• facebook
  • rss
  • Ks. Dominik Maj - święty z Lubelszczyzny?

    Justyna Jarosińska Justyna Jarosińska

    dodane 07.01.2017 10:00

    Choć od jego śmierci minęło 40 lat, na jego grobie cały czas palą się świeczki. Ludzie zamiast modlić się za niego, modlą się przez jego wstawiennictwo.

    Małe miasteczko na Lubelszczyźnie słynie z pierogów, ale od jakiegoś czasu także z tego, że w lokalnym kościele wśród witraży przedstawiających podobizny czterech ewangelistów wisi także podobizna byłego proboszcza, ks. Dominika Maja. - Moi parafianie mają orędownika w niebie - mówi obecny proboszcz parafii w Bychawie, ks. Andrzej Kuś. - Ks. Dominik pracował tu od 1958 do 1976 r. Wiele wycierpiał, najpierw w obozie koncentracyjnym, a potem podczas okresu komunistycznego. Wierni uważają go za świętego i jeśli mają jakieś problemy, to właśnie przez jego wstawiennictwo proszą o potrzebne łaski.

    O tym, że ks. Dominik jeszcze za życia uważany był przez ludzi za świętego człowieka, opowiada ks. Jerzy Krawczyk, który postacią ks. Maja zafascynował się, będąc jeszcze w seminarium. - Ks. Dominik urodził się na terenie parafii, z której pochodzę, czyli w Rzeczycy Księżej. Na początku wiedziałem tylko, że jakiś ksiądz pochodził z mojej parafii. Im bardziej jednak zgłębiałem jego życiorys, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to był święty kapłan. Teraz, kiedy wiem więcej, ta świadomość nie ustępuje, a wręcz wzrasta - opowiada ks. Jerzy.

    Mały Dominik, który urodził się w 1908 r. jako siódme dziecko w rodzinie, od początku mocno wyróżniał się wśród rodzeństwa. - Już jako bardzo młody chłopak codziennie chodził kilka kilometrów pieszo do Kraśnika, aby tam uczestniczyć we Mszy św., ponieważ w Rzeczycy Msza odprawiana była tylko od czasu do czasu - opowiada ks. Krawczyk. - Później - w liceum biskupim - i dalej - w seminarium - koledzy traktowali go z wielkim szacunkiem. Nikt za bardzo nie wiedział, dlaczego, ale w jego obecności wszyscy nagle poważnieli i starali się zachowywać naprawdę idealnie - śmieje się ks. Jerzy

    Opinia świętości ks. Dominika przyszła już w czasie jego pobytu w obozie koncentracyjnym. Za sprawą niepozornego księdza zmieniali się nie tylko więźniowie w obozie, ale także zdarzały się cudowne przemiany w sercach największych katów. - Wiemy ze wspomnień współwięźnia ks. kardynała Adama Kozłowieckiego, że w obozie był taki kapo ps. Kretynek - opowiada ks. Krawczyk. - Ten człowiek miał strasznie katować ks. Dominika. W pewnym momencie jednak sam jakoś podpał SS-manom. Został ukaranym tym, że odebrano mu przydział chleba. Ks. Dominik wtedy, według relacji świadków, odstąpił mu połowę swojego przydziału. Podobno ta sytuacja miała zaważyć na przemianie życia SS-mana, a dzięki modlitwie ks. Maja wielu w obozie cudem uszło z życiem.

    Gdy 29 kwietnia 1945 r. o 17.30 Amerykanie wyzwolili obóz, ks. Dominik od razu ruszył do pracy. Trafił do Tyrolu, gdzie przez jakiś czas był duszpasterzem młodzieży. Gdy otrzymał wezwanie od biskupa Wyszyńskiego do powrotu do Polski, wrócił do diecezji. Najpierw był proboszczem w Bobach, a później został skierowany do pracy w Bychawie. Zaliczony do grupy księży reakcjonistów, był inwigilowany, wielokrotnie szykanowany i wzywany na przesłuchania. Do końca jednak pozostał nieugięty, a swoich parafian tak jak tylko mógł przybliżał do Boga. - Zapamiętałam go jako przemiłego, głębokiej wiary kapłana, przyjaciela, kochającego Boga i wszystkich ludzi, a zwłaszcza dzieci - wspomina pani Ewa, jedna z parafianek. -  Nigdy nie przechodził obojętnie, zawsze gładził nas po głowach i z sympatią przytulał. Umiał przekazać nam zasady naszej wiary.

    Ksiądz Maj umarł w 1976 roku. Na pogrzebie jego więzienny przyjaciel, ks. Marcin Bardel, powiedział, że trzeba się modlić nie za ks. Dominika, ale przez jego wstawiennictwo.

    Dziś wielokrotnie do ks. Jerzego Krawczyka, który jest autorem niedawno wydanej książki o ks. Dominiku - "Ks. Dominik Maj - kapłan Serca Bożego” - docierają informacje o wysłuchanych modlitwach, kierowanych przez ludzi do Boga przez wstawiennictwo proboszcza z Bychawy. - Zdarzają się też potwierdzone uzdrowienia z nieuleczalnych chorób - zauważa ks. Jerzy. - Ja sam, ilekroć jestem w Bychawie, odwiedzam jego grób i modlę się przy jego wyrzeźbionej z kamienia postaci, przytulającej małe dzieci - podkreśla.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół