Nowy numer 25/2018 Archiwum

Wszystko wychodzi na dobre

Dzień życia konsekrowanego. Zosia była chora. By ratować życie, pojechała na leczenie do Szwajcarii. Tam, patrząc na Alpy, odkryła, że chce wstąpić do zakonu. Jednak Bóg miał nieco inne plany.

Pociągnęło mnie do felicjanek połączenie kontemplacji i służby – mówi siostra Jonasza, lubelska felicjanka. – Każdego dnia adorujemy Pana Jezusa, siłę czerpiemy ze spotkania z Nim, idziemy do potrzebujących i biednych – potwierdzają zgodnie wszystkie siostry. W ich domowej kaplicy, przy parafii św. Agnieszki w Lublinie, każda ma swoje miejsce. Na jednej ze ścian wisi portret założycielki zgromadzenia, która spogląda na swoje siostry. Znając życie Zofii Truszkowskiej, czyli siostry Angeli, dzisiejsze felicjanki wiedzą, że Pan Bóg dla każdego ma wspaniały plan, lepszy niż ten, który wymyślimy sobie sami. Matka mówiła do swoich towarzyszek, że kochającym Boga wszystko wychodzi na dobre, nawet upadki i niedoskonałości. W XIX wieku zachorowanie na zapalenie płuc było śmiertelne. Dla 16-letniej Zofii Truszkowskiej oznaczało to, że jej życie wywraca się do góry nogami. Zawsze była chorowita i wątła, więc rodzice chuchali na nią i dmuchali. By nie narażać słabego zdrowia, nawet do szkoły początkowo jej nie posłali, tylko zatrudnili w domu nauczycielkę. Dopiero kiedy rodzina przeniosła się do Warszawy, dziewczyna kontynuowała naukę w Wyższej Pensji pani Guerin. Diagnoza – zapalenie płuc – zmieniła wszystko. By ratować życie, Zofia wyjechała do Szwajcarii. Tam, chodząc po Alpach, podziwiała piękno gór. Patrząc na otaczający ją krajobraz, tęskniła za jego Stwórcą. W młodej głowie rodziła się myśl o życiu kontemplacyjnym. W ówczesnych czasach zakonem, który realizował to pragnienie, były wizytki. Zdrowie udało się podratować, więc Zofia wróciła do Polski. O swoim pragnieniu życia w zakonie powiedziała spowiednikowi. Ten jednak poradził jej, żeby na razie nie podejmowała żadnych decyzji i zajęła się chorym ojcem.

Nie mogę się zamknąć w klasztorze

Dla ratowania zdrowia ojca wyjechała z nim do Kolonii w Niemczech. Któregoś dnia wybrali się, by zwiedzić katedrę. Wokół niej zobaczyli mnóstwo żebrzących biedaków. Widok był wstrząsający. Zofii przyszła myśl, że życie kontemplacyjne, które ją tak pociągało, oznacza zamknięcie się w klasztorze, a ci wszyscy biedni ludzie zostaną bez opieki. To był przełom. Odkryła, że jej życie nie może być życiem siostry wizytki. Wraca do Warszawy i patrzy na nią „nowymi” oczyma. Na ulicach pełno sierot, represje władz carskich utrudniają Polakom życie, dookoła wdowy i biedni bez środków do życia. Zofia jest młoda i nie ma żadnych wielkich możliwości działania. Zaczyna więc skromnie. Zbiera dzieci z ulicy, wynajmuje małe mieszkanie, gdzie może je przygarnąć i nakarmić. Nie myśli o jakimś wielkim dziele, chce pomagać tu i teraz, mając do tego własne ręce i pomoc kuzynki Klotyldy. Szybko dociera do niej, że podanie ubogiemu dziecku kawałka chleba nie wystarcza, że potrzebna jest mu także opieka duchowa. Rodzice, widząc jej zapał do pracy charytatywnej, a równocześnie ciesząc się, że zaprzestała myśleć o wstąpieniu do zakonu klauzurowego, wspomagają materialnie jej poczynania. Siostry od św. Feliksa Siłę czerpie z Eucharystii, na którą chodzi do kościoła ojców kapucynów. Tutaj też poznaje o. Honorata Koźmińskiego, który zostaje jej spowiednikiem. Do kościoła prowadzi także dzieci, którymi się opiekuje. Wcześniej zatrzymują się pod figurą św. Feliksa, która stoi przed kościołem. Warszawiacy szybko zauważają młodą dziewczynę z gromadą dzieci systematycznie modlącą się do św. Feliksa. Spontanicznie zaczynają nazywać Zofię i Klotyldę paniami feliksiankami. Potrzebujących jest coraz więcej. To nie tylko dzieci, ale kobiety żyjące na ulicy, starsi i chorzy. Praca z nimi staje się codziennością Zofii. Nad jej życiem duchowym czuwa spowiednik. Poznając głębiej duchowość franciszkańską, decyduje się wstąpić do Trzeciego Zakonu Franciszkańskiego. 3 czerwca 1855 r. Zofia i Klotylda przyjmują habity tercjarskie z rąk o. Honorata Koźmińskiego, kapucyna, słynnego wówczas kaznodziei. Wraz z przyjęciem habitów otrzymują nowe imiona: Zofia – s. Angela, a Klotylda – s. Weronika. Natomiast 21 listopada tegoż roku oddają się pod opiekę Matki Bożej Częstochowskiej. Tę datę siostry felicjanki uważają za datę powstania zgromadzenia.

Niech mateczka wybierze dom

W 1856 r. Zofia wynajęła większe mieszkanie przy ul. Mostowej, gdzie przeniosły się dzieci i staruszki. Wówczas instytucja panny Truszkowskiej otrzymała nazwę Zakład św. Feliksa, zaś patronem został św. Feliks z Kantalicjo. Wtedy też Zofia i Klotylda przeniosły się na stałe do Zakładu i poświęciły całkowicie wychowaniu dzieci i opiece nad staruszkami. Dzieło s. Angeli rozrastało się bardzo szybko. Potrzeba było więcej miejsca dla biednych. Siostry były w kłopocie, liczyły się z tym, że władza dopatrzy się, że nie ma warunków do prowadzenia takiej działalności. Zaprzyjaźniony z siostrami hrabia Pusłowski powiedział: „Niech mateczka znajdzie sobie jakiś dom w Warszawie, pokaże mi go, a ja go dla was kupię”. S. Angela znalazła pałac Daniłowicza, dawną bibliotekę braci Załuskich. Wielkim wydarzeniem była przeprowadzka. Siostry w procesji, niosąc Matkę Bożą na przedzie, razem z dziećmi i staruszkami przeszły do nowego budynku. Były to już nie tylko ochronka dla dzieci i sierociniec, ale zakład dla chorych kobiet, katechumenat i tercjarstwo franciszkańskie.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma