• facebook
  • rss
  • Chciałam płakać z wdzięczności

    dodane 13.09.2012 00:15

    Wczasorekolekcje dla chorych. Bywa trudno. Czasami nawet bardzo. Kiedy znienacka usłyszy się słowa „kocham Cię”, znowu wszystko wygląda lepiej. W takich chwilach wyraźnie widać, że nasz wysiłek ma sens i chce się tutaj dalej być.

    Agata, Magda i Krzysiek są młodzi, pełni sił i zapału. Zanim tu przyjechali, o niepełnosprawnych wiedzieli, że są. – Nigdy nie zastanawiałem się nad ich losem, nad tym, jak żyją, co mogą, a czego nie. Kiedy na katechezie usłyszałem od księdza, że potrzeba wolontariuszy, którzy pojadą na wczasorekolekcje, by pomagać niepełnosprawnym, pomyślałem: czemu nie. Przyjechałem. Na początku myślałem, „co ja tutaj robię?”. Z jednej strony przerastały mnie pewne sprawy, z drugiej pociągały. W tym roku jestem wolontariuszem po raz trzeci i mam nadzieję, że nie ostatni. To doświadczenie zdecydowało też o wyborze moich studiów. Zaczynam w październiku ratownictwo medyczne – mówi Krzysztof.

    Są przede wszystkim ludźmi

    Z domu wychodzą rzadko. W zasadzie tylko wtedy, gdy im ktoś pomoże. Niektórzy z nich w ciągu roku na Mszy świętej są może dwa, może trzy razy. Dlatego na wyjazd do Dąbrowicy czekają z niecierpliwością. Ten czas jest dla nich jak głęboki oddech. Tutaj przestają być niepełnosprawni, a stają się przede wszystkim ludźmi. Jak to z ludźmi bywa – są różni. Jedni uśmiechnięci, życzliwi z cierpliwością tłumaczą, czego im potrzeba i jak im pomóc. Inni są nerwowi, szybko się obrażają, mówią przykre słowa, o wszystko mają pretensje. Jedni i drudzy jednak potrafią znienacka powiedzieć do wolontariusza „kocham cię”. – Wcześniej nie docenialiśmy tego, że możemy pójść na spacer, zrobić sobie kanapkę, umyć zęby. Dopiero tutaj dotarło do nas, za jak wiele rzeczy powinniśmy Bogu dziękować – mówią wolontariusze, którzy w Domu Spotkania w Dąbrowicy spędzają wczasorekolekcje z osobami chorymi i niepełnosprawnymi. Są do ich dyspozycji 24 godziny na dobę. Pomagają w prostych codziennych czynnościach, chodzą razem na spacery, wspólnie się modlą i zwyczajnie są. – To są przede wszystkim ludzie, a dopiero potem niepełnosprawni. Potrzebują, jak każdy, obecności drugiego człowieka, akceptacji, tego, żeby się wygadać. Jeśli ktoś myśli, że tylko zdrowi mają poprawne podejście do Pana Boga, to jest w błędzie. Chorzy i niepełnosprawni potrzebują Go inaczej, na swój określony sposób, dlatego też potrzebne jest duszpasterstwo, które pomoże im w tych relacjach. Osobiście podziwiam to, jak bardzo chorzy Bogu ufają. Oczywiście, często się także z Nim kłócą, ale to w końcu w Nim znajdują siłę i moc – mówi ks. Bogusław Suszyło, duszpasterz niepełnosprawnych.

    Jest za co dziękować

    Fajnie jest chodzić, mówić, załatwiać samemu swoje sprawy. Nie znaczy to jednak, że jeśli nie można tego robić, to życie pozbawione jest sensu, choć tak to może wyglądać z punktu widzenia przeciętnego człowieka. – Większość z nas nie ma pojęcia, jak żyją ludzie chorzy i niepełnosprawni. Nie zastanawiamy się nawet nad tym, bo nie mamy takiej potrzeby. Dopiero kiedy kogoś z naszych bliskich dotyka to bezpośrednio, otwierają się nam oczy. Mówię to z własnego doświadczenia. Od kilku lat przyjeżdżam tutaj z moim niepełnosprawnym bratem. Pomagam mu, ale także innym. To ciężka praca. Bardzo trudno jest umyć drugiego człowieka, nakarmić, wszystko przy nim zrobić. I nie chodzi tylko o wysiłek fizyczny. Któregoś dnia, kiedy wieczorem zmęczona wróciłam do swojego pokoju, by się wykąpać i położyć spać, dotarło do mnie, jak wielkie mam szczęście, że mogę to zrobić sama. Chciało mi się płakać z wdzięczności za to, że jestem samodzielna – mówi Beata, wolontariuszka.

    Najtrudniejszy jest zawsze pierwszy dzień. Wtedy wolontariusz poznaje swojego podopiecznego i uczy się, co może dla niego zrobić. Niektórzy potrzebują tylko, by pomóc im się ubrać, podać jakieś rzeczy, popchać wózek na spacerze. Inni sami nic nie mogą i trzeba zrobić przy nich wszystko. – Jesteśmy do dyspozycji przez całą dobę, czyli także nocą. Niektórzy sami nie są w stanie przekręcić się na łóżku, więc osoby, które dyżurują nocą, czuwają, by w każdej chwili przyjść z pomocą – mówi wolontariuszka Magda.

    Pomaganie wciąga

    O Agacie mówią tutaj – weteranka. To dlatego, że jest na wczasorekolekcjach wolontariuszką szósty raz. I nie ostatni, podkreśla. – Coś mnie tu ciągnie. Nie umiem nawet tego dobrze nazwać. Jakaś atmo- sfera życzliwości, radość z każdego drobiazgu, czas na modlitwę i ludzie. Pomagając innym, tworzymy wspólnotę ludzi, którzy dobrze się rozumieją, mogą na siebie liczyć. Myślę, że zaczynamy trochę inaczej patrzeć na świat i różne codzienne sprawy. Zaryzykuję stwierdzenie, że tutaj dojrzewamy – mówi Agata. Niektórzy przyjechali tu na próbę. Jak Magda. Miała inne plany, chciała z przyjaciółmi pojechać w góry zanim zaczną się studia. Do Dąbrowicy przyjechała na 3 dni. – Tak mnie jednak wciągnęło, że postanowiłam zostać na całym turnusie, a w góry pojadę innym razem – mówi. Wielu wolontariuszy, którzy jadą tutaj pierwszy raz, spodziewało się raczej zgorzkniałych ludzi przytłoczonych swoim cierpieniem. – Tymczasem spotkaliśmy ludzi pełnych życia, otwartych, cieszących się każdym drobiazgiem. Obserwowaliśmy często, jak jeden chory, ledwie siedzący na wózku, próbował pomóc drugiemu choremu, bo wiedział, że mu niewygodnie. My, zdrowi, często tego nie widzieliśmy, bo sami nie mieliśmy takich doświadczeń. To chorzy potrafili nas zawstydzić swoją wrażliwością i chęcią pomocy drugiej osobie. Czasami jeden głaskał drugiego po ręce, widząc grymas bólu na jego twarzy – opowiadają wolontariusze. Wbrew panującej dosyć powszechnie opinii, że młodych dzisiaj interesuje tylko komputer i zabawa, wczasorekolekcje dla chorych i niepełnosprawnych pokazują, że są młodzi, którym się zwyczajnie chce robić coś dla innych. Większość z nich to uczniowie szkół średnich lub studenci, choć są i tacy, którym pomaganie tak bardzo wchodzi w krew, że kiedy zaczynają pracę zawodową, poświęcają swój urlop, by przyjechać do Dąbrowicy. Zawsze jest też grupa kleryków z lubelskiego seminarium, którzy w programie formacji przygotowującej do kapłaństwa mają udział we wczasorekolekcjach dla niepełnosprawnych. – Dzięki temu zostajemy lepszymi kapłanami – twierdzą ojcowie duchowni z seminarium. Nie trzeba mieć jakichś szczególnych umiejętności, przygotowań czy kursów. Wszystkiego wolontariusze uczą się na miejscu. – Nasi podopieczni nie wymagają od nas fachowości, wystarczy dobra wola i trochę serca – mówi ks. Bogusław Suszyło.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół