GN 43/2020 Archiwum

Źle Go szukacie

Świadectwo. Pół Polak, pół Francuz, urodzony w Afryce, znakomity muzyk, człowiek po przejściach. – Nigdy nie byłem biedny, ale szczęśliwy stałem się dopiero, gdy spotkałem Jezusa – mówił do młodych w Lublinie Frenchman, czyli Nicolas Ribier.

Jesteście młodzi i niektórym z was wydaje się, że są porządnymi chrześcijanami. Może i są, ja jednak też tak myślałem przez długi czas, aż przestałem chodzić do kościoła – mówił podczas Forum Młodzieży archidiecezji lubelskiej gość specjalny, czyli Frenchman, znany między innymi z takich formacji jak Bass Medium Trinity (Marika/ABselektOR/Frenchman) i Jamal. Dla wielu młodych idol. – Muzyka zawsze była ważna w moim życiu. Był taki czas, że wydawało mi się, że jest najważniejsza, ale to nieprawda. Chcę wam opowiedzieć o tym, jak zwątpiłem i jak Jezus mnie odnalazł, mimo że ja Go wcale nie szukałem – zaczynał swoje świadectwo Nicolas.

Gorąca Afryka

– Jestem dzieckiem, nazwijmy to, dziwnych kombinacji. Moja mama jest Polką, mój tata Francuzem. Urodziłem się w Afryce w Gabonie, gdzie mieszkaliśmy przez 14 lat. Tam był mój świat. Gorący, kolorowy, roztańczony. Mój kościół parafialny tętnił życiem. Na każdej Mszy świętej śpiewaliśmy radośnie, nierzadko tańczyliśmy, niosąc dary do ołtarza. Ludzie, którzy wierzyli w Jezusa, cieszyli się tak bardzo, że nie byli w stanie tego ukryć. W takim kościele zostałem ochrzczony i przyjąłem Pierwszą Komunię Świętą. Kiedy miałem 14 lat, wróciliśmy do Polski – opowiadał Nicolas. Dla młodego chłopaka był to całkiem inny świat. W porównaniu z tym z Afryki zimny i szarobury. Do tego okres dojrzewania, w jaki akurat wchodził, sprzyjał buntowi. – Moi rodzice nieźle się ze mną mieli. Po kilku miesiącach pobytu w Polsce powiedziałem im, że więcej do kościoła nie pójdę, że tu cały rok trwają Gorzkie Żale, ludzie są smutni, nikt nie śpiewa, że mi w tym kościele chce się spać – mówił.

Kościół nie dla mnie

Nic nie było w stanie Nicolasa przekonać. Zaczynała się też jego przygoda z muzyką, która wypełniła czas. – Skończyłem liceum plastyczne i wybrałem się na studia. Centrum mojego życia stanowiła jednak muzyka. Zacząłem współpracę z Mariką, grałem koncerty, angażowałem się w różne projekty muzyczne. Miałem kasy jak lodu. W pewnym momencie postanowiłem przerwać studia. Stwierdziłem, że to się nie opłaca. Zarabiam niezłe pieniądze, robiąc same przyjemne rzeczy, więc... po co się męczyć i studiować? – wspominał. Wynajął wtedy kawalerkę w Warszawie i zamieszkał z dziewczyną. – Wcale mi to nie przeszkadzało, że jest to wbrew zasadom wpojonym mi przez rodziców. Co prawda raz w roku chodziłem do spowiedzi, ale nie wiem po co. Wyrzucałem z siebie grzechy jak karabin maszynowy, ale nawet przez chwilę nie zamierzałem zmieniać swojego życia. Ksiądz pukał w kratki konfesjonału, że koniec, i dla mnie był to koniec. Nie pamiętałem nawet, jaką pokutę dostawałem – przyznawał.

Obca kobieta

Wie dokładnie, że grał wtedy koncert we Wrocławiu. Gdy skończyli, podeszła do niego jakaś kobieta, pogratulowała dobrej muzyki i zapytała, czy może chwilę z nim porozmawiać. Zgodził się. – Myślałem: „Czego ta babka chce?”. Powiedziała tak: „Nie wiem, od czego zacząć, więc zapytam wprost: czy jesteś gotowy umrzeć za Jezusa Chrystusa?”. Zaskoczyła mnie tym. Poprosiłem, by poczekała chwilę, bo tak od razu nie dam jej odpowiedzi. Odszedłem na bok, pomyślałem i przyszedłem jej powiedzieć, że może ją rozczaruję, ale nie jestem gotowy do takich poświęceń. Powiedziała mi, żebym się nie martwił, że Jezus Chrystus mnie bardzo kocha i że w pewnym momencie swojego życia będę miał do wyboru między pozostaniem neutralnym a pójściem w Jego ślady – mówi Nicolas. Minęło kilka miesięcy. Pewnego poranka miał bardzo wyraźny sen. Akcja toczyła się w kościele, do którego uczęszczał, gdy mieszkał w Afryce. Wtedy proboszczem parafii był biały, we śnie przemawiał zaś czarny ksiądz. Za księdzem, nad tabernakulum, był kadr obrazu o kształcie eliptycznym bez płótna w środku. Zadał sobie więc pytanie, dlaczego nic w tym kadrze nie ma. Nagle, jakby w odpowiedzi, objawiła się Matka Boża płacząca łzami z krwi. – Takich snów się w życiu nie zapomina. Po przebudzeniu od razu zadzwoniłem do mojej mamy. Myślałem, że bardzo się ucieszy z tego, co jej powiem, bo ona jest bardzo pobożna i bardzo kocha Maryję. Ona jednak powiedziała tylko: „Synu, to dobrze, ja nie mam czasu z tobą gadać w tym momencie”. Byłem zawiedziony – przyznaje.

Nawrócony

Jakiś czas później mama zadzwoniła do Nicolasa i powiedziała, że zapisała go na konferencję o wierze i religii, którą w Polsce będzie prowadził ksiądz z Afryki. – Nie chciałem początkowo o tym słyszeć, ale ona postawiła mnie przed faktem dokonanym. Przedstawiła mi to jako konferencję naukową, gdzie będę mógł posłuchać ciekawych rzeczy. Wyobraziłem sobie, że odbędzie się ona w jakimś szklanym biurowcu, gdzie będę siedział na wygodnych fotelach i popijał kawę, przysypiając – opowiada. Na to spotkanie wybierała się spora część rodziny Nicolasa. Mama, ojciec, dwie ciotki – jedna bardzo zaangażowana w Odnowę w Duchu Świętym, druga niewierząca. Konferencja odbywała się w Gdańsku. – Jedziemy samochodem. Ojciec podjeżdża pod jakieś wielkie schody, na których szczycie widać biały kościół. Po schodach wchodzi tłum ludzi. Nie wierzyłem w to, co widziałem. Pytam jakąś kobietę na końcu wielkiej kolejki, po co się tu stoi, a ona mi na to: „Panie, tu do rejestracji”. Miałem wrażenie, że wokół są same starsze osoby, o których myślałem: moherowe berety. Odbieram w końcu jakiś identyfikator, który chowam głęboko, by nikt na mieście nie skojarzył mnie z tym zbiegowiskiem. Gdyby nie było mi żal mojej mamy, uciekłbym. Wchodzimy do kościoła, który wcale nie ma sali konferencyjnej z kawą, jak sobie wyobrażałem. Przy ołtarzu stoi chór, który śpiewa i trzyma ręce w górze. Pierwsza moja myśl jako muzyka była taka, że to aerobik w kościele, którego nie zdzierżę. Siadam obok mojej niewierzącej kulawej ciotki, by mieć ją w swoim wątpiącym obozie. Ludzie śpiewają. Ja walczę ze sobą, by nie uciec. Gdyby mama powiedziała mi wcześniej, że to rekolekcje charyzmatyczne w kościele, pewnie bym tu nie przyjechał. Nagle z zakrystii wchodzi do prezbiterium czarny ksiądz z Najświętszym Sakramentem. W kościele rozlega się przeraźliwy ryk. Przechodzą mi ciarki. Takiego dźwięku nie jest w stanie wydać żaden instrument na ziemi. Kilka osób leży na ziemi i wije się w konwulsjach. Ryki są tak przerażające, że wszyscy, na czele z moją kulawą ciotką, biegną w stronę ołtarza, by schronić się jak najbliżej Najświętszego Sakramentu. Instynktownie wszyscy czuliśmy, że tam jest schronienie. To było zderzenie największego zła z największym dobrem. W tym momencie odniosłem wrażenie, jakbym miał w głowie kostkę Rubika, przez lata nieułożoną, gdzie pomieszały się wszystkie kolory. W tym jednym momencie ktoś ułożył ją prawidłowo. Padłem na kolana, płacząc. Czułem, jak Bóg mnie kocha, i wiedziałem, że muszę zmienić swoje życie. Poszedłem do spowiedzi. Przewartościowało się wszystko, co miało dla mnie znaczenie. Na rekolekcjach w Gdańsku dokonał się cud mojego nawrócenia wymodlony przez moich rodziców. Dowiedziałem się później, że w bieżącym roku odprawiali w mojej intencji nowennę (przez 9 miesięcy codziennie Różaniec, dwa razy w tygodniu post o chlebie i wodzie i codzienna Msza święta w mojej intencji), prosząc Matkę Przenajświętszą o moje nawrócenie. Rozpoczęli niechcąco w dniu św. Moniki, która była matką św. Augustyna. On też walczył z Kościołem, a po 30 latach modlitwy swojej mamy nawrócił się. Po tym, jak zakończyła się nowenna, po modlitwie wstawienniczej, moja mama dostała dla mnie słowa: „Idź do młodych i powiedz im, że nie ma Boga tam, gdzie Go szukają”, a ja dostałem patrona – św. Jana Bosco od trudnej młodzieży. Jestem u was w Lublinie, by wam o tym powiedzieć – mówił Frenchman. Po nawróceniu nagrał płytę pt. „Świadectwo”, którą sam wyprodukował i wydał. Jest to krążek z wieloma przemyśleniami na temat wiary, show-biznesu i życia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama