Nowy numer 47/2020 Archiwum

Polska podzielona na trzy

Wybory na Lubelszczyźnie od ćwierć wieku mają własną specyfikę. Zdaniem ekspertów, nie powinno się dzielić wyborców na racjonalnych i radykalnych, bo wybór konserwatywnego i młodszego kandydata jest całkiem racjonalny.

Wybory prezydenckie pokazały, że Polska jest podzielona na pół, bo mieliśmy rywalizację dwóch kandydatów związanych z konkretną opcją polityczną. - Jednak istnieje też trzecia grupa, duży odsetek osób, które albo się nie interesują polityką lub w ten sposób chciały zademonstrować, że nie mają swojego kandydata i w związku z tym nie były na głosowaniu – to wstyd – mówi dr Agnieszka Łukasik-Turecka, adiunkt w Katedrze Polityki KUL.

- Wizerunek prezydenta-elekta został stworzony jako wizerunek koncyliacyjny i to przyniosło efekt. Bronisław Komorowski natomiast dzielił Polaków, o niektórych wyrażał się z pogardą. Na czas kampanii wizerunkowo lepiej przygotowany był A. Duda, już nie wspominając o prezencji, bo jest młodszy i wysportowany. Aczkolwiek my trochę wariujemy na punkcie wizerunku. W USA nikogo nie razi prezenter z siwymi włosami, nawet próbowano postarzeć samego Baracka Obamę - analizuje dr Łukasik-Turecka.

Niektórzy się zastanawiają, dlaczego dzieje się tak, że na Lubelszczyźnie i w Polsce wschodniej większe poparcie mają kandydaci uznawani za konserwatywnych, a po drugiej stronie Wisły jest odwrotnie.

- Wynika to już z pewnych tradycji głosowania. Po 1989 r. ta część kraju jest bardziej skojarzona z tradycyjnym modelem rodziny i z większym przywiązaniem do Kościoła. Elektorat prawicowy jest solidny i konsekwentny - dodaje politolog.

- Nie używałabym natomiast sformułowania, że to racjonalne albo radykalne. Dla wielu oznaką racjonalności jest wybór prezydenta, który jest młodszy i lepiej się prezentuje. Oznaką racjonalności jest również zmiana w sytuacji niezadowolenia z obecnej sytuacji - wyjaśnia.

- W krajach zachodnich nawet za drobną wpadkę politycy podają się do dymisji. My na to dopiero pracujemy. Pamiętajmy, że mamy polityków, których wybieramy spośród nas. Jeżeli nam nie odpowiada ich styl, to sami się zaangażujmy - kontynuuje.

Zdaniem dr Łukasik-Tureckiej, w procesie kształtowania społeczeństwa obywatelskiego za mało się wpaja młodym ludziom zainteresowanie tym, co się dzieje w naszym najbliższym otoczeniu. - Na osiedlu wyje alarm samochodu przez całą noc, bo ktoś kradnie koło, a rano ludzie narzekają, że nie mogli spać, bo alarm przeszkadzał. Koło ukradzione, ludzie nie śpią, ale nikt nie zadzwonił na policję, bo jest przekonanie, że i tak to nic nie da, będą tylko długie wyjaśnienia na policji. W USA gdyby w moim oknie zapaliło się światło o nietypowej porze, to miałabym radiowóz pod oknem, bo tam ludzie się interesują sobą na wzajem. Nie chodzi o wścibstwo, ale o zainteresowanie. Jeżeli ławkę pod blokiem uważa się za niczyją, to do społeczeństwa obywatelskiego mamy jeszcze daleką drogę - analizuje.

Zdaniem pani politolog nie tylko obywatele muszą się starać, ale również ze strony państwa musi być jasny sygnał w kierunku obywatela, że ten nie jest intruzem.

 - Rolą państwa jest pokazać, że służby są po stronie obywatela. Niech państwo pokaże, że policja i straż miejska nie są tylko od ścigania i wlepiania mandatów. Ludzie dostrzegają coraz to nowe ograniczenia i obostrzenia. Straż miejska nie może się kojarzyć jednoznacznie z zakładaniem blokad na koła. Ale z kolei my powinniśmy dbać o swoje miejsce pracy, nie wynosić stamtąd rzeczy, nawet drobnych - wyjaśnia.

W procesie zmiany mentalności i zachowań dużą rolę może odegrać kultura. - W Lublinie przeznacza się całkiem duże pieniądze na kulturę. Aby jednak korzystać z oferty kulturalnej, trzeba mieć zaspokojone podstawowe potrzeby. Kultura jest pomysłem na Lublin, bo pod względem przemysłowym nie możemy konkurować z chociażby z Wielkopolską. Mamy gorszą infrastrukturę, brakuje dojazdów i dobrych dróg. Posiadamy lotnisko, ale jego obecność nie przekłada się jakoś zaskakująco na rozwój przemysłu. Lublin ma kojarzyć się z kulturą i nie trzeba tego negatywnie odbierać. Bo przez kulturę można edukować społeczeństwo. I nie chodzi mi tu o kulturę polityczną - konkluduje A. Łukasik-Turecka.

Na koniec specjalistka od teorii polityki analizuje rolę duchownych w procesie edukacji i pojednania społecznego. - Duchowni nie powinni opowiadać się za żadną ze stron sporu, ale stanowić siłę łączącą. To pomoże w wizerunku Kościoła, jeśli jego przedstawiciele nie będą się utożsamiać z żadną opcją polityczną. Oczywiście, duchowni powinni mieć swoje poglądy polityczne, ale nie powinni ich wygłaszać z ambony. Tam powinna dominować Ewangelia - podsumowuje pani doktor.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama