• facebook
  • rss
  • Współpraca na rzecz odpowiedzialności

    Ks. Rafał Pastwa

    |

    Gość Lubelski 39/2016

    dodane 22.09.2016 00:00

    Ewa Fijuth o fascynacji nauką i językiem rosyjskim, a także o konieczności współpracy na rzecz wychowania przyszłych pokoleń.

    Ks. Rafał Pastwa: Zachód kojarzy się nam z nowoczesnością, postępem, porządkiem i zamożnością, a Pani ma zamiłowanie do języka rosyjskiego i kultury rosyjskiej. Jak się ono zrodziło?

    Ewa Fijuth: Język rosyjski miałam – jak wszyscy w tamtym czasie – od piątej klasy szkoły podstawowej. Czułam ten język od początku, to było to. Dobrze mi szło, a wraz z upływem lat wchodziłam nie tylko w język, ale i w kulturę. Miałam dobrych nauczycieli języka rosyjskiego, którzy potrafili zainteresować i wzbudzić pasję.

    Język rosyjski był jednak w tamtym czasie językiem indoktrynacji…

    Moja nauczycielka Maria Hajczuk-Popek potrafiła zarazić pasją do języka i kultury rosyjskiej, oddzielając to wszystko od polityki. Pokazywała piękno języka, mając to nauczycielskie „coś”, co pozwalało wejść w język bezboleśnie. Był to przecież przedmiot jak każdy inny, wymagający wiele wysiłku i systematyczności. Na zajęciach pozalekcyjnych omawialiśmy utwory literackie, których nie było w programie. I choć podręcznik nie był atrakcyjny, polubiłam rosyjski.

    Zdobywanie wiedzy jest fascynujące, a wydaje się, że jeszcze bardziej niezwykłe jest jej przekazywanie…

    Od zawsze chciałam mieć do czynienia ze szkołą. Początek mojej kariery zawodowej był związany z Biblioteką Główną UMCS, ale zaistniałam w III LO jako praktykantka i dało mi to szansę na pracę. Zaczynałam w październiku 1981 r. Była to trudna sytuacja polityczna i społeczna. Gdy mnie przyjęto, z marszu musiałam poprowadzić zajęcia z klasą. Nie było żadnego wstępu. Wtedy zrozumiałam, że muszę pracować więcej niż przedstawiciel innego zawodu. Wiele razy potem przyszło mi się przekonać, jak bardzo nauczyciel jest ważny w życiu ucznia. Aspekt wychowawczy był i jest niezwykle istotny.

    Czy nie jest jednak tak, że niegdyś nauczyciel miał większe wsparcie w rodzicach uczniów w związku z całym procesem edukacji i wychowania? Szkoła stała się w pewnym sensie instytucją usługową.

    Niestety tak. Nawet w pewnym momencie w nomenklaturze edukacyjnej na określenie ucznia używano określenia „klient”. Uważam, że jest to absolutnym nieporozumieniem. Jeśli rodzice okazują wsparcie szkole, to my mamy znacznie większą możliwość działania i szansę na sukces edukacyjny oraz wychowawczy. Niestety, w tym momencie spotykamy się bardzo często z sytuacjami roszczeniowymi, tzn. my jesteśmy od wychowywania, przekazania wiedzy i kultury, a rodzice przysyłają dziecko na zasadzie przechowania. Wiem, że świat się zmienia i rodzicom nie jest łatwo, ale dziecko nie jest rzeczą.

    W szkole młody człowiek spędza wiele godzin w ciągu doby. Czy to nie jest pozytywny aspekt, który można wykorzystać w procesie kształtowania ucznia?

    Lata szkolne są najważniejsze, tu formuje się charakter i umysł ucznia. Ale to rodzina jest fundamentem. Dlatego rodzice powinni zrozumieć, że my, nauczyciele, jesteśmy ich sprzymierzeńcami – nie wrogami.

    A czy spadające notowania polskich uczelni w rankingach międzynarodowych mają coś wspólnego z poziomem szkół średnich?

    Należałoby się nad tym głębiej zastanowić. Kiedyś o miejsce na uczelni trzeba było rywalizować z kilkoma, a nawet kilkunastoma osobami. Obecnie mamy wiele uczelni prywatnych i w dodatku niż demograficzny. Teraz uczelnie walczą o studenta, nie odwrotnie. Nie wyobrażam sobie, aby w takiej sytuacji można było zachować wysoki poziom.

    Jednak różnice w poziomie edukacji, nie tylko na szczeblu szkół średnich, są faktem.

    Oczywiście.

    Znów słyszymy zapowiedzi zmian w systemie edukacji. Czy to budzi niepokój?

    Przede wszystkim budzi niepokój rodziców i nauczycieli gimnazjów. Czteroletnie liceum dla nas, myśląc nieco egoistycznie, byłoby dobre. Gdy chciano wprowadzić gimnazja, moje środowisko było przeciwne temu pomysłowi. Gdy do liceum przychodzą uczniowie z różnych szkół, my musimy mieć czas na wyrównanie poziomu, by ruszyć dalej. Dlatego trzy lata nauki w liceum to zbyt mało, a przecież klasy maturalne tak naprawdę kończą naukę w kwietniu. I to powoduje jeszcze większy stres. Na progu tego roku szkolnego nie znamy żadnych szczegółów reformy, która miałaby się rozpocząć w 2017 r.

    Czy jest jeszcze możliwość powrotu do takiej edukacji, w której byłoby więcej miejsca dla literatury, kultury i sztuki?

    Bardzo bym chciała, ale szczerze mówiąc, wątpię w to głęboko. Świat się zmienił, kultura się zmieniła, coraz mniej osób czyta książki. Może musimy przejść etap zachłyśnięcia się technologią, bo często powtarza się tezy o braku przyszłości dla humanistyki. Uważam, że bez humanistów mielibyśmy do czynienia z niezwykłym zubożeniem świata.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół