Nowy numer 37/2018 Archiwum

Lubelski Antoine

Społeczeństwo. Strzygł wielkich profesorów, biskupów, artystów i znanych działaczy PRL. Dziś jego zakład na Królewskiej w Lublinie jest ciągle jednym z najbardziej znanych salonów fryzjerskich w mieście.

Ichoć Andrzej Borysiewicz mówi, że ulica Królewska straciła swój splendor i daleko jej do uroku sprzed lat, to jednak miejscówka tuż przy Bramie Krakowskiej, gdzie znajduje się zakład fryzjerski, jest bez wątpienia w cenie. Próżno tu szukać wszechobecnych w innych salonach na ścianach plakatów wyfryzowanych modeli. Nie ma też wystawek z fryzjerskich kosmetyków. Panuje wręcz surowy klimat. Kilka luster, obrotowe krzesła. Na ścianie dyplomy sprzed lat i dwa zdjęcia. Na jednym ks. abp Józef Życiński, a na drugim ojciec Mieczysław Krąpiec. – To był mój ulubieniec – mówi pan Andrzej, wskazując na zdjęcie bp. Życińskiego. – Niesamowity człowiek. Ile myśmy godzin przegadali.

Od komunistów po duchownych

Andrzej Borysiewicz fryzjerem jest od prawie 50 lat. Swój pierwszy własny zakład fryzjerski otworzył w 1967 r. w ówczesnym Urzędzie Wojewódzkim przy ulicy 22 lipca. – Wszyscy z całego województwa do mnie przyjeżdżali. Miałem naprawdę dużo klientów – opowiada. – Czułem się wolnym człowiekiem. Ja już wtedy miałem demokrację. Nie bałem się nic robić i nic mówić. Kiedy taki dygnitarz siedział u mnie na fotelu, był grzeczny i cichy. Ode mnie w tym momencie wszystko zależało. To były lata, kiedy strzygłem wszystkich komunistycznych prezydentów, ale równocześnie artystów i duchownych. Pamiętam, jak co trzy tygodnie, nie rzadziej, nie tak jak dziś, przychodzili księża. Jeszcze co niektórym tonsurki wygalałem.

To w ogóle były inne czasy. Ludzie znacznie częściej odwiedzali fryzjera. Bardziej dbali o fryzury. A poza tym po prostu mieli więcej pieniędzy tak naprawdę. Częściej chodzili do teatru, do restauracji – wzdycha pan Andrzej. – Dziś to już nie to samo. I choć zakład funkcjonujący przy ulicy Królewskiej od 1980 r. nie może narzekać na brak klientów, to jednak wielu stałych już nie przychodzi. – Normalna kolej rzeczy. Większość z nich już na cmentarzu leży. Kiedyś miałem dziesięciu pracowników – wspomina pan Andrzej. – Ludzie dosłownie się tu pchali. Musiałem wielokrotnie wystawiać jakieś krzesła przed drzwi, by nie stali na ulicy. Niektórzy mieli taki rytuał, że tuż po wypłacie szli do fryzjera, a potem na wódkę. Zdarzało się też odwrotnie, niestety. Wtedy marzyłem, by nagle wszedł jakiś ksiądz. Bo wtedy wszyscy księża chodzili w sutannach albo choćby w koloratkach. Gdy taki się pojawił, cichły nagle głupie opowiastki. Wszyscy, nawet ci podpici, siedzieli grzecznie i spokojnie. Pan Andrzej z całą mocą przekonuje, że zawód fryzjera to najlepszy zawód na świecie. Wymaga powołania i cierpliwości. Podkreśla też, że przede wszystkim trzeba lubić ludzi. – Ja naprawdę przez te wszystkie lata poznałem tu fantastyczne osoby. Chyba w żadnym zawodzie nie poznaje się tylu ludzi. Najlepiej wykonuje się ten zawód, kiedy pozna się swojego klienta. Ludzie często mówili mi o tym, czego nie mówili żonie czy matce. Szukali takiego ujścia, by pozbyć się swoich różnych problemów. Ile ja się tu nasłuchałem. Ciągle jeszcze wielu opowiada całe swoje życiorysy.

Klasyka ciągle obowiązuje

Borysiewicz w swoim zakładzie zatrudnia dwóch pracowników. Jednym z nich jest córka. Pani Jolanta pracuje wraz z ojcem od przeszło 20 lat. – Zawsze jest tak, że od dzieci więcej się wymaga – śmieje się kobieta. – Ojciec jest perfekcjonistą, nie jest łatwo z nim pracować. Ale fryzjerstwo to już nasza rodzinna tradycja. Moja córka też ma zacięcie fryzjerskie. Czy kiedyś przejmie zakład? Zobaczymy. Oprócz pana Andrzeja i pani Jolanty w salonie na Królewskiej 34 lata pracuje pan Henryk. On też w dużej mierze tworzy klimat tego niezwykłego zakładu. 84-letni elegancki mężczyzna, zawsze ubrany niczym lekarz w biały kitel, w swojej pracy używa, wydawałoby się, narzędzi sprzed wieku. Starodawna brzytwa jednak wcale nie traci na aktualności, jak przekonuje pan Andrzej. – Ten sprzęt się nie starzeje – mówi. – Klasyka ciągle obowiązuje. To nieprawda, że dziś są jakieś inne nadzwyczajne narzędzia. Nie ma takiej maszynki, która sama by pracowała. Może dziś są lepsze farby niż kiedyś, łatwiej na nich pracować. Są gotowe i nie trzeba mieszać, odmierzać dokładnie wody utlenionej. Ale narzędzia pracy niewiele się zmieniają. Brzytwa nadal funkcjonuje, jest tylko nieco zmodyfikowana, natomiast zasada działania jest ta sama. Pan Andrzej ubolewa jednak, że nie może znaleźć żadnego dobrego młodego pracownika. – Kiedyś była jedna szkoła w Krakowie, jak ktoś ją kończył, wiadomo było, że jest wszechstronnie wyspecjalizowany. Były też 3-letnie zakłady rzemieślnicze, z których wychodzili prawdziwi rzemieślnicy, a dziś szkół w województwie jest naście i jakość kształcenia po prostu fatalna. Teraz młodzi fryzjerzy nadają się bardziej do rozdawania ulotek niż do pracy w salonie fryzjerskim, a szkoda, bo to naprawdę piękny zawód.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma