Nowy numer 25/2022 Archiwum

Jesteśmy przekonani, że był to Boży człowiek

Wanda Dück miała 24 lata i kończyła studia w katedrze Monumentalnego Malarstwa Ściennego w Akademii Sztuk Pięknych w Leningradzie. O Panu Bogu nie wolno było tam nawet wspomnieć, a ona chciała zaprojektować nowoczesny kościół w Lublinie.

- Zaprojektowałam długi wąski witraż w nawie głównej. Kompozycję stanowiły postacie aniołów grających na harfach wśród przyrody. Do obrony pracy magisterskiej usunęłam aniołom aureole. W czasie obrony nie czułam lęku, byłam gotowa do walki. Przede mną siedziało dwunastu profesorów akademików z dwóch Akademii Sztuk Pięknych Leningradu. Najbardziej znani wtedy artyści sowieckiej Rosji. Po obronie pracy dyplomowej podszedł do mnie mój profesor i powiedział, że obroniłam się na piątkę, ale jeden z profesorów powiedział krótko: - To jest kościół! Na następny dzień mój profesor zapytał: „Powiedz mi Wanda, czy to naprawdę jest kościół?”. Odpowiedziałam, że tak!. „Miałaś wielkie szczęście, bo nie dostałabyś dyplomu i wyrzuciliby Cię z uczelni …i mnie też”. Widocznie Panu Bogu zależało na tym kościele i moim projekcie. Potem po latach zaprosiłam mojego profesora do Polski do Lublina, odwiedziliśmy brata Kaliksta i mógł zobaczyć efekt pracy na żywo - opowiada historię związaną z obroną pracy Wanda Dück.

W Związku Radzieckim pozostała jeszcze prawie 3 lata. Jej profesor powiedział, że powinna zbierać doświadczenie, malując malarstwo ścienne, a na Syberii w Nowosybirsku w tym czasie był wysyp pracy. Wracała jednak do rodzinnego Lublina. Każdy pobyt w Polsce miał w programie wizytę u brata Kaliksta. - Zapraszani przeze mnie Rosjanie, artyści, również poznawali brata. Robił na nich bardzo silne wrażenie. Poznawali duchowość, która była im kompletnie obca - przyznaje artystka.

W 1984 roku wróciła z Syberii do Lublina. Mieszkała u rodziców i prawie codziennie była na Poczekajce, obserwując budowę, robiąc rysunki. Dzięki uprzejmości ojca przełożonego, mogła pracować w baraku i mieć tam swoją pracownię obok pokoju brata Kaliksta.

- Brat bardzo mnie wspierał. Zaopatrzył mnie we wszelką możliwą literaturę o św. Franciszku i św. Klarze. Nie pozwolił mi, żebym chodziła głodna. Przynosił z kuchni zupę w słoiku, pierogi, przynosił kawę i w wolnym czasie rozmawialiśmy o duchowości franciszkańskiej, o „Pieśni Słonecznej“, sztuce sakralnej. Ja opowiadałam o ikonach i malarstwie ściennym, a brat opowiadał o rzeźbie w drewnie, ten temat szczególnie był mu bliski - mówi pani Wanda.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama