GN 43/2020 Archiwum

Geniusza zwanego Dziaduniem przetłumaczono nawet na koreański

Tłumaczono go na wiele języków świata, w tym na koreański. Niezależnie od kraju, w którym czytano, "Lalka" Bolesława Prusa zachwycała ludzi otwierając ich na polską literaturę.

55 lat temu powstało Muzeum Bolesława Prusa w Nałęczowie. Liczne pamiątki i wspomnienia osób, które pozostawiły zapiski o słynnym "Dziaduniu", jak nazywano pisarza, przenoszą zwiedzających w świat, którego już nie ma, choć całkiem niedawno był na wyciągnięcie ręki.

Aleksander Głowacki, jak brzmiało prawdziwe nazwisko pisarza, przyjechał tu na kurację. Jego przyjazd do Nałęczowa nie był planowany. Miał się wybrać do Zakopanego, jednak jego specyficzna dolegliwość dokuczała mu coraz bardziej. Agorafobia czyli lęk przestrzeni dopadała Prusa w różnych miejscach. Czasami widząc przed sobą pusty plac, który miał przejść wpadał w panikę. Lęk, który go ogarniał paraliżował jego ruchy tak, że bez pomocy kogoś drugiego, nie mógł zrobić kroku.

W Nałęczowie Prusa przywitał deszcz. Nie zraziło go to jednak. Gdy po raz pierwszy przybył do Nałęczowa miał 35 lat i był jeszcze młodym, chociaż doświadczonym głęboko przez los człowiekiem. Aż dziwne, że nie znał tego miejsca wcześniej, skoro wiele lat swej młodości spędził w Lublinie i pobliskich Puławach. Urodził się w Hrubieszowie w 1847 roku. Jego ojciec był oficjalistą, ekonomem dworskim. Przy takim zawodzie nie osiadł w jednym miejscu i nie zbudował własnego domu. Po śmierci matki Apolonii Głowackiej z Trembińskich, wychowaniem Aleksandra zajęła się babka Marcjanna Trembińska mieszkająca w Lublinie.

W 1872 roku drukuje pierwsze artykuły, potem kolejne. Wydaje nowele i powieści drukowane na łamach prasy w odcinkach. Zyskuje grono wiernych czytelników i staje się popularny. Do Nałęczowa przyjeżdża już jako znany autor. Leczy się tu i pisze. Stąd wysyłał felietony, fragmenty powieści i obfitą korespondencję. 

Bolesław Prus postrzegany był w Nałęczowie jako człowiek pogodny, pełen humoru, szczery i otwarty. Razem z Żeromskim i Oktawią Rodkiewiczową zajął się losem syna nałęczowskiego stróża Michasia Tarki. On sam też potrzebował pomocy. Nałęczowskie panie: Kazimiera Żółtowska, Felicja Sulkowska, Oktawia Rodkiewiczowa załatwiały mu wszystko: obiady, mieszkanie, badania lekarskie, a nawet towarzystwo do spacerów po Nałęczowie. W Nałęczowie widziano Prusa jako człowieka łagodnego, ugodowego, rozluźnionego, natomiast w Warszawie miał częste konflikty z redakcjami i redaktorami, czytelnikami i krytykami. Był bowiem autorem i dyskutantem bezkompromisowym. Był też bardzo ciekawy świata i wszelkich nowinek.

2 i 3 grudnia na KUL oraz w Pałacu Małachowskich w Nałęczowie odbędą się konferencje i uroczystości poświęcone postaci Aleksandra Głowackiego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama