Nowy numer 49/2020 Archiwum

Nie chcieliśmy oddać wolności

Stan wojenny. Najgorszy był odgłos czołgów jadących ulicami Lublina. Wtedy rzeczywiście rodził się gdzieś w człowieku lęk. Nie wiedzieliśmy, jak to się skończy. Liczyłem się nawet z tym, że mogą nas zastrzelić.

Zima była mroźna. Śnieg przykrywał Lublin, do tego siarczysty mróz. W kraju było niespokojnie. Od listopada przez całą Polskę przelewała się fala studenckich strajków. Był to znak protestu wobec zmian ustawy o szkolnictwie wyższym i mianowania przez władze PRL rektora w Radomiu. Środowiska akademickie były oburzone taką ingerencją w wewnętrzne sprawy uczelni. Lubelscy studenci dołączyli do kolegów z innych miast, rozpoczynając strajk. Zajęcia akademickie zostały zawieszone. Hubert Pietras był wtedy na II roku biologii UMCS. – Dla nas, studentów, ale także dla wielu pracowników naukowych, nie do przyjęcia było zachowanie władz. Do strajku nikt nas nie namawiał. Sami chcieliśmy pokazać, że nie zgadzamy się na takie postępowanie. Paradoksalnie tą decyzją władze zamiast ograniczyć swobodę na uczelniach, wywołały powiew wolności. Nie było normalnych zajęć, ale wykładowcy przygotowywali dla nas wykłady, jakich nie było w programie. Mówili nam o prawdziwej historii Polski, o sprawach, jakie były ukrywane przez władze. Miałem wrażenie, że strajkując, zaczęliśmy jakby głębiej oddychać, poczuliśmy się wolni – mówi Hubert Pietras.

Kiedy na rozkaz władz oddziały ZOMO zaatakowały strajkujących studentów z Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej w Warszawie, nie tylko studenci, ale wielu ludzi w całym kraju zdało sobie sprawę, że władza gotowa jest do rozwiązań siłowych. Na uczelniach strajk zakończono, dochodząc do wniosku, że cel został osiągnięty i dalszy protest nie ma sensu. – Na UMCS strajk zakończył się w czwartek 10 grudnia. Uznaliśmy, że swoim zachowaniem wyraźnie pokazaliśmy, że nie zgadzamy się na takie rozwiązania, a przy okazji zmieniła się mentalność ludzi. Wielu z nas, studentów, poznało, co znaczy czuć się wolnym. To dawało nadzieję, że kiedyś wszyscy w Polsce będą doświadczali życia w wolności – mówi Hubert.

Nocna taksówka

W czwartek po zakończeniu strajku studenci rozeszli się do domów i akademików. Wciąż jednak żyli wydarzeniami, w których przez ostatnie tygodnie uczestniczyli. Ci zaangażowani w działalność solidarnościową, sprzątali jeszcze po strajku i uważnie nasłuchiwali informacji płynących z różnych źródeł. Przed północą 12 grudnia 1981 roku osoby wracające z miasta do akademika przekazywały informacje o wzmożonym ruchu milicji na ulicach Lublina. Wkrótce dotarła wiadomość o tym, że rozpoczęły się aresztowania działaczy „Solidarności”. Głuche zrobiły się telefony. To było potwierdzeniem, że coś się dzieje i trzeba ostrzec ludzi. Dzięki pomocy jednego z lubelskich taksówkarzy studenci ruszyli od domu do domu działaczy solidarnościowych, by ich powiadomić o grożącym im niebezpieczeństwie. – Jeździliśmy taksówką pod znane nam adresy. Udało się nam uchronić kilka osób przed internowaniem. Nasza nocna taksówka stała się samochodem operacyjnym spieszącym na ratunek. Nie do wszystkich udało się nam dotrzeć na czas.

Niedziela w Chatce Żaka

Hubert Pietras w niedzielę wstał jak zwykle i poszedł do Chatki Żaka. – To było takie nasze studenckie centrum. Po zakończeniu strajku na uczelniach tam się spotykaliśmy. Nie wiedziałem, że jest stan wojenny. Poszedłem zwyczajnie zorientować się w sytuacji – wspomina. Na miejscu dowiedział się, co się dzieje. – Atmosfera była gorąca i napięta. Ludzie byli odcięci od wszelkich źródeł informacji. Jedyny komunikat, jaki był przekazywany przez oficjalne media, to fakt wprowadzenia stanu wojennego. Wywiesiliśmy więc na zewnątrz Chatki Żaka megafon, przez który podawaliśmy bez przerwy zebrane przez nas informacje. Informowaliśmy o zniszczeniu siedziby Zarządu Regionu „Solidarności” i o aresztowaniach działaczy – wspomina Hubert. Mieszkańcy Lublina przez całą niedzielę przychodzili pod Chatkę Żaka, by słuchać informacji. To było jedyne miejsce w Lublinie, gdzie ktoś do ludzi mówił o tym, co się dzieje. O dziwo, milicja nie interweniowała i megafon nadawał przez cały dzień. – Wprowadzenie stanu wojennego było dla nas faktem, którego nie mogliśmy zaakceptować. Nawet przewodniczący Socjalistycznego Związku Studentów Polskich uznał, że władza przesadziła i oddał do naszej dyspozycji powielacz. Zaraz zaczęliśmy druk ulotek z informacjami o tym, co się wydarzyło. Całą niedzielę drukowaliśmy i roznosiliśmy ulotki po Lublinie. Ludzie chętnie je brali. Dawaliśmy nawet żołnierzom, którzy też je czytali – mówi Hubert.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama