Nowy numer 21/2018 Archiwum

Sadzą Kościół na nowo

Kiedyś do naszego klasztoru w Turcji zapukała kobieta w ciąży i poprosiła o pomoc. Byłem przerażony, bo nie wolno samotnemu mężczyźnie rozmawiać z obcą kobietą. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to pójść z nią się pomodlić.

W Białej Podlaskiej, skąd o. Maciej Sokołowski pochodzi, jest klasztor kapucynów. Jako młody chłopak bywał tam często, nie dlatego, że bracia głosili jakieś nadzwyczajne kazania, ale dlatego, że czuło się braterstwo. – To ono mnie pociągnęło. Patrząc na zakonników, słyszałem słowa: „Patrzcie, jak oni się miłują”. Też tak chciałem. Dlatego wybrałem Lublin i tutejsze seminarium kapucyńskie. Wiedziałem, że Pan Bóg ma dla mojego życia plan, tylko musiałem go odkryć – mówi o. Maciej. Będąc w nowicjacie, myślał o pracy na Syberii. Pociągało go to, co robił tam bp Mazur. – Czytałem dużo i mentalnie przygotowywałem się, by tam posługiwać, jednak biskup musiał opuścić Syberię. Myślałem, że to droga zamknięta. Potem przez kilka lat podczas medytacji otrzymywałem bardzo wyraźne słowo o tym, że Pan Bóg wyśle mnie na Wschód. Nic z tego nie rozumiałem, aż któregoś razu generał naszego zakonu poprosił braci z Polski, by wsparli kapucynów w Turcji. Wtedy wszystko poukładało się jak puzzle i wiedziałem, że tam mam jechać – opowiada o. Maciej.

Spotkanie z Oblubienicą

Może trudno uwierzyć, ale na terenie dzisiejszej Turcji był kiedyś prężny Kościół. To tutaj w Tarsie św. Paweł nauczał braci, stąd wyruszał na wyprawy misyjne. To w Turcji znajduje się grób św. Jana i domek Matki Bożej, gdzie mieszkała po wniebowstąpieniu Jezusa z uczniami.

Gdzie się nie rozejrzeć, historia pozostawiła ślady początków chrześcijaństwa. – Są to rzeczywiście ślady, bo Kościół katolicki w Turcji to kilkuosobowe wspólnoty, często na wymarciu. Nie ma osobowości prawnej i jest nieustannie w strachu, by nie stracić niewielkiego majątku, który pozostał po dawnej świetności. Jest jak spękana ziemia na pustyni, ale Pan Bóg nawet w takim miejscu sieje, i ziarno zaczyna wzrastać – mówi o. Maciej Sokołowski. 10 lat temu został wysłany do Izmiru, gdzie kilku starszych włoskich zakonników mieszkało w starym klasztorze. – Jadąc tam, myślałem, że jadę na spotkanie z Oblubienicą – Kościołem prześladowanym, ale dlatego mocnym w wierze, odważnym, żyjącym prawdziwie słowem Bożym. Rzeczywistość mnie powaliła. To nie była młoda oblubienica, ale – przepraszam za określenie – „stara baba”. Nieliczna grupa mocno starszych ludzi, zamknięta na otaczający świat, żyjąca w lęku, że jak zaczną głosić Chrystusa w Turcji, to władze zabiorą im to, co mają. To był szok – mówi o. Maciej.

Pan Bóg przychodzi z pomocą

Wydawało się, że dookoła jest mur nie do pokonania. Tamtejsza kultura nie pozwalała by samotny mężczyzna, a za takich Turcy mają księży, rozmawiał sam z jakąś kobietą. Samotnego mężczyzny nie zaprasza się do domu, bo może być zagrożeniem dla córek, bez świeckich więc praca wśród muzułmanów jest niemożliwa. – Zniechęcony tym wszystkim chciałem uciekać. Wtedy do naszego klasztoru zapukała kobieta w ciąży. Była bardzo biednie ubrana, powiedziała, że mąż ją porzucił, nie ma środków do życia i chce dokonać aborcji. Sama nie wie, czemu do nas przyszła. W pierwszej chwili byłem przerażony, bo Turcy mogli mnie zabić za to, że sam na sam z nią rozmawiam. Przyszło mi do głowy, że może pójdę z nią do kościoła się pomodlić. Jedyną modlitwą, jaką wtedy znałem po turecku, było „Ojcze nasz”. Klęknęliśmy przed ołtarzem i zacząłem mówić. Ona przerwała mi po pierwszych słowach i zapytała, czy ja powiedziałem „Ojcze nasz”, czy Boga nazwałem ojcem? Tak – odpowiedziałem, bo to jest ojciec, także twój. Bardzo ją to poruszyło, bo jak ma się w Turcji ojca, to może on obronić przed każdym. Poprosiła, bym dał jej tę modlitwę, i poszła. Kilka miesięcy później do klasztoru znowu ktoś zapukał. Za drzwiami stało małżeństwo z małym dzieckiem na ręku. Kobieta była elegancka i uśmiechnięta, zapytała, czy ją poznaję. – Nie – odpowiedziałem. – Ty mi dałeś modlitwę do Ojca – powiedziała, a ja co dzień kilka razy ją odmawiałam. Mój mąż wrócił, przeprosił mnie, urodziłam syna. Ta modlitwa uratowała nasze małżeństwo. Zrozumiałem wtedy, że Pan Bóg ma swoje drogi, które nie są zależne od moich możliwości – opowiada o. Maciej. Bóg nawet na takiej pustyni daje wzrost. Na przyjazd do Turcji zdecydowało się kilku młodych braci, którzy po modlitwie rozeznali, że trzeba otworzyć się na Turków, zaryzykować dla Chrystusa wszystko, co mają. Tak powoli zaczęli przychodzić ludzie i pytać, kim są zakonnicy i co robią. Byli to zarówno muzułmanie, jak i protestanci, prawosławni i zupełnie niewierzący. Zaczęła rodzić się wspólnota. – Nasza praca jest zupełnie inna niż w Polsce, gdzie Kościół jest jeszcze sadem w rozkwicie. W Turcji sadzimy go na nowo – mówi. o. Maciej.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma