Nowy numer 33/2018 Archiwum

Pomóc może tylko cud

Sanktuarium w Wąwolnicy. „Proszę szykować się na śmierć córki” – usłyszeli państwo Białowolscy, rodzice małej Magdy. „Nic już nie można zrobić” – powiedział lekarz. Nie pomyślał, że ostatnie słowo należeć będzie do Matki Bożej Kębelskiej.

Madzia nie chorowała. Była radosnym dzieckiem, lubiła rysować. Tego dnia jak zwykle rozłożyła kredki, kartki do rysowania i zabrała się do dzieła. Nagle mama zauważyła, że ręka dziewczynki zwisa bezwładnie, a kredka upada na podłogę. Z Magdą dzieje się coś niepokojącego. Woła męża i szybko jadą z dzieckiem do najbliższego szpitala. Tam lekarz po badaniu stwierdza, że to na tyle poważne, iż lepiej będzie jak najszybciej zawieźć dziecko do kliniki w Lublinie. Gdy samochód dojeżdża do szpitala w Lublinie, dziewczynka ma już bezwładne obie rączki i nogi. Trwają gorączkowe badania i poszukiwanie przyczyn tego stanu.

Bezradność

Po całej nocy diagnostyki lekarze nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co się dzieje. Zapada więc decyzja o przewiezieniu Magdy do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Zrobiona tam tomografia wykazuje nieoperowalnego guza mózgu. Dziewczynka traci przytomność. Jej rodzice zostają wezwani na rozmowę do lekarza prowadzącego. Tam słyszą: „Przykro mi bardzo. Jesteście młodzi, będziecie mieć jeszcze dzieci. Magda jest umierająca. Najprawdopodobniej nie przeżyje doby. Trzeba się przygotować do pogrzebu”. Rodzice są zrozpaczeni. Lekarz proponuje im także przewiezienie Magdy z powrotem do kliniki w Lublinie. Powód jest tylko jeden – transport zwłok będzie łatwiejszy z Lublina do rodzinnej miejscowości Białowolskich niż z Warszawy. Kiedy poinformowano o wszystkim dalszą rodzinę, babcia Magdy zaproponowała, by wszyscy pojechali do Wąwolnicy modlić się przed figurą Matki Bożej Kębelskiej. Jest listopad 1982 roku. Rodzina nie spodziewa się cudu, modli się o to, by Madzia nie cierpiała, umierając, a oni – by potrafili przyjąć to, co się zdarzy. – O ósmej rano weszli do kaplicy Matki Bożej, gdzie modlili się ponad godzinę – opowiada ks. Jan Pęzioł, ówczesny kustosz sanktuarium, świadek wydarzeń.

Ze śmierci do życia

28 listopada o 7 rano mama Madzi dopełnia formalności niezbędnych do przewiezienia córki do szpitala w Lublinie. Karetka rusza w drogę. – Magda była nieprzytomna. Wzięłam ją na kolana, przytuliłam mocno, zdając sobie sprawę, że w każdej chwili dziecko może umrzeć. Pielęgniarka, która jedzie ze mną, mówi, bym co jakiś czas przykładała ucho do buzi Magdy, sprawdzając, czy jeszcze oddycha – wspomina kobieta. Około godziny 9.00 karetka przejeżdża przez Ryki. – Jakoś mój mózg zanotował ten fakt i godzinę. Nie wiedziałam, że właśnie w tym czasie cała rodzina modli się w Wąwolnicy. Odwróciłam wzrok od szyby, spojrzałam na Magdę i krzyknęłam. Moja córka miała otwarte przytomne oczy i rozglądała się po karetce, za chwilę podniosła rączki i przeciągnęła się jak dziecko po dobrym śnie. Krzyczałam wniebogłosy, nie wiem sama, czy z przerażenia, czy z radości – opowiada. Magda jest w pełni sił i sprawności, jakby nigdy nic się nie działo. Rodzice wracają z nią do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, gdzie ponownie wykonano tomografię. Śladu po guzie nie ma. Lekarze mają tylko jedną odpowiedź. To cud.

Proroczy sen

– 25 października zdecydowałem się pójść do lekarza na badania, bo miałem niepokojące objawy. Dostałem skierowanie na badania. Gdy lekarz je zobaczył, nic nie powiedział poza tym, że trzeba się zgłosić na konsultacje do specjalisty. Myślę, że ten lekarz wiedział, iż sytuacja jest już bardzo poważna – ks. Marian Matusik wraca do wydarzeń sprzed kilku lat. Specjalista skierował kapłana na kolejne badania, po czym powiedział wprost, że to bardzo złośliwy nowotwór o dużym zakresie. Ks. Marian w tym czasie mieszkał w Kaliszanach we wspólnocie Ognisk Światła i Miłości. Jedna z osób z tej wspólnoty miała sen, który nakazywał ks. Marianowi niezwłoczne udanie się do Wąwolnicy do Matki Bożej Kębelskiej, gdzie wraz z ks. Janem Pęziołem, kustoszem sanktuarium, miał odprawić Mszę św. – Kiedy powiedziała mi o tym śnie, odczułem takie przynaglenie, by zaraz jechać do Wąwolnicy, że nie mogłem się mu oprzeć – opowiada ks. Marian. 28 grudnia 2005 roku ks. Marian przyjeżdża do Wąwolnicy. Zgodnie z poleceniem ze snu odprawia wraz z ks. Janem Mszę św. – Po jej zakończeniu ks. Jan położył mi ręce na głowie i pomodlił się nade mną. Wróciłem do domu – wspomina kapłan. 27 stycznia 2006 roku, czyli prawie miesiąc później, miał odebrać wyniki wskazujące, gdzie w jego organizmie pojawiły się przerzuty raka. – Lekarz ogląda te wyniki i na jego twarzy maluje się zdumienie. Każe powtarzać badania, czy nie ma pomyłki. Wyniki są takie same i mówią, że w moim organizmie nie ma żadnych komórek nowotworowych – opowiada ks. Marian. Lekarz z niedowierzaniem mówi do księdza: „To cud”. Kapłan potwierdza, dziękując Matce Kębelskiej za tak wielką łaskę.

Bóg wie lepiej

W ciągu tygodnia schudła 10 kilogramów. Guz, który pojawił się na ręce pani Haliny Jaworskiej, był efektem choroby nowotworowej. Jej lekarka powiedziała, że jedyną szansą pani Haliny jest amputacja ręki. „To trzeba bardzo szybko operować – usłyszała pani Halina. „Szybko to nie będzie, pani doktor, bo ja wybieram się na pielgrzymkę do Wąwolnicy” – odpowiedziała chora. Był 9 września 1978 roku. Wieczorem w wąwolnickiej kaplicy ma się zacząć czuwanie poprzedzające uroczystości koronacji figury Matki Bożej papieskimi koronami. Halina Jaworska wychodzi z domu wczesnym rankiem, postanawiając iść z pieszą pielgrzymką z Lublina do Wąwolnicy i ofiarować swój trud Matce Boskiej. Dociera na miejsce, ale osłabiony chorobą organizm kobiety odmawia posłuszeństwa. – Zasłabłam w Wąwolnicy. Zaprowadzono mnie do karetki, gdzie lekarz po zbadaniu chciał mnie natychmiast odwieźć do szpitala do Puław. Powiedział mi, że sprawa jest poważna i nie ma na co czekać. Ja mu na to, że Bóg jest mocniejszy i na własną odpowiedzialność zostaję w Wąwolnicy – opowiada pani Halina. Po wyjściu z karetki udała się do kaplicy, gdzie wysłuchała Mszy św. i modliła się do rana. 10 września rozpoczynają się trwające cały dzień uroczystości koronacyjne figury Matki Bożej. Pogoda jest okropna. Leje deszcz. 100 tys. ludzi niezrażonych złą aurą stoi po kostki w błocie. Wśród nich jest pani Halina. Po zakończeniu uroczystości wraca do domu. Zmęczona zasypia. Gdy się budzi, ze zdziwieniem stwierdza, że na ręce nie ma guza i – co więcej – nie czuje bólu i może swobodnie nią poruszać. Jedzie do swojego lekarza. – Pani doktor ogląda mnie, bada i mówi, że to cud. Ja tylko potwierdzam kiwnięciem głowy, bo nie mogę mówić – tak płaczę z radości – wspomina pani Halina.

Uproszone dzieci

W specjalnej księdze w wąwolnickim sanktuarium udokumentowano ponad 200 cudów. – Nie ma roku, bym nie dodawał nowych wpisów. Czasami to kilka rocznie, czasami kilkanaście – mówi ks. Jan Pęzioł prowadzący dokumentację uzdrowień. Nic dziwnego, że co roku tysiące ludzi odwiedza to miejsce, prosząc o potrzebne im łaski. – To nie tylko uzdrowienia z różnych chorób, ale także wyproszone łaski macierzyństwa. Mamy ich bardzo dużo. Wiele małżeństw, które już straciły nadzieję na potomstwo, właśnie w tym sanktuarium wyprasza dla siebie ten dar – podkreśla ks. Jan. Jeden z wpisów opowiada: „Beata i Piotr, oboje będąc lekarzami, przez dwadzieścia lat małżeństwa nie mieli upragnionych dzieci. Na jesieni 2002 roku przyjechali do Wąwolnicy na Mszę św., prosząc o łaskę macierzyństwa. Za niecały rok urodzili się im synowie bliźniacy”. Ilu pielgrzymów przybędzie w tym roku na uroczystości kolejnej rocznicy koronacji cudownej figury, trudno powiedzieć. Na pewno będzie ich tak dużo, że nie zmieszczą się w wielkim parafialnym kościele. – Od lat uroczystości organizowane są na placu Różańcowym za bazyliką. Tysiące pielgrzymów uczestniczy w nocnych czuwaniach, procesji do Kębła, czyli miejsca objawień, oraz w Eucharystiach sprawowanych przez cały dzień z udziałem księży biskupów. Doroczne uroczystości to czas szczególnych łask – zapewnia ks. Jerzy Ważny, kustosz sanktuarium, zapraszając wszystkich 1 i 2 września do Wąwolnicy.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

  • Savonarola
    30.08.2012 06:34
    Ostatnie slowo zawsze nalezy do naszego Stworcy,Boga-Ojca-dawcy zycia.On dal tez zycie Maryi.
    doceń 0

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma