• facebook
  • rss
  • Były z nim same kłopoty

    Agnieszka Gieroba

    |

    Gość Lubelski 09/2017

    dodane 02.03.2017 00:00

    Kiedy mogło się wydawać, że wszystko przepadło i nie może podjąć żadnej działalności na Śląsku, pojawił się Lublin. Na wiele lat stał się nie tylko miejscem nauki i zamieszkania, ale i tworzenia programu oazowego.

    Nie dość, że wokół ks. Franciszka gromadziła się młodzież, to jeszcze namawiał ludzi do trzeźwości. Tego było już za wiele. O trzeźwość miała dbać władza ludowa, a nie jakiś ksiądz, który w dodatku robił to skuteczniej niż cały komunistyczny aparat państwowy. Trzeba tę działalność przerwać, a jego samego aresztować. Tak się stało. Jedna z anegdot o ks. Franciszku Blachnickim mówi, że kiedy został aresztowany przez UB za prowadzenie Krucjaty Wstrzemięźliwości, trafił do celi, w której był już jakiś więzień. Ksiądz Blachnicki spytał go: „Za co cię, synu, zamknęli?”. „Za wódkę” – odpowiedział więzień, na co Blachnicki stwierdził: „Nie martw się, ja też za wódkę tu trafiłem”.

    Aresztowany i osadzony w katowickim więzieniu (tym samym, w którym podczas wojny czekał na wykonanie wyroku śmierci zasądzonego przez Niemców), ks. Blachnicki nie stracił wiary. W końcu wypuszczono go na wolność, ale zakazano działalności na terenie Śląska. Wtedy udał się do Częstochowy, do Matki Bożej, by modlić się o rozeznanie – co dalej. Tam przyszła mu do głowy myśl, że może biskup zgodziłby się na studia na KUL w Lublinie. Byłaby to okazja, by opracować teoretycznie wizję Oazy Dzieci Bożych oraz Krucjaty Wstrzemięźliwości.

    Bez hamulców

    Biskup się zgodził i ks. Franciszek w 1961 r. rozpoczął studia. Paradoksalnie to dzięki trudnościom sprawianym mu przez ówczesne władze znalazł się w miejscu, gdzie odegrał znaczącą rolę w posoborowej odnowie Kościoła. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami związał się z nowo powstałą Sekcją Teologii Pastoralnej. Na początku drugiego roku złożył podanie o zatwierdzenie tematu pracy: „Metoda przeżyciowo-wychowawcza dziecięcych rekolekcji zamkniętych. Studium pedagogiczno-pastoralne”. W charakterze ks. Franciszka nie leżało jednak zajmowanie się tylko jedną sprawą. Dobrze scharakteryzował go kiedyś bp Bednorz, który podczas jednej z rozmów z ks. Henrykiem Bolczykiem, także zaangażowanym w oazy, późniejszym następcą Blachnickiego, zapytał go: „Jeździ ksiądz samochodem?”. „Jeżdżę” – odpowiedział. „Tylko niech ksiądz hamulca używa, bo Blachnicki to ma zasadę: ino gaz”.

    Życie na filmowy scenariusz

    27 lutego przypadła 30. rocznica śmierci ks. Franciszka Blachnickiego. Była to okazja do nakręcenia filmu „Prorok nie umiera” o założycielu oazy. To już drugi obraz autorstwa Adama Kraśnickiego o założycielu Ruchu Światło–Życie. Po grudniowej premierze w Katowicach film został pokazany w Lublinie na KUL. – Życie i działalność ks. Franciszka Blachnickiego to materiał na wiele filmów. To, co go spotkało, może posłużyć za scenariusz do wieloodcinkowego serialu lub produkcji sensacyjnych – mówił po lubelskim pokazie dr Andrzej Sznajder, dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach, który konsultował film od strony historycznej. Ta opinia usprawiedliwia niedosyt, jaki wielu widzów odczuwało po obejrzeniu materiału. Trudno w ciągu godziny opowiedzieć tak bogatą historię życia i dzieł ks. Franciszka. Sam Lublin w obrazie jest zmarginalizowany, choć właśnie tutaj ks. Franciszek spędził niemal 20 lat, najpierw jako student, potem pracownik KUL. To w Lublinie powstały pierwsze kręgi Domowego Kościoła, to tutaj marzyła mu się „oazowa dzielnica”, którą miał być Sławinek. O tych faktach nie ma jednak mowy. Jedno zdanie, jakie dotyczy Lublina, mówi, że ks. Blachnicki prowadził tu pracę naukową, której efektem była odrzucona przez władze państwowe habilitacja, a KUL nie stanął w jego obronie. Lubelscy oazowicze, którzy licznie przybyli na pokaz filmu na KUL, mogą więc czuć się zawiedzeni. Jednak dla wielu młodych tło historyczne (polskie realia, w których przyszło żyć ks. Franciszkowi) pokazane w filmie jest odkryciem i kluczem do zrozumienia przesłania, jakie pozostawił założyciel Ruchu Światło–Życie.

    Wiosna w Kościele

    A z Lublinem w życiu ks. Franciszka było tak. W Kościele trwał Sobór Watykański II. Był to czas wielkich zmian związanych z liturgią. Ksiądz Blachnicki był zafascynowany tym, co sobór wprowadzał. Chciał jak najszybciej przekładać to na język praktyczny. Gromadzili się wokół niego inni kapłani, z którymi dyskutował i próbował działać. To on jako jeden z pierwszych wprowadzał w Lublinie liturgię posoborową w kościele akademickim KUL. – Wystarczyło się rozejrzeć w ówczesnej szarej rzeczywistości, by zrozumieć, że ten, który bardzo kochał Boga, kochał też człowieka i chciał pokazywać wszystkim dookoła radosną nowinę, że Jezus jest Panem i Zbawicielem każdego. W Lublinie więc narodził się pomysł zorganizowania Oazy Niepokalanej, czyli rekolekcji dla dziewcząt, a potem tu powstał pierwszy krąg Domowego Kościoła – mówi Zuzanna Podlewska, współpracująca z ks. Blachnickim. Tamte czasy wspomina też Elżbieta Ogrodnik, która wraz z mężem była w pierwszym kręgu rodzin. Był rok 1974. Oaza młodzieżowa w Małem Cichem. Rozmodleni, rozśpiewani, radośni młodzi ludzie rzucali się w oczy. Wtedy jeszcze prawie nikt nie wiedział, co to jest, ale było to coś, co pociągało. Państwo Ogrodnikowie wypoczywali w górach. Pomyśleli sobie, że dobrze by było, gdyby ich córki też mogły spędzać wakacje tak, jak ta napotkana młodzież. Postanowili zapytać księdza, co to właściwie jest. „Oaza” – usłyszeli. „Skąd państwo są?” – zapytał ów kapłan. „Z Lublina” – odpowiedzieli. „To dobrze się składa, bo tam jest centrala, tam wszystko się zaczęło”. Po powrocie do Lublina w mieszkaniu Ogrodników zadzwonił telefon. Zaproszono ich na spotkanie małżeństw na Sławinek. Tam spotkali ks. Blachnickiego, który zaproponował, by wraz z kilkoma małżeństwami spotykali się systematycznie na modlitwie i próbowali żyć Ewangelią na co dzień. Tak w Lublinie zaczął się Domowy Kościół.

    Pan Bóg zaradzi

    Do Lublina do ks. Franciszka przyjeżdżało coraz więcej ludzi. W różnych diecezjach w Polsce pojawiały się oazy przy parafiach. Wszyscy konsultowali swoje działania z ks. Franciszkiem, który został też krajowym duszpasterzem służby liturgicznej. Trzeba było pomyśleć o jakimś miejscu, gdzie można by się podziać. – Nie mieliśmy wtedy ani mieszkania, ani domu. Przebywaliśmy na różnych stancjach lub ktoś nas przygarniał. Poza tym nie mieliśmy pieniędzy na kupno czegoś. Dla ks. Franciszka nie stanowiło to problemu. Powtarzał, że jeśli jest jakaś potrzeba, należy zacząć się rozglądać wokół i myśleć, jak jej zaradzić, a resztę zostawić Panu Bogu – wspominają współpracownicy ks. Blachnickiego. On sam bardzo lubił spacerować po lubelskim Sławinku. – Któregoś dnia dowiedział się, że jest tam mieszkanie do kupienia. Nie zastanawiał się, skąd weźmie pieniądze. Zgłosił się do jego kupna, a o resztę zatroszczył się Pan Bóg. Rzeczywiście, pieniądze znalazły się nie wiadomo skąd. A to ktoś przyniósł, by dobrze wykorzystać, a to ktoś pożyczył, a to w pracy nagle zapłacono nam dodatkowe premie. Oficjalnie nie można było kupić tego mieszkania na własność Instytutu czy Kościoła, więc ja figurowałam jako właścicielka – mówi Zuzanna Podlewska. W trzypokojowym mieszkaniu przy alei Warszawskiej zamieszkały panie współpracujące z ks. Franciszkiem, tworzące już świecki instytut życia konsekrowanego pod nazwą Instytut Niepokalanej Matki Kościoła. Tam odbywały się spotkania oazowiczów, kursy dla animatorów, spotkania dla kapłanów. Szybko okazało się, że mieszkanie jest za małe na potrzeby rozwijającego się ruchu oazowego oraz działalności liturgiczno-pastoralnej ks. Franciszka. W 1969 r. nadarzyła się okazja, by kupić na Sławinku dom. Dla ojca było oczywiste, że pieniądze jakoś Pan Bóg da, a miejsce na spotkania musi być. Tak się też stało. Wtedy ojciec marzył, że na Sławinku będą mieszkać ludzie związani z Ruchem Światło–Życie, jak oficjalnie nazwano wspólnotę oazową. Nic więc dziwnego, że w kolejnych latach zostały kupione kolejne domy na potrzeby ruchu. – Na żaden nie mieliśmy pieniędzy, ale Pan Bóg o wszystko się zatroszczył, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że biedny ksiądz, wciąż zabiegany, zajęty rekolekcjami, przygotowaniem materiałów formacyjnych, pracą naukową, mógł kupić w ciągu kilku lat mieszkanie i pięć domów, które oddał na rzecz Krajowego Duszpasterstwa Służby Liturgicznej, Ruchu Światło–Życie i Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła? – wspominają współpracownicy ks. Blachnickiego. W 1981 r. ks. Franciszek wyjechał na kilka dni do Rzymu, gdzie zastał go stan wojenny wprowadzony w Polsce. Okazało się, że nie może wrócić do ojczyzny, gdyż ówczesne władze wystosowały za nim list gończy. Jego dzieło w Lublinie funkcjonowało jednak dalej. Zmarł w 1987 r. na emigracji w Niemczech, w Carlsbergu, gdzie także założył ośrodek oazowy. Wszystkie jego dzieła są wciąż kontynuowane.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół