• facebook
  • rss
  • Trzeba mieć czas dla ludzi

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 03/2016

    dodane 14.01.2016 08:51

    80. urodziny bp. Ryszarda. Mając 7 lat, uczestniczył w prymicjach potajemnie wyświęconego podczas wojny księdza. Wtedy pierwszy raz przyszło mu do głowy, że chciałby stanąć przy ołtarzu. Po latach Pan Bóg spełnił to pragnienie.

    We wsi Rudzienko w do- mu bp. Ryszarda Karpińskiego zawsze było coś do jedzenia, mimo okupacji i biedy. Nie były to rarytasy, ale w lepszych czasach cukier z wodą i chleb ze smalcem, w gorszych chleb z olejem lnianym i szczyptą soli. Mały Rysio brał taką pajdę chleba i siadał obok dziadka, który uczył go czytać. – Nie chodziłem jeszcze do szkoły, zresztą w czasie okupacji początkowo szkoła była zamknięta, więc nie było takiej możliwości, ale czytanie bardzo mi się podobało. Nie mogłem się doczekać, kiedy będę mógł się uczyć w prawdziwej szkole – wspomina bp Ryszard. Zanim było to możliwe, nauczyciele potajemnie gromadzili dzieci i uczyli je na tajnych kompletach. Kiedy w 1943 r. była możliwość pójścia do szkoły, Rysia zakwalifikowano do klasy II, choć wiedzę miał jak trzecioklasista. Jednak do trzeciej klasy był za młody.

    Tajemne prymicje

    W czasie okupacji kościół parafialny, do którego przynależała wieś Rudzienko, był otwarty. Księża nie mogli mieszkać na plebanii, którą zajęli Niemcy, ale ludzie przygarnęli kapłanów, więc posługę duszpasterską mogli sprawować. W 1942 r. miały miejsce prymicje jednego z kapłanów wyświęconego potajemnie przez bp. Leona Fulmana, który przebywał na zesłaniu w Nowym Sączu. – Miałem wtedy 7 lat i było to dla mnie wielkie przeżycie.

    Uczestnictwo w tej potajemnej uroczystości było czymś niezwykłym. Czułem się wzruszony i poruszony. Rozumiałem, że ten ksiądz, który pierwszy raz odprawia Mszę św., ma jakąś szczególną misję. Wtedy chyba pierwszy raz przyszło mi do głowy, że może i ja kiedyś chciałabym, tak jak on, stanąć przy ołtarzu i sprawować Mszę św. – wspomina bp Ryszard. Na razie jednak trwała wojna. Na wsi pracy było dużo, do tego dochodził strach przed okupantem i na wiele rzeczy nie można było sobie pozwolić. Kiedy wojna się skończyła, nie było dużo lepiej. – Największą atrakcją była nauka. Ciągnęło mnie do niej i łatwo mi przychodziła – wspomina biskup. Nie mając jeszcze 13 lat, ukończył szkołę powszechną. Bardzo chciał się uczyć dalej, ale wiązało się to z wyjazdem do Lubartowa lub do Lublina, na co rodzice nie mogli sobie pozwolić, tym bardziej że starszy z synów już uczył się w Lublinie, a to obciążało rodzinny budżet.

    Taka Pasja

    Ryszard pomagał więc ojcu w gospodarstwie. Tak bardzo jednak chciał się uczyć, że zapisał się na kurs przysposobienia rolniczego, który odbywał się raz w tygodniu. – Przyjeżdżał do nas nauczyciel i wykładał nam podstawy rolnictwa. Gdy przyszła zima i nie mógł do nas na wieś przyjechać, byłem bardzo rozczarowany. Wiedza, jakakolwiek, wydawała mi się tak pasjonująca, że gdy jej brakowało, czułem się nieswojo – wspomina biskup. Widząc zapał syna do nauki, po roku rodzice zdecydowali, że poślą go do szkoły. Najpierw myśleli o placówce w Lubartowie, dokąd było bliżej, ale wynajęcie stancji wiązało się z wożeniem do Lubartowa opału i wyżywienia. – Tak samo było i w Lublinie; jeśli brało się stancję, trzeba było umówić się z gospodarzami na dostarczanie odpowiednich rzeczy. Rodzice więc zdecydowali, że skoro starszemu bratu wożą do Lublina, to i dla mnie też w Lublinie coś się znajdzie. Tak trafiłem do „Biskupiaka”, czyli szkoły dla chłopców prowadzonej przez diecezję – mówi bp Ryszard. Młodzieńczy zapał Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego księdza udało się znaleźć miejsce w internacie przy szkole, który wówczas mieścił się przy ulicy Ogrodowej. W szkole Ryszard zaprzyjaźnił się z kolegą, który mieszkał w internacie u księży salezjanów. Za jego namową po pewnym czasie prowadził się tam. – To, co mnie tam pociągało, to była możliwość uczestniczenia codziennie we Mszy św. i modlitwach, czego nie było w internacie przy Ogrodowej. Myślę, że przykład życia zakonnego też mnie pociągał, dlatego gdy w 11 klasie była możliwość przeniesienia do seminarium duchownego na tzw. kurs przygotowawczy, postanowiłem spróbować. Gnał mnie jakiś młodzieńczy zapał do szukania swego miejsca w życiu. Pomyślałem sobie, że jak mi się spodoba w seminarium, to zostanę, a jak nie, będę bez przeszkód mógł odejść. Spodobało mi się tak bardzo, że moja decyzja o zostaniu kapłanem utwierdziła się – podkreśla jubilat. Po studiach seminaryjnych 19 kwietnia 1959 r. został kapłanem. Jego pierwszą placówką była parafia św. Teresy w Lublinie. Był tam wikariuszem i uczył katechezy.

    Ksiądz zmęczony, to śpi

    – To był krótki czas, kiedy katecheza mogła być w szkole. Miałem 30 godzin religii, przygotowywałem dzieci do Pierwszej Komunii św., pomagałem w parafialnej kancelarii i wypełniałem wiele innych posług. Kosztowało to wiele wysiłku, tak że zdarzyło mi się zasnąć na katechezie. Obudził mnie śmiech dzieci i głos dziewczynki, która mówiła do klasy: „Głupie, czego się śmiejecie? Ksiądz zmęczony, to śpi”. Nie narzekałem jednak. Miałem wspaniałego proboszcza, który uczył mnie wielu rzeczy i prowadził niczym ojciec. Dlatego, kiedy po roku pracy przyszło pismo z kurii, które zawiadamiało mnie, że ksiądz biskup zaprasza mnie na studia, nie chciałem odchodzić z parafii – opowiada bp Ryszard. Ustalił ze swoim proboszczem, że poprosi w kurii o odłożenie studiów o rok. – Wiadomo było, że ówczesna władza wyrzuci katechezę ze szkół w ciągu roku, więc proboszcz myślał, że ja do tego czasu dociągnę swoją pracę, a potem pójdę na studia. Kiedy pojechałem do kurii i powiedziałem o tym wszystkim, ksiądz kanclerz popatrzył na mnie i powiedział, że nie wiadomo, czy za rok ksiądz biskup dalej będzie miał ten sam plan wobec mnie, że chce mnie posłać na studia, a poza tym skoro przez rok tak zżyłem się z moim proboszczem, to za dwa lata będzie jeszcze trudniej nam się rozstać. Wobec tego przystałem na propozycję studiów i trafiłem na KUL – wspomina jubilat.

    Wszystkie drogi wiodą do Rzymu

    Po ukończeniu studiów na KUL zaproponowano ks. Ryszardowi studia biblijne w Rzymie. Nie była to jednak prosta sprawa. Trzeba było wystąpić do władz o wydanie paszportu, z czym duchowieństwo miało problem. – Urzędnik, z którym rozmawiałem, powiedział mi wprost: „Wy jesteście młodym księdzem i nie mamy nic przeciw wam osobiście, ale są takie sprawy między episkopatem a rządem, że nie możemy pozytywnie załatwić waszej sprawy” – wspomina bp Ryszard. Mimo to co jakiś czas ks. Ryszard składał podanie o paszport. Za szóstym razem zostało rozpatrzone pozytywnie. Tak zaczęły się studia w Rzymie. Były one nie tylko czasem zdobywania wiedzy, ale także okazją do podróżowania i uczenia się języków obcych, co przychodziło biskupowi z łatwością. Po ukończeniu studiów wrócił do Polski, gdzie został drugim prefektem Wyższego Seminarium Duchownego w Lublinie i sekretarzem Instytutu Kultury Religijnej przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W tym okresie prowadził lektoraty z języka włoskiego na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i wykłady z Pisma Świętego w Instytucie Kultury Religijnej. W tym czasie w Watykanie szukano kapłanów z różnych krajów do pracy w Papieskiej Komisji ds. Emigracji i Uchodźców. W tej grupie miał być też ksiądz z Polski. Zapytano wówczas kard. Wojtyłę, czy może polecić jakiegoś polskiego księdza. Ten obiecał popytać. Tak ktoś podpowiedział, że jest taki ks. Karpiński, który studiował w Rzymie i w wakacje podróżował po wielu krajach, zna kilka języków, więc może by się nadał. Tak droga ks. Ryszarda znowu poprowadziła do Rzymu. – To była praca wśród ludzi wielu narodowości. Papieska komisja miała pod opieką ludzi podróżujących, czyli wszystkie kaplice na lotniskach, statkach, oraz emigrantów. Była to okazja do różnych spotkań z katolikami z całego świata – wspomina bp Ryszard. W Komisji pracował 14 lat, do czasu, kiedy to w sierpniu 1985 r. został biskupem pomocniczym diecezji lubelskiej. Swoją biskupią posługę w diecezji łączył dalej z posługą Polakom przebywającym na emigracji, będąc delegatem Episkopatu ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej. W grudniu 2011 r. papież Benedykt XVI przyjął jego rezygnację z obowiązków biskupa pomocniczego i bp Ryszard przeszedł na emeryturę. – Patrząc wstecz, widzę, ile zawdzięczam Panu Bogu. Lista spraw, za które dziękuję, jest bardzo długa. To, czym mogę podzielić się z młodszymi kapłanami po 80 latach życia i ponad 50 latach kapłaństwa, jest proste: trzeba zawierzyć wszystko Jezusowi i mieć czas dla ludzi – podsumowuje bp Ryszard.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół