Nowy numer 16/2021 Archiwum

Ciągle uczymy się kochać

Jedni wspólną drogę zaczęli całkiem niedawno, drudzy mają wiele lat doświadczeń. Łączy ich odkrycie wspólnego powołania. Jak to jest odkrywać Boży plan ze współmałżonkiem, opowiedzieli w swoich świadectwach.

Dwadzieścia pięć małżeństw podzieliło się z ks. Wojciechem Rebetą refleksjami o byciu razem, budowaniu relacji i tworzeniu rodziny. On zebrał je wszystkie w książce zatytułowanej „Ze sobą”.

– Zawsze uważałem, że świadectwo konkretnych ludzi o tym, jak Pan Bóg ich prowadzi, może więcej zdziałać niż najlepsze kazanie. To wszystko dlatego, że świadectwo jest niczym innym, jak przełożeniem Ewangelii na codzienność. I nie chodzi tu tylko o świadectwo powołania do kapłaństwa czy życia zakonnego, ale także do życia w małżeństwie. Powołania są różne, każde z nich tak samo wartościowe i potrzebne. Dla człowieka ważne jest, by odkrył to, które przeznaczone jest dla niego – mówi ks. Rebeta.

Wśród świadectw jest opowieść Ewy i Andrzeja.

Poznali się jako bardzo młodzi ludzie. Zbliżał się stan wojenny, było ponuro, a w ich sercach kwitła miłość, choć jak przyznają, budowała się kawałek po kawałku. – Andrzej szanował mnie, sprawiał, że się uśmiechałam, martwił się, czy wszystko u mnie w porządku. Poprosił rodziców o moją rękę i stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Po ślubie moment zbliżenia małżeńskiego odczuliśmy jako coś niezmiernie doniosłego. Uspokoiły się nasze napięcia i wzmogła jeszcze miłość – mówi Ewa.

Początek ich małżeństwa był też początkiem pontyfikatu Jana Pawła II. Od niego uczyli się żyć słowem Bożym i umacniać w wierze. To właśnie pozwoliło im z pokojem w sercu i ufnością przyjąć dwoje niepełnosprawnych dzieci.

– Po roku małżeństwa urodził się nasz syn z niedotlenieniem i uszkodzeniem okołoporodowym. Wydeptywaliśmy ścieżki po lekarzach, oni wykluczali kolejne choroby. Trafiliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie jeździliśmy przez kolejne 13 lat. Równocześnie po wielu badaniach usłyszeliśmy, że mamy szansę na zdrowe dzieci. Urodził się nasz drugi syn. Wszystko wskazywało na to, że jest zdrowy, jednak okazało się, że i on jest chory. Po wielu latach odkryto chorobę genetyczną naszych chłopców, skutkującą niepełnosprawnością umysłową w stopniu umiarkowanym – mówią małżonkowie. Nigdy jednak nie oskarżali Pana Boga, a chłopców obdarzali wielką miłością.

– Pan, który tak mnie doświadczył, udzielił mi także łaski, bym mogła wytrwać przy Nim. Zabierałam chłopców do kościoła, gdzie czuli się bezpieczni. Ja się wypłakiwałam i prosiłam, by Bóg wszedł w moje życie. Tak się stało. Nie tyle ja Go odnalazłam, co On wskazał mi drogę. Niczego nie żałuję – mówi Ewa.

Dla Andrzeja też nie było łatwo pogodzić się z sytuacją. Zaczął zaglądać do kieliszka. Ewa, widząc uzależnienie męża i własną bezradność, ofiarowała za niego swoją abstynencję. Nawrócenie przyszło po latach za wstawiennictwem Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy.

– Dzisiaj tworzymy piękną rodzinę i spokojny dom dla naszych dorosłych już synów. I choć doświadczaliśmy wielu upadków, to w chwilach kryzysów zawsze czuliśmy Boże promieniowanie, które dawało nam siłę płynącą z sakramentu małżeństwa – podkreślają Ewa i Andrzej.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama