Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wszystko można zacząć od nowa

Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy w Rejowcu. W budynku likwidowanej szkoły stworzono przed dwoma laty nowoczesną przestrzeń dla zagubionej młodzieży z całej Polski, która pod okiem specjalistów i wychowawców próbuje naprawić popełnione błędy. I już do nich nie wracać.

Ulica Przemysłowa w Rejowcu wygląda, jakby zatrzymał się czas. Wdziera się pomiędzy pola i zabudowania oraz drobne warsztaty. Zwieńcza ją pałacyk Ossolińskich, którego nazwa i historia budzą zdziwienie przyjezdnych, bo każdy jest przekonany, że mieszkał w nim Mikołaj Rej. Jednak największym zaskoczeniem na tej ulicy jest nowoczesny budynek, barwny i rozległy, w którym dokonuje się proces naprawy młodych ludzi, a w zasadzie próba ponownego przystosowania ich do życia w społeczeństwie. Ci są świadomi swych błędów, a przez to już mądrzejsi.

Błędy uczą

Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy w Rejowcu to połączenie szkoły, poradni specjalistycznych oraz domu. Młodzież, która tu trafia z terenu całej Polski, pochodzi z różnych rodzin, zarówno zamożnych, jak i biednych, pełnych miłości i takich, gdzie tego uczucia brak. Dlatego rolą dojrzałego społeczeństwa jest docenić istnienie takich ośrodków jak ten w Rejowcu i ich pracowników. Największym jednak zadaniem jest świadomość, że wszystko można zacząć na nowo, bo przecież każdy z nas uczy się na błędach. – Mnie nie przeszkadza ta młodzież. Dobrze, że jest ośrodek w Rejowcu, coś się dzieje, ludzie mają pracę, młodzi pomoc. Każdy w młodym wieku był niespokojny. Mój chrześniak był niezwykle drański, nie chciał chodzić do szkoły, często wdawał się w bójki, a teraz jest profesorem. Nie wolno człowieka oceniać pochopnie – tłumaczy pani Stanisława. Zdaniem pana Henryka ludzie dzisiaj panikują z byle powodu. – W telewizji i radiu cały czas słychać tylko o wypadkach, wojnach, morderstwach, o uchodźcach. I ludzie się boją wszystkiego. Mnie nikt nie przeszkadza. Słyszałem, że jest tu ośrodek dla dzieci, ale nic złego nie mogę powiedzieć o tym miejscu. Jak trzeba młodzieży pomóc, to dobrze, że jest ktoś, kto pomaga – wyjaśnia.

Odkryć człowieka

Ta szczególna placówka koedukacyjna, która wychowuje niejako na nowo młodych ludzi, rozpoczęła swe funkcjonowanie we wrześniu 2013 r. Przebywa tu 70 młodych osób. – Procedura założenia ośrodka, a więc również szkół w nim funkcjonujących, czyli gimnazjum, liceum, technikum i szkoły zawodowej, nie była łatwa, ale udało się zrealizować ten pomysł. Do naszego ośrodka wychowawczego młodzież trafia na mocy postanowienia sądu – wyjaśnia Monika Tofil, dyrektor Niepublicznego Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Rejowcu. Niektórzy podopieczni przybyli tu z domów dziecka, są też dzieci z rodzin niepełnych, ale i pełnych, a w dodatku bardzo dobrze sytuowanych. – Pierwszym podstawowym błędem naszych podopiecznych było to, że nie chodzili do szkoły, a wiadomo, że obowiązek szkolny istnieje. Rodzice nie byli w stanie wyegzekwować zmiany zachowania swoich dzieci, dodatkowo pojawiły się w niektórych przypadkach drobne wykroczenia albo złamanie prawa. Gdy nawet nadzór kuratora jest niewystarczający, to taki młody człowiek trafia do ośrodka wychowawczego, bo tu jest możliwość ukończenia szkoły. Zdarza się również, że trafia do nas młodzież uzależniona lub po uzależnieniach. Dlatego mamy odpowiednią kadrę w postaci psychologa, pedagoga i terapeuty – dodaje M. Tofil. W trzech grupach wychowawczych chłopców i w trzech grupach dziewcząt, które nie mogą przekroczyć dwunastu osób, odbywa się codzienna praca, którą koordynuje 26 wychowawców i 16 nauczycieli. – Często powtarzam naszym dzieciom, że jest to szkoła z internatem, bo zgodnie z procedurami większość dzieci wyjeżdża na weekendy i święta. Ci, którzy nie chcą się dostosować do wszystkich reguł, niestety, nie mogą korzystać z ulg. Czasami zdarza się, że ktoś ucieknie z ośrodka do domu rodzinnego, w którym jest chłodno i głodno, gdzie nikt na niego nie czeka. Trudno to tak zwyczajnie wytłumaczyć. Takie zachowania są naturalne, jednak dla mnie to zawsze powód do przemyśleń i mobilizacji, by jeszcze lepiej dotrzeć do takiej osoby. Ktoś, kto podejmuje taką pracę, wkłada całe serce w wychowanie młodych ludzi – podkreśla pani dyrektor. Zdaniem Moniki Tofil niektóre przepisy administracyjne i prawne są jednak wadliwe i mało praktyczne w tej materii. – Jeżeli podopieczny kończy 18 lat, musi ośrodek opuścić. Trzeba się zastanowić, dokąd wracają ci młodzi ludzie. Często jest to dokładnie to samo środowisko, w którym wpadli w kłopoty. Jeżeli nie ma później współpracy z rodziną, troski ze strony najbliższych, cały trud wychowawczy może pójść na marne – konkluduje.

Czas naprawy

Mikołaj jest gimnazjalistą. Wygląda na bardzo sympatycznego. Opowiadając swoją historię, czasami się uśmiecha. Bardzo lubi sport, gra w piłkę, a ostatnio stanął na podium w zawodach w wyciskaniu sztangi. Trenerką, a jednocześnie wychowawczynią, która umożliwia mu realizowanie pasji, jest Sylwia Sowa. – Jestem z Lublina. Trafiłem tu, bo nie chciałem chodzić do szkoły. Rozdzielono naszą klasę z podstawówki, więc spotykaliśmy się z kolegami w domu i graliśmy na konsoli, zamiast iść do szkoły. Dopiero na wywiadówce wyszło, że nie chodziłem do szkoły. Potem pojawiło się pismo z sądu. Dostałem też kuratora. Gdy przyszło skierowanie do ośrodka wychowawczego, nie chciałem tam iść, ukrywałem się nawet przed policją. Nikt z bliskich nie wiedział, gdzie wtedy byłem. W chwili gdy dowiedziałem się, że odwołano moje skierowanie do ośrodka wychowawczego, wróciłem na święta Bożego Narodzenia do domu. Już w nowym roku przyszło wezwanie do kolejnego ośrodka wychowawczego, tym razem do Rejowca. Postanowiłem, że się zgłoszę – opowiada. Mówi, że w domu niczego mu nie brakowało, choć wcześnie zmarł mu tata, a mama wyjechała za granicę do pracy. Chłopca wraz z rodzeństwem wychowywała babcia, z którą miał dobre relacje. Jednak wpływ rówieśników był silniejszy. – Zamierzam skończyć szkołę, nie popełniać podobnych błędów i wziąć odpowiedzialność za swoje życie – tłumaczy Mikołaj. Podkreśla, że atmosfera w ośrodku jest życzliwa, zarówno wśród podopiecznych, jak i wychowawców. – Gdy przychodzi do nas ktoś nowy, rozmawiamy ze sobą, dzielimy się swoimi doświadczeniami i staramy się, aby nikt nie czuł się odrzucony – podsumowuje. W ośrodku wychowawczym w Rejowcu od roku mieszka również Paulina. Ma 16 lat i pochodzi z województwa podkarpackiego. – Nie chodziłam do szkoły, bo koleżanki wagarowały, a ja byłam bardzo uległa. Rodzice dowiedzieli się od nauczycieli. Stracili do mnie zaufanie, tym bardziej że rodzeństwo zachowywało się poprawnie – opowiada Paulina. Do końca nie wierzyła, że trafi do ośrodka wychowawczego, bała się przekroczyć mury instytucji, której nie znała. Rzeczywistość jednak okazała się dużo łatwiejsza niż jej wyobrażenia. – Z pewnością twarde zasady i ograniczenia spowodowały szok, ale już przywykłam do tego rytmu. Tutaj, w ośrodku w Rejowcu, doceniam możliwość uczestniczenia w kołach zainteresowań. Angażuję się w hipoterapię i arteterapię. Dużą frajdę sprawiają mi jazda konna i to, że mogę rozwijać swoje zdolności kulinarne – dodaje.

Nauczyciel i wychowawca

Aby być pracownikiem w młodzieżowym ośrodku wychowawczym w Rejowcu, trzeba mieć wysokie kwalifikacje i serce do pracy z młodzieżą, która ma bolesne doświadczenia. Należy pamiętać, że zazwyczaj ci młodzi ludzie, do których dorośli stracili zaufanie, wcześniej nie mieli wystarczającego wsparcia w dorosłych. Sylwia Sowa pracuje w ośrodku od początku jego istnienia. Trudno to nazwać pracą, bo jak sama podkreśla, po powrocie do domu myśli o swoich podopiecznych i ich sprawach. – Uczę wychowania fizycznego w szkole i jestem wychowawcą w internacie. Nie mam problemów na lekcjach ani na dyżurze. W kontakcie z młodzieżą zauważa się ich różne potrzeby. Trzeba być trochę mamą, trochę przyjaciółką, a trochę nauczycielem. Proporcje samemu trzeba określić. Jednych trzeba pocieszyć, przytulić lub jakoś wesprzeć, a innych zganić czy napomnieć. To zależy od sytuacji – tłumaczy. Pani Sylwia podkreśla, że praca z wymagającą młodzieżą uczy pokory i dystansu do siebie. – Moja praca mobilizuje mnie, by zapalić w podopiecznych chęć przemiany, dać im nowy impuls, by mogli być szczęśliwi, realizując swoje pasje. Zamierzamy wraz z Mikołajem w przyszłym roku poprawić wynik w zawodach z wyciskania sztangi. Jednak najważniejsza jest dla mnie świadomość, że odpowiadam za czyjeś dzieci – tłumaczy.

To nie poprawczak

Znajomi pani Sylwi pytają, czy się nie boi pracować w ośrodku. Niestety, w społeczeństwie utrwalił się stereotyp, że ośrodek wychowawczy to miejsce, które należy omijać szerokim łukiem. Ponadto nieznajomość tematu przyczynia się w niektórych środowiskach do utrwalania niepotrzebnych postaw lęku czy nieufności wobec ośrodka w Rejowcu. Należy dodać, że dużą krzywdę podopiecznym, kadrze wychowawców i dyrekcji niejednokrotnie uczynili niekompetentni lokalni dziennikarze, określając miejsce mianem poprawczaka. Tymczasem społeczność ośrodka wychowawczego w Rejowcu coraz częściej wychodzi na zewnątrz, dokonuje się swoista integracja z lokalnym środowiskiem poprzez festyny, udział młodzieży w konkursach i olimpiadach. – Jest mylne pojęcie o ośrodku. Często porównuje się nas do poprawczaka, co jest krzywdzące i nieprawdziwe. Dużo się w tym temacie zmienia, zwłaszcza przez nasz udział w akcjach charytatywnych. Ostatnio braliśmy udział w biegu Caritas w Chełmie. Podczas dyżurów wychodzimy z młodzieżą na spacery na zewnątrz, więc mieszkańcy pozbywają się nieuzasadnionego lęku – wyjaśnia S. Sowa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama