Nowy numer 49/2020 Archiwum

Orka na ugorze?

W kilku miejscach ciągniki zablokowały drogi. Kierowcy i podróżni się irytują. Pojawiają się komentarze, że jak gospodarza stać na traktor z klimatyzacją, to nie powinien narzekać.

Ile mięsa w mięsie

Gustaw Jędrejek z gminy Garbów prowadzi dwudziestopięciohektarowe gospodarstwo rolne oraz hodowlę trzody chlewnej. W ciągu roku jest w stanie wyhodować pół tysiąca tuczników. Jest również wiceprzewodniczącym Lubelskiej Izby Gospodarczej. – Zadaniem izby jest opiniowanie ustaw i rozporządzeń dotyczących rolnictwa, ale zazwyczaj nasze opinie nie są brane pod uwagę – martwi się G. Jędrejek. – Każdego roku widzimy, że trzeba dokładać do hodowli, bo sprzedajemy tuczniki często poniżej kosztów produkcji. Ludzie się zastanawiają, skąd rolnik bierze pieniądze, by dokładać do interesu. Rolnik bierze kredyt. Inaczej trzeba by było zamknąć gospodarstwo – tłumaczy. – Ponadto o 50 proc. spadło w naszym kraju pogłowie tuczników. Tymczasem z zagranicy sprowadza się do nas warchlaki. Pozyskane z nich mięso uznaje się za produkt polski. Konsumenci kupują mięso i wędliny z polskiego zakładu, określane jako produkt polski, ale w rzeczywistości mięso pochodzi np. z duńskich świń – wyjaśnia producent. – Na lata 2015–2020 Ministerstwo Rolnictwa chce wprowadzić program odbudowy pogłowia tuczników w Polsce i chce przeznaczyć na to spore pieniądze. To nie ma sensu! Lepiej zainwestować w powstanie małych zakładów przetwórczych oraz spółdzielni. Gdyby te powstały, to rolnicy sami zaczną hodować więcej zwierząt – konkluduje Jędrejek. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby powstanie spółdzielni na wzór francuski, gdzie rolnicy produkują żywność, potem sami ją przetwarzają i sprzedają. Dzięki temu konsumenci mieliby tańszą i zdrowszą żywność. Ja sprzedaję do skupu tucznika poniżej 4 zł za kg. Każdy wie, ile za mięso i wędlinę trzeba zapłacić w sklepie. O cenie w stosunku do jakości lepiej nie wspominać – podsumowuje G. Jędrejek.

Pole minowe

Piotr Omiotek z Krzczonowa uprawia zboża, rzepak i buraki cukrowe na obszarze 90 hektarów. – W tej chwili mam 600 tys. kredytu – mówi. – Sprzedajemy poniżej kosztów produkcji. Żeby rozwijać gospodarstwo i przystąpić do prac na wiosnę, muszę wspomagać się kredytem. Każdego roku tak samo – komentuje. – W ubiegłym roku za tonę pszenicy otrzymywałem 640 zł. Podczas gdy jej wyprodukowanie kosztuje rolnika ok. 750 zł – wyjaśnia Piotr Omiotek. – Nie oczekujemy chwilowego podniesienia cen, ale długoletniego planu gospodarczego. A tymczasem nie mamy gwarancji cen minimalnych – zaznacza.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama