• facebook
  • rss
  • Księża wyklęci

    Kinga Bogusiewicz

    dodane 10.03.2015 22:00

    „Gdy nam ciężko, idźmy pod krzyż. Tam znajdziemy otuchę, pociechę, wiarę w zwycięstwo wielkich idei i wiarę w zmartwychwstanie. Amen.” To ostatnie słowa napisanego przez ks. Zielińskiego kazania. Przygotował je sobie dzień wcześniej, nie zdążył go wygłosić, bo został zastrzelony.

    70 lat temu w Kraśniku leżał śnieg, który doskonale przechowywał ślady zbrodni, krew i odciski butów „nieznanych sprawców”. Śledztwo nie należałoby więc do skomplikowanych, jednak Milicja Obywatelska robiła wszystko, by ślady zatrzeć i świadków nie znaleźć. Procesu w sprawie zabójstwa ks. Stanisława Zielińskiego, rektora kraśnickiego kościoła pw. Ducha Świętego - nigdy nie było.

    Do więzienia poszedł figurant – człowiek niepełnosprawny umysłowo - skazany jednak nie za zabójstwo duchownego, ale za postrzelenie gospodyni. Siostra profesor Zofia Zdybicka, u której rodziców przez pewien czas pomieszkiwał ks. Zieliński, pamięta, że 10 marca 1945 roku dwa razy był on wzywany do kraśnickiej siedziby UB. Spóźnił się na wtedy na wieczorną Mszę św., nie mógł się na niej skupić, a po nabożeństwie długo rozmawiał z organistą. W nocy zapukało do jego mieszkania dwóch nieznajomych gości, do księdza oddali dwa strzały, do gospodyni jeden – padła na ziemię udając martwą, choć była tylko zraniona. Gospodyni przeżyła, jest naocznym świadkiem zbrodni, zaś organista po śmierci ks. Zielińskiego szybko zniknął z Kraśnika. Pogrzeb stał się patriotyczną manifestacją, ale po nim UB szybko wzmocnił swoje wpływy w mieście. O ks. Zielińskim nie można było mówić, jednak jego grób przy kościele pw. Ducha Świętego stał się miejscem pamięci i spotkań.

    Kapłanów takich, jak ks. Stanisław Zieliński, ks. Aleksander Iwanicki czy ks. Michał Słowikowski, przypisanych do konkretnego oddziału lub w latach 1945 – 1956 dorywczo pomagających partyzantom na Lubelszczyźnie było około siedemdziesięciu. Franciszkanie w klasztorze w Radecznicy przechowywali spore ilości broni. Najwięcej kapelanów antykomunistycznego podziemia było oczywiście tam, gdzie największe były skupiska partyzantów – w Lasach Janowskich czy w Puszczy Solskiej.

    Śmierć z rąk funkcjonariuszy UB, prócz wspomnianego ks. Zielińskiego, poniósł także ks. Lucjan Niedziela, kapelan AK i WIN-u. Żołnierze, którzy po II wojnie światowej nie chcieli odłożyć broni, wiedząc, że bitwa o wolną Polskę jeszcze się nie skończyła, musieli ukrywać się w lasach i walczyć jak partyzanci. Przez komunistyczną propagandę wyparci i wyklęci ze świadomości Polaków, nazywani zdrajcami i bandytami, dziś powracają już jako „żołnierze niezłomni”, a wraz z nimi dzielne, opierające się naciskom ubeków ich matki i żony czy posługujący im księża, o których również przez lata nie można było mówić.

    - Posługa duszpasterska jest bardzo ważna, bo życie partyzanta nie jest tak ładne jak w przedstawieniach grup rekonstrukcyjnych, to jest naprawdę ciężkie życie – mówił podczas zorganizowanej przez „Civitas Christiana” sesji poświęconej kapelanom podziemia niepodległościowego historyk, dr Marcin Paluch. Kapelani sprawowali sakramenty, dostarczali pieniądze, żywność, ubrania, rzadziej broń, brali także udział w tajnych, nocnych pochówkach.

    - Kapelan w partyzantce jest równie ważny jak dowódca, bo należało dbać, by nie nastąpiło przejście w kierunku działań bandyckich, by utrzymać karność w oddziale, dlatego właśnie potrzebny był ksiądz, który żołnierzy w lesie odwiedzał, spowiadał, odprawiał Mszę, tłumaczył, jakie są zasady walki – dodaje dr Paluch.

    „Gdy nam ciężko, idźmy pod krzyż. Tam znajdziemy otuchę, pociechę, wiarę w zwycięstwo wielkich idei i wiarę w zmartwychwstanie. Amen.” To ostatnie słowa napisanego przez ks. Zielińskiego kazania. Przygotował je sobie dzień wcześniej, nie zdążył go wygłosić, zginął. Zostawił po sobie kilka zeszytów kazań – trwają prace nad ich publikacją, zachował się po ks. Zielińskim także pamiętnik, a w nim m. in. słowa: „Do kapłaństwa wzdychałem tyle, tyle lat...”. Zaraz po święceniach pielgrzymował na Jasną Górę prosić Maryję o święte, kapłańskie życie. Gdy przyjechał do Kraśnika, zastał kościół Ducha Świętego w opłakanym stanie (otwierano go tylko raz w roku, na Zielone Świątki), a na przykościelnym, zabytkowym cmentarzu zobaczył pasące się kozy. Szybko zabrał się do remontowania świątyni, wkrótce został jej rektorem.

    Cały czas zaangażowany był w działalność NSZ, w latach szalejącego stalinizmu nie wahał się odprawić Mszy w intencji kapitana zamordowanego w Katyniu. Prócz tego Zieliński prowadził działalność charytatywną: otworzył kuchnię dla ubogich, wspierał materialnie rodziny, zwłaszcza te, których bliscy po wojnie nie wrócili do domów. Współpracował z młodzieżą – na dwa tygodnie przed śmiercią wysłał pismo z prośbą o zgodę na organizację misterium wielkopostnego, w którym występować mieli kilkunastoletni aktorzy.

    - Ks. Zieliński miał świetny kontakt z młodymi, najbardziej ciepłe i wzruszające są relacje jego wychowanków – mówi dr Jarosław Cybulak z Bractwa ks. Stanisława Zielińskiego w Kraśniku. Upodobał sobie spacery z różańcem i brewiarzem, choć obok nie brakowało malowniczych wąwozów, Zieliński często chodził w stronę lasu „Giżówka”, gdzie stacjonowały oddziały partyzantów. - Czy się tam z nimi spotykał? Tego nie wiemy – stwierdza J. Cybulak.

    Bractwo ks. Stanisława Zielińskiego działa od kilku lat w Kraśniku: pracuje nad publikacją tekstów swojego patrona, gromadzi pamiątki po nim, a ostatnio także podejmuje starania o jego beatyfikację.

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół