Skąd to masz?

Zdarza się, że gdy ktoś widzi zakonnicę, przechodzi na drugą stronę ulicy. Ukryte życie zakonne daje możliwość spotkania i rozmowy, która może by się nie odbyła w innym przypadku.

Drogi powołania
W rodzinie s. Joanny była siostra zakonna urszulanka, ale nie przychodziło jej do głowy, że sama może pójść w jej ślady. - Przyznaję, że pierwsza myśl o życiu zakonnym zrodziła się z zazdrości. Moja najlepsza koleżanka wygadała mi się, że idzie do zakonu. To wtedy pomyślałam, że jak ona, to czemu nie ja? Później przez długi czas to się weryfikowało. Coraz bardziej odkrywałam, że to mnie pociąga. Kiedy sama doświadczyłam, czym jest miłość Pana Boga i ile radości może dać życie w bliskiej relacji z Nim, chciałam, by inni doświadczyli czegoś podobnego. Ciągle brzmiały mi w uszach słowa piosenki „Wiele jest serc, które czekają na Ewangelię”. To mnie motywowało - opowiada s. Joanna. Najpierw jednak skończyła studia i zaczęła uczyć matematyki w szkole. Realizowała się w pracy z młodzieżą, więc zaczęła się rozglądać za zgromadzeniem, które pracuje z młodymi ludźmi. Jednocześnie bardzo bliski był jej św. Franciszek. Nie wiedząc, w którą stronę iść, wybrała się do Częstochowy, gdzie znajduje się ośrodek powołaniowy i można tam znaleźć informacje o zakonach. - Ilekroć przyjeżdżałam na Jasną Górę, był on jednak zamknięty, ale któregoś razu udało mi się. Wchodzę, a tam siedzi jakaś dziewczyna, powiedziałam, że chcę poczytać o urszulankach. Dała mi ulotkę i napomknęła, że ona też jest siostrą. Zmierzyłam ją wzrokiem i myślę, jak to skoro ubrana jest jak zwykła dziewczyna? Opowiedziała mi wtedy o siostrach sercankach bezhabitowych. Utrzymywałyśmy potem kontakt i zauważyłam, że to zgromadzenie łączy właśnie św. Franciszka, pracę z młodzieżą i wewnętrzną radość. Wtedy uświadomiłam sobie, że życie ukryte jest tym, co mnie pociąga. Nie będę rozpoznawalna jako siostra, a jednocześnie będę nieść innym Ducha Bożego - mówi o odkrywaniu powołania s. Joanna.

Odkryć swoje miejsce
Inną drogę powołania ma s. Elżbieta, która pochodzi ze Skórca, gdzie siostry mają swój dom. - Nasz rodzinny dom sąsiadował z kościołem, a rodzina była zaangażowana w życie parafii. Nasze siostry po sąsiedzku miały też swój dom oraz pracowały w parafii i klasztornej kuchni u księży marianów. Często też przy różnych okazjach miałam z nimi kontakt. Pochodzę z dużej rodziny, więc gdy przychodziły wakacje, szłam do pracy, by zarobić sobie na róże wydatki. Któregoś roku zaproponowano mi pracę w ogrodzie u marianów. W tym czasie do Skórca został przeniesiony nowicjat sercanek i pojawiły się młode dziewczyny. Naturalnie więc nawiązał się kontakt, ale myśl o zakonie się nie pojawiła - opowiada siostra. Gdy była w maturalnej klasie rodzice zmieniali dom, urodził się też najmłodszy brat, więc nie było warunków do nauki. Wówczas siostry zaproponowały, że może zamieszkać w ich domu i uczyć się do matury. - Tak się stało, ale o życiu zakonnym nie myślałam. Po maturze nie wiedziałam, co robić, siostry zaproponowały mi wjazd z postulantkami nad morze, dostałam też propozycję pracy. Bycie we wspólnocie z siostrami stawało się dla mnie coraz ważniejsze, ale nie chciałam by ktoś wiedział, że myślę o życiu zakonnym i się do niego przygotowuję. Przez rok odbywałam formację, ale w wielkiej tajemnicy. Wiązało się to z różnymi komplikacjami i przygodami, bo nawet rodzice nie wiedzieli, a w międzyczasie za mąż wychodziła moja siostra. Po jej weselu miałam się przenieść do nowicjatu, przyszła po mnie siostra mistrzyni, by mi pomóc w przeprowadzce i trzeba było w końcu powiedzieć rodzicom. Pobiegłam do domu, akurat cała rodzina wracała z pola, powiedziałam im, że mam pilną sprawę, że idę do zakonu i proszę o błogosławieństwo. Wszyscy byli zaskoczeni, rodzice kazali mi wracać do domu, ale powiedziałam im, że muszę sprawdzić gdzie jest moje miejsce. Okazało się, że sercanki bezhabitowe odtąd stały się moim domem - mówi s. Elżbieta.

To tylko dwie z wielu historii powołania - każda jest inna, bo też każdego Pan Bóg wzywa bardzo osobiście.

« 1 2 »