• facebook
  • rss
  • Wyznania inkoholiczki

    Anna Viljanen

    dodane 09.04.2016 12:15

    Richard Binder profesjonalnie i merytorycznie miażdży wszystkie antypiórowe argumenty. Analizuje naturalne ułożenie ręki, żonglując technicznymi parametrami porównuje budowę pióra i długopisu... I na koniec udowadnia, że to właśnie długopis może być winny temu, że bazgrolisz.

    Jedni zbierają znaczki. Inni pływają kajakiem, albo wpław. Albo kolekcjonują robaczki, latają samolotami, jeżdżą na rowerach bądź hulajnogach, bądź deskorolkach. Zwiedzają świat, śpiewają, tańczą, gotują, boksują, chodzą na rękach, względnie na nogach. Lecą w kosmos, odwiedzają babcię w Stanach, słuchają muzyki z lat osiemdziesiątych. Wymyślają nowe języki, piszą, czytają... Dziwne hobby ludzie mają. A ja jestem pióroholiczką.

    Cierpię na piórozę chroniczną, nawracającą, w stadium terminalnym tkwię. Co więcej, zaowocowała ona również przewlekłym inkoholizmem i notesouzależnieniem. Przypadek kliniczny, nie do wyleczenia. Ale cofnijmy się do początków choroby.

    Co sprawiło, że pióro uczyniłam wiecznym i postawiłam o niebo wyżej niż, tfu, tfu, długopis? Co przekonało mnie do tego hołdu mechaniczności i analogowości w erze urządzeń cyfrowych? To pytanie jest jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo odpowiedź na nie to dla mnie coś oczywistego, naturalnego, jedna z tych rzeczy, nad którymi się nie zastanawiam, one po prostu są we mnie, są częścią mojego „ja”. Trudne, bo jak przekazać to zatwardziałemu długopisiarzowi, który tylko czeka, aby użyć nieśmiertelnego i kończącego, jego zdaniem, dyskusję argumentu: - A jakie to ma znaczenie? I dlatego marnie się czuję, gdy ludzie pytają mnie dlaczego tak twardo obstaję przy wszelkich mechanizmach, dlaczego nadal piszę ręcznie lub na maszynie do pisania, dlaczego nie chcę dać wciągnąć się do jakże wygodnego, ciepłego i przytulnego łoża elektroniki i rozłożyć się na miękkich poduszkach cyberułatwień. Wszystko to bo...  Bo otaczam się przedmiotami z duszą. Brzmi do bólu banalnie, ale autentycznie coś w tym jest.

    Wyobraź sobie hipotetyczną sytuację, o której pewnie jeszcze nigdy nie pomyślałaś. Pożyczasz od kogoś długopis. I co? I nic. Napisałaś, co miałaś do napisania, ewentualnie zamyśliłaś się nad porywającą reklamą kociej karmy/środka na komary/jajek kur z wolnego wybiegu na nim umieszczoną. Po czym wyrzucasz zdarzenie z pamięci (naturalnie plując sobie w brodę, że nie wzięłaś z domu pióra).

    Pióra są ekstremalnie spersonalizowane. Stalówka, wygląd, grubość kreski, ścięcie, doszlifowanie, cała gama wielorakich środków pozwalających stworzyć prawdziwy Instrument do pisania. Słowo „Instrument” jest tu użyte nieprzypadkowo – to ma być coś, z czym będziesz mogła w duecie tworzyć, co stanie się nie tylko twoim narzędziem pracy, ale także na krótką chwilę wspólnikiem. Coś, co cię zachwyci. Coś, co będzie pasowało do ciebie, czego domaga się twoja dłoń. Pokaż mi twoje pióra, a powiem ci, kim jesteś.

    Richard Binder, właściciel Richardspens, jeden z najbardziej znanych na świecie kolekcjonerów i pendoktorów (to taki ktoś, kto naprawia piórka), napisał w 2006 roku dla czasopisma „Stylus” doskonały artykuł przetłumaczony na polski przez Maćka Kosianowskiego – „Po co pisać piórem wiecznym?”. Pytanie na pierwszy rzut oka proste, jednak w istocie całkiem skomplikowane. Autor profesjonalnie i merytorycznie miażdży wszystkie antypiórowe argumenty. Analizuje naturalne ułożenie ręki, żonglując technicznymi parametrami porównuje budowę pióra i długopisu... I na koniec udowadnia, że to właśnie długopis może być winny temu, że bazgrolisz i można to w całkiem prosty sposób zmienić.

    Spróbuj tym razem nie zjeżyć się na słowo „pióro”. Daj mu szansę. Wiem, że pewnie oczyma duszy widzisz siebie w podstawówce i czujesz w ręce Parkera, Vectora albo innego IMa, którego zapewnili ci obowiązkowo rodzice (pomni krzewienia tradycji w szczenięcych latach swego potomka). Spróbuj, nawet jeśli pióro kojarzy ci się z czymś nieprzyjemnym, narzuconym, dodatkowo niewygodnym. Nawet mi pisanie moim starym Vectorem przypomina skrobanie na betonie pordzewiałym gwoździem... A niekiedy wystarczy poświęcić jedynie trochę czasu i chęci, odrobinkę poszukać. Wyjść naprzeciw. Ja wyszłam i nie żałuję.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół