeszedł do historii jako ostatni żołnierz wyklęty, który zginął z bronią w ręku. Przez modną ówcześnie fryzurę i maniery eleganta dostał podczas okupacji pseudonim „Laluś”. Franczak urodził się w gminie Piaski w 1918 r. W czasie wojny został dowódcą drużyny, a potem dowódcą plutonu w III Rejonie Obwodu Lublin AK. Był jednym z 60 tysięcy takich jak on konspiratorów na Lubelszczyźnie. W maju 1948 r. patrol, którym dowodził, wpadł w zasadzkę UB-KBW i przestał istnieć. Od tej pory Franczak większość czasu ukrywał się samotnie. Dzięki zorganizowanej sieci ponad 200 pomocników trwał w ukryciu ponad 10 lat.

    – Mój ojciec chciał się ujawnić – opowiadał w Lublinie Marek Franczak, syn Józefa. – Pragnął jednak gwarancji, że nie dostanie się w łapy UB. Mógł zostać skazany na śmierć, ale nie chciał być torturowany. Był tylko człowiekiem. Bał się, że się załamie. Że zrobi krzywdę komuś, kto często oddawał mu ostatni kawałek chleba. Dziś czuję ulgę, że mogę o tym wszystkim mówić. Przez lata doświadczałem wiele złego. Pałowanie z byle powodu, naloty milicji, bo przecież byłem synem bandyty – mówił. Twarzą do ziemi „Lalka” zdradził Stanisław Mazur ps. „Michał”, bratanek ojca Danuty Mazur, z którą „Lalek” miał syna. 21 października 1963 r. 35 funkcjonariuszy ZOMO i SB czekało tylko na umówiony sygnał od „Michała”. Ten dokładnie informował, co robił „Laluś”. A on był w Majdanie Kozic Górnych, w gospodarstwie swych przyjaciół i współpracowników Jana i Wacława Beciów. „Do miejscowości Majdan Kozic Górnych udaliśmy się 21 października o godzinie 14.30” – tak opisuje te wydarzenia por. Ludwik Taracha, oficer operacyjny SB w KP MO w Lublinie.

    – „Po obstawieniu zabudowań Becia Jana zauważyliśmy wychodzącego osobnika. Po sylwetce i zachowaniu domyśliłem się, że to może być Franczak. Usiłował go zatrzymać przewodnik psa. Franczak zaczął jednak uciekać do stodoły. Po dwóch minutach wypadł z innej strony i zaczął strzelać do przewodnika, uciekając w kierunku lasu. Gdy zauważył funkcjonariuszy MO stojących na obstawie, którzy wzywali go do odrzucenia broni i podniesienia rąk, Franczak wrócił w kierunku zabudowań, wskoczył w krzaki, po paru sekundach wybiegł i wówczas zauważyłem, że miał na sznurku na szyi teczkę i w obydwu rękach pistolety, z których równocześnie strzelał. Franczak nie zatrzymał się, a dobiegł do mieszkania Ludwika Misiury i wszedł do ogródka między bzy i jaśminy. Klęknął tam na kolana i zaczął strzelać do dwóch funkcjonariuszy MO biegnących w jego kierunku. Funkcjonariusze zaczęli strzelać w jego kierunku po krzakach. W pewnym momencie zauważyłem stojąc w odległości 15 metrów od Franczaka, że się przewrócił i upadł twarzą do ziemi. Dobiegliśmy do Franczaka wzięliśmy go za ręce, podnieśliśmy twarzą do góry. Franczak po upływie 2 minut zmarł”. Zachowała się, jak trzeba Dziś, gdy o żołnierzach wyklętych można mówić bez obaw, gdy co roku obchodzimy ich święto, wielu z nich staje się wzorem do naśladowania dla współczesnej młodzieży.

    – Interesowałam się historią, ale nigdy tą z okresu II wojny światowej – opowiada Małgosia Romanowska, uczennica drugiej klasy liceum ogólnokształcącego w Lublinie – dopóki nie usłyszałam o „Ince”. To był jakiś przełom w moim życiu. Ciągle myślę o tej młodej dziewczynie, o jej świadectwie życia, o heroizmie. I zastanawiam się, czy ja umiałabym tak żyć jak ona. „Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba – napisała w ostatnich słowach Danuta Siedzikówna, nosząca pseudonim „Inka” i nazwisko konspiracyjne Danuta Obuchowicz. W trakcie ciężkiego śledztwa w kazamatach UB okazała się niezłomna. Na pięć dni przed swoimi osiemnastymi urodzinami w 1946 r. sanitariuszka V Brygady Wileńskiej Armii Krajowej za wyimaginowane zbrodnie została zamordowana. Osiemnastoletniej dziewczynie przypisywano uczestnictwo w licznych egzekucjach, zawsze z zaciętą twarzą i pistoletem w ręku. Choć po latach prawda okazała się zupełnie inna, żaden ze „śledczych”, oskarżycieli, sędziów ani wykonawców wyroku na „Ince” nie poniósł kary. W 2006 otrzymała pośmiertnie Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Miejsce pochówku jej ciała do dziś nie jest znane, zostało utajnione przez UB. W Gdańsku na Cmentarzu Garnizonowym znaleźć można jej symboliczny grób. Od śmierci „Lalka”, ostatniego żołnierza wyklętego, w 2013 roku minęło 50 lat. Dziś rok 1963 to symboliczna data dla całego pokolenia żołnierzy polskich, którzy nie złożyli broni wraz z końcem II wojny światowej, a których były tysiące.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół