Nowy numer 28/2018 Archiwum

Świat się skończył

„Wstawaj, Renia, ubieraj dzieci, Niemcy są we wsi”. Potem był ogień, świszczące kule i wieś przestała istnieć.

Wieś Sochy, 80 km od Lublina, 20 od Zamościa, licząca 88 domów. Z każdej strony otoczona pagórkami tworzącymi bajeczny krajobraz. O świcie 1 czerwca 1943 r. zboczami ze wzgórz zeszli Niemcy. Wszystkie zabudowania i wszystkie podwórka mieli jak na dłoni. Strzelali z karabinów maszynowych do uciekających ludzi, a kulami zapalającymi w domy. Gdy już znaleźli się na dole, dobijali mieszkańców i podpalali to, co zostało. Potem nadleciało dziewięć samolotów, które dokończyły dzieła. W domu Ferenców panowała cisza. Mieszkańców obudził jakiś niezwykły lęk. Co chwila słychać było dziwne trzaski. Kiedy matka z ojcem wyjrzeli przez okno, zobaczyli ogień we wsi i Niemców. Teresa Ferenc, zwana przez rodziców Renią, miała wtedy 9 lat. Mama podeszła do jej łóżka i powiedziała: „Wstawaj, Renia, ubieraj dzieci, Niemcy są we wsi”. To były ostatnie słowa w normalnym świecie. Niedługo potem ten świat przestał istnieć.

Dwie matki

Ona i jej młodsze rodzeństwo patrzyli na śmierć matki i ojca, na pożar wsi. Przeżyli cudem. Odeszli stamtąd jeszcze tego samego dnia w zupełnym milczeniu, mijając trupy i dopalające się belki. To, co widzieli, zmieniło nie tylko ich życie, ale i w przyszłości życie ich dzieci. Pisarka Anna Janko jest córką Teresy Ferenc. Całe jej dzieciństwo naznaczone było przeżyciami matki. Trauma, której doświadczyła Renia, przeszła na Annę. Może dlatego, kiedy dorosła, napisała książkę opowiadającą o zagładzie wsi Sochy i losach jej mieszkańców. To nie był tylko los jej rodziny, ale wszystkich sąsiadów ze wsi, ich rodzin i bliskich. Autorka przyznaje, że wydarzenia z Soch oddziaływały na nią tak mocno, jakby była osobiście świadkiem tego wszystkiego, co widziała jej mama. W książce „Mała zagłada” napisała: „Miałam przez to wszystko jakby dwie matki. Pierwszą: dorosłą kobietę, za którą tęskniłam, gdy wychodziła do sklepu, której się bałam, gdy wpadała w gniew, z której byłam dumna, bo nikt nie miał ładniejszej pani za matkę na całym podwórku. I drugą mamę miałam: małą dziewczynkę, której na wojnie zginęli rodzice, wciąż przerażoną i samotną, która kiedyś cierpiała głód i musiała pracować u złej ciotki, takiej, co biła i kazała nosić wiadra z wodą pod górę. Dla niej pójście po wojnie do domu dziecka było, paradoksalnie, największym szczęściem. To właśnie ta mama-dziewczynka nieraz kładła się na tapczanie w dzień i płakała, nie wiadomo dlaczego”.

Poranek w Sochach

1 czerwca 1943 roku. Renia wychodzi z domu z rodzicami i młodszym rodzeństwem. Wszyscy ludzie we wsi robią to samo. Ze wzgórz idą Niemcy i strzelają. Kule zapalające podpalają dom po domu. Anna Janko tak opisuje tamten poranek: „Dochodzimy do wąskiej dróżki, która dzieli nasze podwórko od sąsiadów, ja mam ze sobą niebieski fartuch ojca i po prostu rozkładam go na trawie. I siadam na tym fartuchu. Idzie żołnierz z płonącym wiechciem słomy, przykłada go do dachu domu obok. To dom kowala. Kowalowa stoi obok, przykłada ręce do głowy. Mój tata obok niej przy płocie parę metrów od nas. Tata pyta żołnierza, który stoi z karabinem, czy może wrócić do domu po pieniądze. Ten kiwa głową, że tak. Kowalowa mówi: »Nie idź«. Dach domu Kowalów pokrywa się prędkimi płomieniami, bo jest ze słomy. Nasz jest dranicowy, jeszcze się nie pali. To ta święta z obrazu go pilnuje. Wtedy mama mówi »Chyba tata nie żyje, bo upadł«. Patrzę, leży na ścieżce. Odszedł od płotu najwyżej pięć kroków. I już podchodzą Niemcy, dwóch w mundurach wojskowych. Jeden z nich mierzy z karabinu do mamy, która stoi po drugiej stronie ścieżki z moją siostrą na rękach. I ten żołnierz przesuwa lufę na dziecko. A wtedy ten drugi mu tę lufę w dół pchnął. Tylko ten gest mam w pamięci. Strzałów nie, jakby dźwięku żadnego nie było. Matka się osuwa. My z bratem na tym fartuchu dwa metry dalej. Wstaję i wtedy czuję, jakby wielka lodowa kropla przeleciała przeze mnie w środku i odtąd jestem całkiem kimś innym. Biorę za ręce brata i siostrę i idziemy ścieżką. Mijamy tatę. Nie zatrzymujemy się. W głowie mam jedno zdanie: jesteśmy sierotami”. Pisząc książkę „Mała zagłada”, Anna Janko chciała przywrócić pamięć o Sochach. Ta wieś pomiędzy Zamościem a Lublinem jest dziś nieznana szerszemu gronu. Mało kto o niej słyszał poza ludźmi z najbliższej okolicy, a to, co się tam wydarzyło, zasługuje na pamięć wśród wszystkich ludzi. Rocznica zagłady wsi jest okazją, by wykrzyczeć, że zdarzyła się tragedia, o której nie można zapomnieć.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma