Nowy numer 44/2020 Archiwum

Kościół dziwnie usytuowany

Bernardyni cieszyli się wielkim szacunkiem jako zakon ściśle jałmużniczy. Nie gromadzili jak inne zakony dóbr ziemskich, kapitałów nie pożyczali pod zastaw lub na wysokie procenty. Dzień i noc odprawiali nabożeństwa, śpiewali psalmy, hymny ku większej chwale Boga.

Kościół Nawrócenia Św. Pawła Apostoła zwany też kościołem bernardynów lub pobernardyńskim, jest ustawiony trochę dziwnie, bo nie frontowym wejściem, a wciśniętą apsydą prezbiterium w chodnik ruchliwej ulicy Bernardyńskiej.

Kościół bernardynów stoi tu już od 520 lat, a bernardynów nie ma w Lublinie od lat 150-ciu. Pozostała nazwa, dzieje kościoła i klasztoru oraz miasta, a nawet kraju, które są zapisane w jego murach.

Bernardyni przybyli do Lublina na zaproszenie dwu rajców lubelskich Jakuba Quanta i Macieja Kulinogi w 1459 r., którzy ofiarowali Braciom Mniejszym Obserwantom dwa podmiejskie ogrody, trzeci dołożył ks. Mikołaj syn Krystyna. Zobowiązali się jednocześnie wybudować na tych ogrodach kościół z klasztorem. Najpierw był to kościół i klasztor drewniany, a od 1495 r. „całkiem z cegły zbudowany”.

Lublinianie początkowo byli przeciwni tej budowie obawiając się, że w zbyt małej odległości od murów miejskich może stać się oparciem i bazą wypadową dla napastników oblegających miasto. Przezwyciężono te opory i powstał już siódmy i to największy wówczas lubelski kościół przeznaczony dla franciszkańskich obserwantów (nazwa pochodzi od łacińskiego słowa observare – zachować, przestrzegać).

Obserwanci dążyli do zachowania pierwotnej surowej reguły zakonu żebraczego rezygnując z późniejszych złagodzeń. O utrwalenie i wprowadzenie w życie tej reguły walczyli późniejsi święci: Bernardyn ze Sieny i Jan Kapistran.

W Krakowie w 1454 r. zbudowano klasztor i kościół pod wezwaniem św. Bernardyna. Z czasem franciszkańskich obserwantów zaczęto nazywać w Polsce bernardynami. W Lublinie zbudowano dla nich najpierw kościół w stylu gotyckim, który po pożarach w 1557 i w 1602  roku został przebudowany na wzór zamojskiej kolegiaty w stylu renesansowym.

W 1569 r. był już tak po pierwszym pożarze odrestaurowany, że król Zygmunt August mógł w jego murach odśpiewać dziękczynne „Te Deum laudamus” po szczęśliwym zakończeniu burzliwych obrad i podpisaniu unii Korony z Litwą.                               

Po 1602 roku  do głównej hali dobudowano dwie nieco niższe nawy boczne uzyskując budowlę w stylu bazyliki. Sklepienia ozdobiono po raz pierwszy sztukateriami w popularnym później tzw. stylu renesansu lubelskiego. Do przebudowy kościoła przyczyniło się wielu dobrodziejów z zamożnych szlacheckich rodów, m.in. rodzina Sobieskich. Do bocznych naw dobudowywano kolejne kaplice. W ich podziemiach grzebano antenatów. W ściany świątyni wmurowywano epitafia. Niektóre z nich dotrwały do chwili obecnej, między innymi tablica upamiętniająca Wojciecha Oczkę nie tylko jako nadwornego lekarza królów: Zygmunta Starego, Zygmunta Augusta i Stefana Batorego, ale dobrodzieja tego kościoła.

Bernardyni cieszyli się wielkim szacunkiem jako zakon ściśle jałmużniczy. Nie gromadzili jak inne zakony dóbr ziemskich, kapitałów nie pożyczali pod zastaw lub na wysokie procenty. Dzień i noc odprawiali nabożeństwa, śpiewali psalmy, hymny ku większej chwale Boga. Wspomagali księży świeckich wygłaszając kazania i słuchając spowiedzi podczas odpustów i innych dorocznych uroczystości.

Surowość przestrzeganej reguły zjednywała w spokojniejszych okresach możnych dobrodziejów. Najpierw zamożnych mieszczan, a następnie szlachtę i przedstawicieli znakomitych rodów. Teresa Aniela z Michowskich ordynatowa Zamoyska - 19 lipca 1739 roku przysłała ojcom na modlitwy i Msze św. za dusze rodziców 6000 ówczesnych złotych, a dowiedziawszy się o potrzebach remontowanego kościoła i klasztoru przeznaczyła na ten cel prywatne klejnoty na sumę 20 tys. zł i na klasztor 30 tys. zł. Podobnych dotacji było w różnych okresach wiele. W trudnych dla kraju okresach najazdów, wojen, pożarów i nawiedzających klęsk „morowego powietrza” bywało, że kościołowi groziła ruina, a klasztorowi wymarcie, ale w latach pomyślności klasztor liczył nawet do stu zakonników.        

Najtrudniejsze czasy nastały w okresie króla Stanisława Poniatowskiego i po rozbiorach. Hasła Oświecenia nie sprzyjały klasztorom, a władze zaborcze dążyły wprost do ich likwidacji. Już komisja wojewódzka w 1819 r. pod pretekstem zarysowania się murów kaplicy św. Anny, wyznaczyła  kościół i klasztor do kasaty.

Skutecznie interweniował u władz  ówczesny biskup Skaryszewski. Kościół ocalał, ale w 1864 r. wraz z likwidacją klasztoru bernardynów stał się najpierw kościołem rektoralnym, a po wielu staraniach 3 maja 1884 r. ks. bp. Kazimierz Wnorowski erygował parafię, która obejmowała południowe ulice i przedmieścia  Lublina oraz szereg wsi z Dąbrowicą, Sławinem, Sławinkiem, Płouszowicami, Bronowicami… Łącznie parafia obejmowała około 15 tys. mieszkańców Lublina i okolicy.                               

Na końcu tego krótkiego przypomnienia należy wyjaśnić tajemnicę nieco dziwnego dziś usytuowania kościoła. Przed pięcioma wiekami topografia lubelskich przedmieść wyglądała zupełnie inaczej. W okolicy Podzamcza istniał wielki staw królewski, przed nim wzdłuż nurtu Bystrzycy było jeszcze kilka innych. Z miasta w stronę Zamościa i Lwowa jechano ulicą Dolną Panny Marii i przeprawiano się przez rzekę. Kościół został zbudowany więc przy głównym szlaku komunikacyjnym. Dzisiaj już się o tym nie pamięta, a jego usytuowanie nieco dziwi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama