Nowy numer 42/2020 Archiwum

Rzuceni na głęboką wodę

Niepełnosprawni. – Grałam w „ISadorze”, „Malowanym Ptaku”, „Hamlecie” i w wielu innych sztukach – wymienia Bożena Ufniarz. Drobna brunetka nie kryje zadowolenia ze swoich sukcesów.

Próżno szukać nazwiska Bożeny wśród nazwisk celebrytów. Ale niewykluczone, że za jakiś czas o podopiecznej Fundacji Teatroterapia Lubelska, usłyszy cała Polska. Być może nie tylko o niej. Profesjonalnych aktorów w teatrze Marii Pietruszy- -Budzyńskiej jest dwudziestu pięciu. W budynku przy ulicy Jastrzębiej w Lublinie od kilkunastu lat codziennie po kilka godzin uczą się roli, razem gotują i dwa razy w tygodniu ćwiczą taekwondo. Gdyby nie to, że niektórzy z nich mają zespół Downa, patrząc na tę grupę, nikt by nie pomyślał, że ma do czynienia z ludźmi niepełnosprawnymi intelektualnie. Na lubelskiej scenie teatr niepełnosprawnych gości już od osiemnastu lat.

Oni mają talent!

W sali ćwiczeń w budynku Fundacji, podopieczni w najróżniejszych dogodnych pozycjach, z tekstem w ręku, słuchają puszczanego z głośnika komputera przedstawienia. To „Spowiedź w drewnie” Jana Wilkowskiego. Z każdą ze sztuk wystawianych przez Teatroterapię Lubelską aktorzy najpierw się osłuchują. W tym przypadku jest to szczególnie ważne bo „Spowiedź w drewnie” napisana jest gwarą podhalańską. – Jestem pedagogiem specjalnym – opowiada Maria Pietrusza- -Budzyńska. – 20 lat temu, kiedy jeszcze pracowałam w szkole specjalnej, postanowiłam z niepełnosprawnymi dziećmi zrobić coś wyjątkowego. Stworzyłam pierwszy spektakl. To było przedstawienie mojego życia, które wszystko zmieniło. Odkryłam nową metodę pracy. Zobaczyłam, że upośledzone dzieci mają talenty, że są piękne. W żadnej książce naukowej wtedy jeszcze nie pisali, że upośledzone dziecko może mieć jakiś talent. Mówiło się tylko o tym, że takie dziecko ma różne deficyty. A ja nagle przekonałam się, że te dzieci naprawdę wiele potrafią. Pamiętam Dominikę, dziewczynkę autystyczną, która z otoczeniem porozumiewała się jedynie za pomocą rysowania. Dziś, dzięki teatrowi, to normalnie funkcjonująca kobieta. Działaliśmy wtedy bardzo dynamicznie. Pięć przedstawień w ciągu trzech lat. Dzieci zaczęły kochać teatr. Przychodziły na salę gimnastyczną, gdzie ćwiczyliśmy do przedstawień. Tam przygotowywaliśmy też wspólnie jedzenie. Wszyscy głodni mogli przyjść i się najeść. Zaczęłam z nimi chodzić również do lekarza, bo często były po prostu zaniedbane. Po jakimś czasie wpadłam na znakomity pomysł, by z tej szkoły, gdzie zaczęłam być postrzegana jako ktoś do niej nie pasujący, po prostu się wyprowadzić. Inspiracją były powstające ówcześnie Warsztaty Terapii Zajęciowej. Wtedy w Lublinie były dwa. Dziś jest dziewięć. Postanowiłam założyć teatr ludzi niepełnosprawnych, a formuła warsztatu świetnie się do tego nadawała. Zaczął się mój proces dojrzewania jako człowieka biznesu, ale też zaczął się czas trudny. Pamiętam jak pojechałam do Warszawy do dyrektora PFRON-u szukać pieniędzy. Pokazałam mu moją kronikę, opowiedziałam o dzieciach, o tym jakie są piękne i.. dostałam na mój warsztat naprawdę jak na tamte czasy duże pieniądze. Potem znalazłam lokal, który był w opłakanym stanie i na dodatek trzeba było jeszcze o niego walczyć. Udało się zrobić remont i po dwóch latach od powstania pomysłu weszliśmy tutaj.

Wspólnota sceny i stołu

Aktorzy Budzyńskiej oprócz tego, że codziennie ćwiczą rolę, także na zmianę gotują i tworzą typowe dla warsztatów terapii zajęciowej przedmioty. Norbert pasjonuje się fotografią. Pokazuje swoje albumy. W nich zdjęcia z Paryża, Brukseli i wielu innych miast Europy i Polski. – Robiłem je, kiedy jeździliśmy za granicę z naszymi przedstawieniami – opowiada przejęty. Agnieszka w kuchni z zapałem sporządza listę zakupów. Dziś na obiad będą pulpety. Za chwilę pójdzie do sklepu. Zrobienie listy zakupów wbrew pozorom nie jest taką prostą sprawą, gdy obiad przygotowuje się na trzydzieści osób. Ania, dziewczyna z zespołem Downa, z niezwykłą precyzją obiera i sieka czosnek. Na uwagi, że można to zrobić w inny, szybszy sposób, odpowiada: – Ja wiem jak. Sylwia zakłada Arturowi rękawiczki. Chłopak, również z zespołem Downa, będzie obierał ziemniaki i tarł marchewkę. Musi ćwiczyć dłonie. W sąsiednim pomieszczeniu druga Agnieszka maluje Pierrota. Widać, że nie lubi, gdy ktoś patrzy jej na ręce. – Już go kończę – informuje. Dwa razy w tygodniu cała ekipa ćwiczy taekwondo. – To forma terapii ruchem, nauki koordynacji, ale także, a może przede wszystkim, przywrócenie im siły społecznej – mówi pani Maria. – Dziś już nie boją się wyjść na ulicę.

Dostępna jest część treści. Chcesz więcej? Odśwież stronę i czytaj nawet 10 tekstów za darmo.
Szczegóły znajdziesz TUTAJ.
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama