Nowy numer 25/2018 Archiwum

Ksiądz z fachem w ręku

300 lat Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Lublinie. Rodzice przygotowali dla mnie ciepłe buty, nowe, średniej jakości ubranie, osobistą bieliznę, a w nagrodę za zdaną maturę dostałem od ojca ręczny zegarek firmy Atlantic. Tak wyposażony zaczynałem życie w seminarium.

Był rok 1958. Czasy w Polsce ciężkie. Na każdym kroku były jeszcze wyraźne ślady wojny. Oficjalna propaganda stawała się coraz bardziej wroga Kościołowi. Nie przeszkodziło to jednak młodemu wówczas Romanowi Marszalcowi w podjęciu decyzji o wstąpieniu do seminarium. Rodzice zaopatrzyli go w miarę swoich możliwości. Mama uszyła siennik, który już w seminarium miał być wypełniony słomą, poduszkę oraz kołdrę. Trasa z Tyszowiec do Lublina wymagała najpierw furmanki, potem kolejki wąskotorowej, zwanej ciuchcią, a na koniec pociągu szerokotorowego. – Jechałem z kolegą. W Werbkowicach kilka godzin czekaliśmy na pociąg. Stojąc na stacji, zjedliśmy na zimno całego pieczonego koguta, co nie wyszło mi na zdrowie. Na dworcu spotkałem młodego człowieka, który również jechał do seminarium. Był to Zygmunt Lipski, student drugiego roku. Po północy dotarliśmy do Lublina. Nowy kolega doprowadził nas do miejsca przeznaczenia, obudził furtiana, odczytał z tablicy informacyjnej numer mojego pokoju i z całym ekwipunkiem do niego doprowadził. Była to ogromna sala o niskim pułapie, okrągłych oknach, przeznaczona dla szesnastu alumnów, zwana Batory. Po dyskretnym wejściu usłyszałem chrapanie tych, którzy już wcześniej dojechali. Położyłem się na pierwsze wolne łóżko i tak bez zmrużenia oka dotrwałem do świtu – wspomina ks. Roman.

Blisko dezercji

Pobudka o godz. 5.45, następnie toaleta i wspólne modlitwy. Po pobożnym rozpoczęciu dnia kleryk, zwany instruktorem sali rekrutów, sprowadził ich po krętych schodach na podwórze seminaryjne. Nad chlewnią leżała przygotowana wcześniej żytnia słoma, którą napychali przywiezione sienniki. Po wniesieniu ich do sali urządzali posłanie na metalowych skrzypiących łóżkach, z których korzystali do końca studiów. – Pierwsze dni i tygodnie były nie do zniesienia. Okres szkolny aż do matury to rodzinny dom, w którym troskliwa mama dbała o swojego pierworodnego. Nagle nastąpiła zmiana, inne otoczenie, ranne wstawanie, gimnastyka, ograniczenie osobistej wolności, a wyjście do miasta na pisemną prośbę. Kuchnia domowa szalenie różniła się od seminaryjnej stołówki. Tęsknota za domem potęgowała się z każdym dniem, aż w końcu postanowiłem, że odejdę – wspomina ks. Roman. Tą myślą podzieliłem się ze starszym kolegą Eugeniuszem Kościółką, który ustalił ze mną strategię odejścia: „Zaczekaj do świąt Bożego Narodzenia, pojedziesz do domu na ferie i tam już zostaniesz”. Dobrze wiedział, że ten czas pozwoli na zaakceptowanie nowych warunków. Rada Eugeniusza Kościółki okazała się zbawienna. Do świąt Bożego Narodzenia Roman zaliczył dwa kolokwia i ascetyczną lekturę u ojca Karola Konopki. Na święta pojechał już bez zamiaru dezercji.

Sklepikarz i fryzjer

W czasie nauki Roman dostał posadę w sklepiku seminaryjnym, do którego sprowadzał z miasta środki czystości, przybory szkolne itp. Sklepik mieścił się tuż przy furcie. – Uważałem, że to trochę za mało, aby nazwać to służbą dla innych, dlatego postanowiłem zostać fryzjerem. Tego fachu uczyli mnie Eugeniusz Kościółko i Stefan Orzeł, wówczas alumn piątego roku studiów. Miałem trudności, aby pozyskać do strzyżenia pierwszego klienta. Wreszcie namówiłem jednego kolegę z mojego roku. Po tym strzyżeniu ani on sam, ani koledzy nie mogli go rozpoznać. Pomimo tak zwanego silentium sacrum po wieczornych modlitwach wszyscy mieszkańcy pokoju, gdy zobaczyli mojego pierwszego klienta, nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Z pomocą przyszedł mój mistrz Stefan Orzeł, który zaprowadził go do tak zwanej fryzjerni i tam, na ile to było możliwe, doprowadził do względnego wyglądu – wspomina kapłan. Z czasem ksiądz Roman nabrał wprawy i był całkiem niezłym fryzjerem. W tamtych czasach dobrze było, by ksiądz miał też jakiś fach w ręku i umiał sam zaradzić różnym potrzebom gospodarskim.

Ciężko, czyli normalnie

W latach 50. klerykiem w seminarium był także ks. prof. Henryk Misztal. – Wszystko mi się tu podobało, chociaż, obiektywnie rzecz biorąc, nie było lekko. Wkuwałem wszystkie przedmioty na blaszkę, gdyż mi się bardzo podobały i czułem, że zbliżają mnie do upragnionego celu – wspomina. Warunki bytowe w seminarium były ciężkie, ale nie bardziej niż życie przeciętnych ludzi na wsi. W zimie klerycy sami palili w piecach węglowych. Także sami sprzątali łazienki i sale. Dla porządku przy wyznaczaniu do prac społecznych czy dyżurów każdy z alumnów miał przypisany swój numer. – Nie było wtedy sprzątaczek ani pralni, jak dziś. Brudną bieliznę oddawało się odwiedzającym rodzicom, a oni przy okazji odwiedzin w seminarium przynosili wypraną i zasilali nas produktami żywnościowymi – opowiada ks. Henryk. – Rano zrywano nas na kilkuminutową gimnastykę. Zazwyczaj prowadził ją na każdym piętrze starszy kolega. U nas na parterze był to Józek Bazylak. Gdy śpiochom chcieliśmy dokuczyć, zawiązywaliśmy im nogawki spodni na węzeł. Rano ksiądz wicerektor sprawdzał, czy ktoś jeszcze śpi. Spryciarze na cynk dany z korytarza potrafili szybko naciągnąć spodnie i dołączyć do ćwiczących, chyba że nogawki spodni były zawiązane dla humoru przez kolegów. Wtedy wicerektor miał ubaw, patrząc na delikwenta, który usiłował w pośpiechu założyć spodnie – opowiada kapłan. Po rannej toalecie szło się na rozmyślanie do kościoła lub na salę teologiczną. Prowadził je ojciec duchowny Karol Konopka. – Rozpoczynało się ono modlitwą ustną, a potem prowadziliśmy rozważanie prawd teologicznych, w tym ascetycznych lub moralnych, podawanych nam w formie krótkich tekstów. Alumni w zależności od kondycji fizycznej lub gorliwości siedzieli albo klęczeli. Na zakończenie rozmyślania były tak zwane wiązanki duchowe, czyli myśli do zapamiętania połączone z krótką modlitwą. Zdarzało się, że niektórzy gorliwsi (w tym i ja) cały czas klęczeli, a inni siedzieli. Pewnego razu jeden młodszy kolega Janusz Smal usnął i spadł na podłogę. Wynieśliśmy go solidarnie, trzymając za nogi i ręce, na korytarz, a ojciec duchowny mniemając, że zemdlał, zabronił nam odtąd klęczeć – opowiada ks. Henryk.

Smaki młodości

Po Mszy św. było śniadanie, złożone przeważnie z kilku kromek chleba ze smalcem (masło miał ten, komu rodzice przysłali) i herbaty, o której mówiono, iż parzono ją z siana, gdyż naprawdę nikt nie wiedział, z czego była robiona. – Miała smak absolutnie nieokreślony, ale i niepowtarzalny. Dotąd nie udało mi się spreparować podobnego napoju. Złośliwi mówili, że siostry dolewają bromu, aby okiełznać pokusy kleryków. Uważam to za absolutną bzdurę, gdyż pokusy miałem przez cały pobyt w seminarium, mimo że herbatę piłem – śmieje się ks. Henryk. Cały dzień wypełniony był nauką, modlitwą i pracą. – Teoretycznie o godz. 22.00 miały być zgaszone światła, a wszyscy powinni leżeć w łóżkach. W praktyce jednak można było jeszcze zostawać w kościele. Odmawiało się wtedy codzienny pacierz wieczorny, ten z domu rodzinnego. Co gorliwsi zostawali w kościele po 22.00 na dłużej. Potem przychodzili i krzątali się. Nie bardzo ich lubiliśmy. Jednego razu pobożniś wrócił do sypialni i zastał nad łóżkiem napis podświetlony żaróweczką z bateryjki: „Jasiu! Ty jesteś święty”. Historia się powtarzała, ale za trzecim razem, kiedy wszystko opowiedział ojcu duchownemu, zastał nad łóżkiem napis: „Jasiu, ty jesteś głupi”. Odtąd więcej widzeń nie było, a kolega przychodził wcześniej z kościoła – opowiada jedną z historii ks. Henryk. Jubileusz 300-lecia seminarium stał się okazją do zebrania wspomnień od najstarszych kapłanów naszej archidiecezji. Dzięki ich opowieściom nie tylko ożyły dawne czasy, ale i powstała książka pełna barwnych historii z życia kleryków. Publikacja będzie dostępna podczas oficjalnych uroczystości jubileuszowych, które odbędą się 25 października. O godz. 19.00 w archikatedrze lubelskiej rozpocznie się Eucharystia pod przewodnictwem nuncjusza apostolskiego w Polsce, abp. Celestino Migliore. Podczas celebry zostanie wykonana msza Koronacyjna W. A. Mozarta z udziałem specjalnie zaproszonych artystów. – Będzie nam bardzo miło spotkać się w szczególnym czasie dziękczynienia za kolejne pokolenia absolwentów naszego seminarium, rozsianych po całym świecie. Wyrażam wdzięczność za wszelkie znaki życzliwości, kierowane pod adresem seminaryjnej wspólnoty. Oczekuję z nadzieją na spotkanie w sercu archidiecezji lubelskiej, polecając Bogu w modlitwie wszystkich naszych przyjaciół – mówi rektor seminarium ks. Marek Słomka.•

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma