Nowy numer 43/2020 Archiwum

To ostatnie rozstanie nie różniło się od innych...

Było po 9.00 rano. Nad miastem słychać było odgłos nadlatujących samolotów. Warkot potężniał, przechodząc w głuchy huk – bomby spadły na Lublin.

Jedna z głównych ulic miasta nosi imię gen. Mieczysława Smorawińskiego, człowieka, który najpierw z legionistami walczył o niepodległość, potem bronił jej przed bolszewikami, a we wrześniu 1939 r. był dowódcą Okręgu Korpusu nr II w Lublinie i organizował mobilizację oddziałów oraz bazy zaopatrzenia dla walczących oddziałów. Po wkroczeniu Armii Czerwonej został aresztowany, wywieziony do Kozielska i zamordowany wraz z innymi polskimi oficerami. Początek wojny i pierwsze bombardowania Lublina wspomina jego syn, Jerzy Smorawiński, który zrelacjonował wszystko przed laty historykowi prof. KUL Janowi Ziółkowi.

W mieszkaniu na piętrze

„Bombardowanie w dniu 9 września przeżyliśmy w naszym mieszkaniu przy placu Litewskim. Rodzina moja – tj. ojciec generał brygady Mieczysław Smorawiński, matka Helena z Danielewiczów, jej matka, siostra, która miała właśnie ukończyć 17 lat, i ja, 14-letni uczeń – zajmowała pokoje na pierwszym piętrze wschodniego skrzydła budynku Dowództwa Okręgu Korpusu. Z mieszkaniem łączył się gabinet służbowy ojca, będący zarazem pierwszym z pomieszczeń biurowych DOK” – opowiadał pan Jerzy o sytuacji swojej rodziny w 1939 roku.

Rankiem tamtego dnia – podobnie jak w poprzednich – wokół budynków kłębiła się masa samochodów, panował wzmożony ruch wojskowych i cywilów. Sprowadzały ich tam zadania służbowe, ale byli też ewakuowani i uciekinierzy, wśród których znajdowali się krewni Smorawińskich, znajomi, przyjeżdżający głównie od strony Warszawy. Pomimo żandarmów na dole docierali do mieszkania na piętrze, szukając u matki pana Jerzego rady, pytając o możliwości dalszej jazdy lub chcąc odpocząć.

Bomby spadły blisko

Było po 9 rano. Nad miastem słychać było odgłos nadlatujących samolotów. Warkot potężniał, przechodząc w głuchy huk.

„Czułem, że to nalot. »Proszę zejść do schronu!« – zawołał ktoś, gdy wychodziłem szukać matki. Odezwała się i ona, prowadząc babcię. Na piętrze wąż ludzi przesuwał się od wyjścia do hallu, do drzwi wiodących do schronu. Byliśmy na górze schodów, kiedy budynkiem wstrząsnął potężny wybuch. Na głowy posypał się tynk, tłum rzucił się w dół, poniósł mnie ze sobą. Po omacku wśród wstrząsów dotarliśmy do schronu. Staliśmy w ciemności. W pewnym momencie ukazało się w górze światło. Najwyraźniej podmuchy naruszyły ścianki, którymi zakryto okna piwniczne. Po chwili w smugach światła ukazał się obłok pyłu. Ktoś zawołał: »Gaz!«, rozległy się paniczne krzyki. Tłum zafalował, ludzie zaczęli się przepychać. Odrobina światła pozwoliła zobaczyć przestraszone twarze. Obok mnie kobieta włożyła maskę przeciwgazową i pozostała w niej, mimo że maska była za duża i powietrze z łatwością się dostawało. Wybuchy zlewały się w jeden ciągły grzmot. Myślałem, co się dzieje z ojcem. Ludzie stali spokojnie, chwilami kuląc się jakby w sobie. W pobliżu jakaś matka trzymała na rękach dziecko. Wreszcie odgłosy nalotu zaczęły cichnąć. Rozeszła się wiadomość, że bomby padły przy kościele kapucynów. »Blisko« – pomyślałem. Trudno mi określić, ile to wszystko trwało” – opowiadał pan Jerzy.

Pokój się udzielił

Kiedy samoloty odleciały, ludzie zaczęli opuszczać schron. Gdy był prawie pusty, zjawił się ojciec pana Jerzego – gen. Smorawiński.

„Poczułem się raźniej. Zamienił parę słów z matką, a jego spokój udzielił się nam. Poszliśmy na górę. W mieszkaniu podłogi pokryte były kawałkami szkła i tynkiem. Było oczywiste, że musimy mieszkanie opuścić” – wspominał. Po spakowaniu podręcznych rzeczy zeszli na dół, gdzie stał samochód. Już przez przednią szybę rodzina zobaczyła korony drzew jakoś dziwnie nisko, a na nich piętrzące się stożki ziemi. Wokół porozrzucane były wraki samochodów. O wyjeździe zwykłą trasą obok restauracji Europa nie mogło być mowy. Szofer manewrował, by ominąć rumowisko. „Udaliśmy się do kuzynki matki, Janiny Faściszewskiej, z którą łączyły nas bardzo serdeczne stosunki. Była wdową po zmarłym wiosną 1935 roku profesorze statystyki i ekonomii KUL i mieszkała w budynku uniwersyteckim. Wkrótce wchodziliśmy do jej mieszkania na parterze. Oczekiwaliśmy na przybycie ojca” – opowiadał pan Jerzy.

Nie mieliśmy się już zobaczyć

Ściemniało się, ale słychać było odległe wybuchy. Sklepienia we wschodniej części budynku miały być mocniejsze, więc wszyscy się tam przenieśli. „Było tam kilka nieznanych mi osób. Ciotka odmawiała Litanię Loretańską, a my odpowiadaliśmy. Ojciec zjawił się dopiero po godz. 22.00. Rodzice rozmawiali około 10 min i zdecydowali, że ja z mamą wyjadę do majątku Dys-Bernatówka. Pożegnaliśmy się z ojcem i, jak się okazało, nie mieliśmy się już zobaczyć. To ostatnie rozstanie nie różniło się wiele od innych. Nie potrafię powiedzieć, czy uścisnął mnie mocniej niż zwykle. Powiedział: »Pamiętaj, żebyś opiekował się matką«. Krótko przed północą wyjeżdżaliśmy z uniwersytetu w kierunku śródmieścia” – mówił pan Jerzy.

Jezdnią płynął nieprzerwany potok ludzi. W miarę jazdy robiło się coraz jaśniej, a gdy samochód wjechał w ul. 3 Maja, widać było płonący budynek poczty z buchającymi z okna płomieniami. Ciemne sylwetki maszerujących żołnierzy odcinały się na ich tle.

Niepewność

„Matka była teraz w trudnym położeniu. Ojciec wiedząc, że w chwilach dziejowej próby oczy społeczeństwa zwracają się nie tylko ku ludziom na eksponowanych stanowiskach, ale obserwują także ich rodziny, nie zgodził się na podjęcie oszczędności z PKO, nie pozwolił nam też opuścić mieszkania w DOK, choć musiał się liczyć z bombardowaniem obiektu. Decydował się raczej narazić nasze życie niż sprawić wrażenie, że jego rodzina wyjeżdża, co mogłoby przyczynić się do paniki” – opowiadał.

Zdaniem pana Jerzego musiało to ojcu ciążyć, bo gdy został internowany, w jednym z listów z Kozielska z datą 21 listopada 1939 r. pisał: „Jak wy sobie dajecie radę? Czy ciężar, jaki spadł na was, nie będzie ponad twoje siły? Z czego żyjecie, bo pieniędzy prawie nie miałaś? Gdzie mieszkacie?”... „Pieniędzy, mieszkania i rzeczy rzeczywiście nie było, a do rodziny dołączył jeszcze wracający z wojennej tułaczki bratanek matki. Jej intensywne starania zakończyły się zdobyciem dwupokojowego mieszkania przy ul. Grottgera. Od grudnia 1939 r. matka rozpoczęła pracę w Lubelskim Syndykacie Rolniczym, a z początkiem 1940 r. poszła do pracy fizycznej także moja siostra i bratanek” – relacjonował pan Jerzy.

Z tamtych przełomowych dni zostały odciśnięte w jego pamięci niczym na matrycy obrazy. Są wśród nich widoki zniszczeń wojennych. Tym jednak, który szczególnie często wracał, była scena pożegnania z ojcem. „Stoję naprzeciw niego i słyszę słowa, żebym opiekował się matką. Zwykle przy takich pożegnaniach mówił, żebym był grzeczny, albo żebym słuchał mamy. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że wtedy oddał mi matkę w opiekę” – mówił Jerzy Smorawiński. Generał Smorawiński przebywał w kilku obozach jenieckich, ostatecznie pod koniec 1939 r. umieszczony został w obozie w Kozielsku. Z kilku ocalonych dzienników jeńców Kozielska jednoznacznie wynika, że generałowie Mieczysław Smorawiński oraz ok. 120 oficerów wyższych zostali wywiezieni z obozu 7 kwietnia 1940 roku. W 1943 r. jego ciało zostało zidentyfikowane w toku ekshumacji prowadzonych przez Niemców. Przy zwłokach zostały odnalezione: dokumenty potwierdzające adres jego zamieszkania w Lublinie, książeczka oszczędnościowa PKO, legitymacja osobowa, legitymacja Krzyża Virtuti Militari nr 2948 z 1 maja 1933 r., papierośnica, złoty pierścionek oraz dwa medaliki...


Korzystałam z materiałów zebranych przez prof. Jana Ziółka w zbiorze „Losy pracowników KUL w czasie okupacji niemieckiej”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama