Nowy numer 3/2021 Archiwum

Trochę św. Franiszka i trochę J. Hendrixa

Zbyszek Skrzypek jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w Lubartowie. Znają go i panowie spod budki z piwem, i pobożne niewiasty z kościoła.

- Kiedy w szkole podstawowej koledzy na ławce rysowali serce i pisali: "Kocham Ewkę", ja pisałem: "Kocham bluesa". Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale muzyka była obecna w moim życiu od zawsze, choć jako młody chłopak traktowałem ją jako pasję, a nie sposób na życie - opowiada Z. Skrzypek, instruktor muzyczny w Domu Kultury w Lubartowie, lider zespołu Psallite Deo i ReLife, z którym ostatnio wydał płytę.

Czasy młodości Zbyszka to czasy głębokiej komuny, może dlatego tak chętnie biegał do kościoła kapucynów w Lubartowie, bo tam była inna atmosfera, można było mówić, co się myśli, a ojcowie uczyli, jak być dobrym człowiekiem.

- To było coś innego niż w szkole czy na ulicy, więc każdą wolną chwilę spędzałem w klasztorze z grupą rówieśników, którym podobne wartości były bliskie. Już wtedy, jako młody chłopak, nauczyłem się nieźle grać na gitarze, więc zaczęliśmy śpiewać na Mszach św., na różnych spotkaniach modlitewnych czy nabożeństwach. Wychodziło to nam całkiem nieźle i ludzie chcieli nas słuchać. Mówili, że gdy gramy, lepiej im się modli. Graliśmy więc z wielką przyjemnością - opowiada Zbyszek.

To także wtedy młody chłopak, pochodzący z rozbitej rodziny, odczuł, że sama muzyka, nawet najpiękniejsza, nie wypełni jego serca, jeśli nie będzie w nim Boga.

- Zawdzięczam to ojcom kapucynom, że potrafiłem w najtrudniejszych momentach zwracać się do Pana Boga i wołać o pomoc, a kiedy było mi dobrze, wypełniała mnie wdzięczność - za to, co mam, że potrafię grać i śpiewać i jednoczyć wokół siebie ludzi, z którymi mogę robić dobre rzeczy. Zawsze zdawałem sobie sprawę, że to żadna moja zasługa, ale pewien dar, talent otrzymany z nieba, który mogę wykorzystać albo zmarnować - mówi.

Potem były różne koleje losu. Praca w garbarni, której nie lubił, a która dawała pieniądze na życie, rodzina, która przechodziła kryzysy, zmiana miejsca działania z kościoła kapucynów na kościół św. Anny. Niezależnie od tego, co się działo, był czas na muzykę, zarówno tę pobożną, jak i rockową, z mocnym uderzeniem.

- Miałem różne problemy i czułem, że muszę coś zmienić. Modliłem się wtedy, żeby Pan Bóg pokazał mi, gdzie jest moje miejsce. Wtedy przyszła propozycja pracy jako akustyk w Domu Kultury w Lubartowie. Z czasem zacząłem robić też inne rzeczy, a że od dawna uczyłem innych grać na gitarze, wciąż prowadziłem zespół, zarówno ten przy kościele, jak i rockowy, zostałem też instruktorem gry na gitarze. To wymarzona praca, w której robię to, co kocham najbardziej - podkreśla.

Sala, w której Zbyszek uczy innych grać na gitarze i gdzie odbywają się próby zespołów, podzielona jest na pół. Jedna strona poświęcona jest św. Franciszkowi, do którego lider zespołów ma szczególne nabożeństwo, druga - Jimmy'emu Hendriksowi, idolowi gitarowemu Zbyszka. - Mam serce podzielone na pół, a muzyka łączy oba światy - mówi muzyk.


Więcej o muzyku z Lubartowa w nr. 18 "Gościa Lubelskiego" na 6 maja.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama