Nowy numer 47/2020 Archiwum

Dobrodziejka

Jej majątek uratował młody uniwersytet katolicki, który powstał w Lublinie. Hrabina Aniela Potulicka jest jedną z największych mecenasek w historii KUL.

Z Lublinem nie miała nic wspólnego. Jej rodzinny majątek rozciągał się na obszarze 6 tys. hektarów na Kujawach. Jednak gdyby nie ona, nie wiadomo, czy KUL by istniał. Po kilku latach od założenia uczelni przeczytała artykuł ówczesnego rektora uniwersytetu ks. Józefa Kruszyńskiego, prezentujący nie tylko tożsamość nowej katolickiej wszechnicy, ale także podkreślający konieczność finansowego wsparcia tej inicjatywy przez społeczeństwo. Hrabina skontaktowała się z księdzem rektorem w 1925 r. i 10 sierpnia aktem notarialnym powołała fundację swego imienia, zatwierdzoną przez Radę Ministrów 14 marca 1928 roku. Całość dochodów pochodzących z jej dóbr rodowych została przeznaczona na potrzeby uniwersytetu, który hrabina wspierała także doraźnie. Mimo tak hojnego daru postać hrabiny w Lublinie jest niemal nieznana.

– Fundacja hrabiny działa do dziś. I choć przechodziła różne koleje losu, łącznie z zawieszeniem działalności i konfiskatą majątku w czasach PRL, pozostaje nadal związana z naszą uczelnią i jej służy. Chcieliśmy przypomnieć, a może wielu dopiero zapoznać z niezwykłą postacią naszej dobrodziejki, przygotowując w bibliotece KUL wystawę poświęconą tej postaci – mówi rektor KUL ks. prof. Antoni Dębiński.

Ojcowskie wychowanie

Aniela urodziła się w 1861 r. w Londynie, gdzie przebywali jej rodzice. Niestety, matka zmarła zaraz po porodzie. Zrozpaczony ojciec, który zostawił w domu starsze dzieci, zmuszony był oddać niemowlę pod opiekę obcych i wrócić do Potulic, gdzie Aniela przyjechała jako dwuletnia dziewczynka. Ojciec wychowywał córki troskliwie, lecz był jednocześnie bardzo surowy. Stąd też nabrały one pewnych cech charakteru męskiego, zwłaszcza Aniela. Na przykład jedynym sportem jej zdaniem godnym zainteresowania była jazda konna, którą uprawiała od najmłodszych lat. Ona też stała się przyczyną jej kalectwa. Jako dziecko spadła z konia i złamała nogę, tak że przez całe życie potem utykała. W dorosłym życiu uważała więc, że każdy z kawalerów, który nią się interesuje, robi to tylko dla jej majątku. Do końca życia pozostała sama, ale ilość zajęć, jaka na nią spadła, i dzieł, jakich się podejmowała, była tak wielka, że można nimi obdzielić kilka osób. Była niezwykle uzdolniona muzycznie i plastycznie. Władała kilkoma językami. Ojciec osierocił ją, gdy miała 19 lat. Na mocy jego testamentu, jako najmłodsza z córek, stała się wyłączną spadkobierczynią rodzinnej fortuny – dóbr Potulice i Ślesin. Jej siostry wcześniej już wyszły za mąż i wyjechały na Żmudź i do Krasiczyna.

Praca i modlitwa

Po samodzielnym objęciu dóbr podjęła pracę i obowiązki niewspółmierne do jej wieku i wykształcenia. Szybko jednak przyswoiła sobie zasady administrowania majątkiem. Nowa dziedziczka prowadziła tryb życia podporządkowany pracy, modlitwie i miłosierdziu. Częściej od gości w Potulicach zjawiali się interesanci i ludzie potrzebujący. Wszystkie ich sprawy hrabina załatwiała osobiście, a dokumenty świadczące o jej dobroczynności niszczyła. Gorliwie zajęła się szerzeniem oświaty wśród ludności wiejskiej. Organizowała różne kursy. Założyła Związek Oświatowy „Ognisko”, który miał się zajmować nauką języka polskiego, religii, organizacją odczytów o tematyce patriotycznej, koncertów chóru potulickiego i amatorskich przedstawień teatralnych. Była organizatorką biblioteki publicznej, rozprowadzała także bezpłatnie sprowadzane przez siebie książki i czasopisma polskie ze wszystkich trzech zaborów. Jej działalność oświatowo-wychowawcza nie mogła zostać niezauważona przez władze pruskie. Była wzywana na przesłuchania, nakładano na nią kary finansowe. W 1914 r., po wybuchu I wojny światowej, policja dokonała rewizji w potulickim pałacu, a jego część zarekwirowano i przeznaczono na szpital wojskowy. Pod koniec wojny Niemcy go podpalili, lecz służba zdołała pożar w porę ugasić. Niestety, pałac ograbiono z cennych zbiorów i wyposażenia. Aniela, zagrożona przez Grenzschutz (niemiecką formację do walki z Polakami), musiała opuścić Potulice i udać się do Poznania. Po wojnie wróciła do Potulic, gdzie spędziła resztę życia, angażując się w pomaganie potrzebującym. Oprócz fundacji na rzecz KUL, w Poznaniu pokryła koszt zakupu 40 mórg ziemi z budynkiem mieszkalnym dla nowo powstającego zgromadzenia zakonnego „Dobrego Pasterza”. Udzieliła także wsparcia finansowego polskiej spółce parcelacyjnej M. Biedermanna, której działalność utrudniała Komisji Kolonizacyjnej nabywanie polskich majątków. Również jej kosztem wybudowany został w Poznaniu zakład dla nieuleczalnie chorych, który oddała siostrom szarytkom. Zmarła 17 października 1932 roku.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama