• facebook
  • rss
  • Kaletnik jak psycholog

    Justyna Jarosińska

    |

    Gość Lubelski 20/2015

    dodane 14.05.2015 00:15

    Gdy zapytać w Lublinie, gdzie można wymienić zamek w torbie, spodniach czy butach, odpowiedź zawsze zabrzmi jednakowo: na Zielonej.

    Coraz rzadziej naprawiamy stare ubrania czy przedmioty. Jeśli już to robimy, to z reguły z sentymentu. Zapotrzebowanie na usługi tego rodzaju powoli ginie. I choć swego czasu Ministerstwo Gospodarki, by uchronić przed naturalnym wyginięciem zawody takie jak kaletnik, szewc czy kuśnierz, postanowiło dofinansować małe przedsiębiorstwa zajmujące się taką działalnością, to jednak nie pomogło utrzymać się na rynku ludziom, którzy zajmują się dziś niszową działalnością. Zakładów, w których można naprawić buty czy torbę, jest coraz mniej. Są jednak tacy, którzy ciągle z zamiłowania, a może z przyzwyczajenia, siedzą w swoich kanciapach i czekają na zwolenników naprawiania i tym samym przeciwników kupowania nowego.

    Zakład z duszą

    O miejscu, gdzie da się przywrócić życie starej walizce czy zdezelowanemu paskowi, wie w Lublinie każdy. – Proszę pani, wiadomo, że trzeba pójść na Zieloną – mówi pan Stefan, który od lat wiernie odwiedza zakład pana Dariusza Dudkiewicza.

    – Nigdzie nikt nie naprawi pani torebki tak szybko i sprawnie – zachwala starszy mężczyzna. Miejscówka w centrum miasta przy Zielonej 20 od wielu lat należy do branży kaletniczej. – Zakład istnieje w tym miejscu od 1957 r. – mówi pan Dariusz Dudkiewicz, z wykształcenia technolog żywienia. – Prowadził go najpierw mój poprzednik pan Zygmunt Łazarz. Ja się przy nim przez kilka lat tu uczyłem, a potem jak przeszedł na emeryturę, przejąłem działalność. Klaustrofobiczne, można rzec, pomieszczenie, w którym większość miejsca zajmują torby i walizki, ma bez wątpienia swój klimat. Na ścianach oprócz obrazków z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego można zobaczyć różne ogłoszenia z numerami telefonów. – Ludzie, widząc, że czasami ustawiają się tu kolejki, proszą o możliwość powieszenia jakiegoś anonsu, a mnie to nie przeszkadza – wyjaśnia właściciel. Pan Dariusz przeważnie naprawia torby, ale nie brakuje klientów, którzy przychodzą z zepsutym zamkiem w kurtce czy butach. Zakład prowadzi wraz z żoną. Codziennie od godz. 10 do 18 bez względu na porę roku siedzi w swym mikroskopijnym pomieszczeniu i oczekuje na klientów. – Teraz jest ich znacznie mniej niż kiedyś – wzdycha. – Zalewa nas tania masowa produkcja z Chin. Ludziom przestaje się opłacać cokolwiek naprawiać. Przy aktualnych cenach można równie dobrze zepsutą rzecz wyrzucić i kupić nową. Są jednak tacy, którzy do kaletnika z Zielonej zaglądają zarówno z sentymentu do swoich starych rzeczy, jak i sentymentu do samego miejsca. – Pamiętam, jak przychodziłam tu z mamą zaraz na początku funkcjonowania tego zakładu – wspomina pani Zofia, która mieszka w pobliżu ulicy Zielonej. – Raz mama przerobiła tu swój nieco zniszczony płaszczyk na całkiem ładną torbę dla mnie do szkoły. Byłam taka modna – śmieje się starsza kobieta. Rzeczywiście pan Dariusz, który doświadczenia w pracy ze skórą nabywał najpierw z zakładach skórzanych Buczka, na Zielonej swoim klientom szył na zamówienie przeróżne rzeczy. – Były plecaki, ale też pokrowce na whisky. Dziś już nikt tego nie robi. Ze skóry nie opłaca się szyć niczego na zamówienie, bo zarówno materiał, jak i usługa są drogie – wyjaśnia kaletnik. Czasami naprawia też siodła konne czy rękawice bokserskie.

    Za chwilę zaginie

    Przez lata przychodzili na Zieloną zarówno zwykli mieszkańcy Lublina, jak i znani aktorzy i politycy. Przychodzili, by przywrócić rzeczom drugie życie, ale też by zwyczajnie pogadać. – Dziś bardzo często zdarza się, że przychodzą starsi ludzie, żeby opowiedzieć historię swojego życia, zwierzyć się, wyżalić, bo w domu nie mają z kim porozmawiać. Ja jestem obcy, nikomu nie powtórzę. Czują się bezpieczni. A czasami zwyczajnie chcą tu ze mną posiedzieć. I choć może w zakładzie do posiadówek nie ma specjalnie warunków, to jednak, zwłaszcza zimą, u pana Dariusza jest przynajmniej ciepło. Własnoręcznie robiony piec, zapach skóry i spokój właściciela bez wątpienia przyciągają. – Ja tu będę pracował już do śmierci – mówi kaletnik. – Mam nadzieję, że ludzie będą jednak przychodzić, by starczyło mi na opłaty i jakieś utrzymanie. Ale moje dzieci już na pewno nie przejmą tego zakładu. Dziś już nikt nie garnie się do takich prac – zauważa. Choć zapotrzebowanie na pracę pana Dariusza jeszcze jest, to z usług typowo kaletniczych nikt już w zasadzie nie korzysta. – Ten zawód, podobnie jak kowalstwo, za chwilę zaginie. Zostaną tylko pracownie artystyczne – zauważa.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół