Nowy numer 47/2021 Archiwum

Życie pędzi, wspomnienia zostają

O dawnych i współczesnych czasach oraz o życiu w małej miejscowości mówi Paweł Pękala, sołtys Zbędowic.

Agnieszka Gieroba: Pamięta pan Zbędowice swojego dzieciństwa?

Paweł Pękala: Oczywiście, dla mnie jako małego chłopaka było to centrum świata. Tu mieszkali moi bliscy, tutaj chodziłem do szkoły, której już nie ma, spotykałem się z kolegami na szkolnym boisku i pracowałem w gospodarstwie.

Tamte czasy bardzo różniły się od dzisiejszych?

Nie wiem czy bardzo, ale na pewno się różniły. We wsi była szkoła, w której uczyły się klasy I−III. Dzieci było mało, więc klasy liczyły 4−5 osób, czasem mniej, czasem jakiegoś rocznika nie było wcale. Wszyscy siedzieli w jednej sali i lekcje były łączone. Najbliżej nauczycielki siedziała klasa III, na końcu była zerówka, która miała najwięcej swobody, tak przynajmniej zapisało się to w moich wspomnieniach. Kiedy kończyliśmy klasę III, musieliśmy dojeżdżać do szkoły do Bochotnicy. Dziś uczą się tam wszystkie dzieci, a budynek szkoły w Zbędowicach jest wiejską świetlicą, gdzie czasami organizowane są różne spotkania i odprawiane Msze Święte.

Co wtedy dzieci robiły po szkole?

Przede wszystkim chłopcy spotykali się na szkolnym boisku. Nie było telefonów, żeby się umówić, ale każdy wiedział, że tam jest centrum naszego życia i najlepsza zabawa. Oczywiście mieliśmy też obowiązki w swoich domach. Mieszkańcy Zbędowic prowadzili własne gospodarstwa, hodowali zwierzęta, uprawiali maliny, porzeczki, zboże. Dzieci musiały pomagać rodzicom w codziennych pracach. Moim zadaniem było przyprowadzanie krów z pastwiska do domu. Nie było kombajnów; kiedy przychodziły żniwa, sąsiedzi umawiali się i pomagali kolejno w każdym gospodarstwie, tak by zebrać sprawnie zbiory. Przed każdym domem stała ławeczka, na której w wolnych chwilach przysiadali mieszkańcy, obserwując okolicę i zagadując przechodzących ludzi. Czasy się zmieniły.

No właśnie – jak dzisiaj żyje się w Zbędowicach?

Szybko, jak pewnie wszędzie. Ludzie dojeżdżają do pracy, najczęściej do Puław, rzadko już ktoś ma prawdziwe gospodarstwo. Wiele ziemi leży odłogiem, a rolnicy wiodą życie „miastowe”, wyprowadzając w soboty kosiarki i kosząc trawniki wokół domu. Oczywiście są jeszcze rodziny, które uprawiają maliny, porzeczki czy mają sad, ale jest to dodatkowe zajęcie.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama