Nowy numer 33/2020 Archiwum

Jak mam to wszystko zrozumieć bez Boga?

Życie. Widziała śmierć, łuny płonących wsi, słyszała krzyki mordowanych i czuła strach. Jej życie to jedna wielka tułaczka. Miłosierdzie Boże to dla niej nic innego, niż opieka ze strony Tego, który nie pozwala stracić wiary w ludzi.

Dla Boga nie ma granic. Każdy, kto Go słucha będzie do Niego podobny. Pośród całego zła i podłości, jest to jak światło, jak nadzieja, taki wewnętrzny sens świata. Gdybym miała powiedzieć czym jest miłosierdzie, to patrząc na całe swoje życie, powiedziałabym: to pewna nadzieja, że Bóg da wystarczająco sił by pozostać człowiekiem – mówi Janina Madej z Chełma. Mieszka w jednym z bloków za stadionem „Chełmianki”. Opowiada o swoim życiu bez patosu, ani wyższości czy goryczy. Cieszy się swoimi bliskimi i tym, że jeszcze dopisuje jej zdrowie. Gdyby chcieć opisać jej życie szczegółowo, ktoś mógłby nie uwierzyć, że ta kobieta to wszystko udźwignęła.

Ona traktuje swą historię, jak jedną z wielu, które przydarzyły się ludziom tamtej epoki. Opowieść Janiny Madej jest raczej nadzieją i umocnieniem dla tych, którzy łatwo się poddają i ulegają złudzeniu, że szczęśliwe życie to takie, które jest wyłącznie łatwe i przyjemne. O Miłosierdziu Bożym niewiele powie ten, kto go nie doświadczył.

Wasylówka – dzieciństwo

– Rodzice codziennie wieczorem gotowali. Ale rano jedzenia nie było, choć nikt do nas w międzyczasie nie przychodził, mieliśmy psa, szczekałby – zaczyna swoją opowieść. – Mieszkaliśmy wtedy w Wasylówce, w gminie Rożyszcze na Wołyniu. Dowiedziałam się, że rodzice pomagali tamtejszym Żydom. Byłam dumna, że wiem i nikomu nie zdradzam mojego sekretu. Nie wiem niestety, czy moi rówieśnicy żyją, co się z nimi stało, bo wtedy nikt nie miał pewności, że dożyje kolejnego dnia – opowiada Janina Madej. Była najstarsza z rodzeństwa. Według dokumentów urodziła się w Olganówce w 1936 r. w gminie Rożyszcze. Ojciec, Stanisław Maciążek, gwarantował rodzinie stabilność i dobry poziom życia. Mieszkali w niewielkim domu, mieli własne gospodarstwo i porządnego konia. – Rodzina mamy mieszkała na Mazowszu, rodzice ojca z kolei w Lublinie. Nie wiem, nie zdążyłam spytać ojca jak to się stało, że zamieszkali na Wołyniu – zasmuca się.

Czas rzezi

– Usłyszałam od sąsiada, że zabiją wszystkich Lachów. Bałam się tych słów, ale ich nie rozumiałam do końca. Gdy rozpoczęły się rzezie na Wołyniu, to nie nocowaliśmy nigdy w domu. Mama nas ubierała i razem z innymi kobietami i dziećmi z okolicy jechaliśmy do Rożyszcz. Nocowaliśmy w różnych miejscach, czasami były to domy żydowskie, czasami inne. Spaliśmy na podłodze, jeden przy drugim. Przed snem modliliśmy się wszyscy na głos. Był wielki strach i lęk – opowiada. Mężczyźni z Wasylówki, w tym ojciec Janiny, stworzyli swoisty ruch oporu przeciw oddziałom nacjonalistów ukraińskich i pilnowali wsi przed spaleniem i ograbieniem. – Pamiętam do dzisiaj łuny płonących wsi i krzyki ludzi. Wiem jak mordowano Polaków. choć byłam dzieckiem, nie uniknęłam pewnych obrazów i wiadomości. Nie wiem jakim cudem Wasylówki nie spalono, nikt z naszych bliskich nie został zamordowany. Może dlatego, że mężczyźni w nocy pilnowali gospodarstw– zastanawia się Janina. Gdy wszystko ustało, ojca wezwano do wojska.

Przesiedlenie

W Wasylówce Janina z rodzeństwem i matką mieszkała do 1945 r. Ojciec zginął w 1944 r., jako żołnierz polski, został pochowany w Nałęczowie. – Gdy go zabrakło zaczęliśmy odczuwać biedę. Dostaliśmy wreszcie ultimatum od władz, że albo przyjmujemy nowe porządki, język i kulturę, albo wyjeżdżamy. Było nas, Polaków, na Wołyniu dużo. Część pojechała transportem kolejowym na Śląsk, a nas i pozostałych zawieźli do Barczewa, w okolice Olsztyna. Jechaliśmy pociągiem bardzo długo. Pamiętam płacz mamy i nasz płacz. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą. Potem mieszkaliśmy na dworcu przez dwa tygodnie, tłumy ludzi – opowiada. Mówiono im, że każdy dostanie mieszkanie. – Przyszli jacyś ludzie i kazali każdemu szukać mieszkania. Tam, gdzie było puste – tam się szło. Znaleźliśmy dom w Lamkowie. Pamiętam, że po jakimś czasie przyjechał mój dziadek, ze strony matki. Mówił, że jakoś damy sobie radę, że mama będzie gospodarzyć na tych trzech hektarach, że nie będziemy głodni, że nam pomoże. Ale zaraz zmarł i wcale nie było tak kolorowo jak mówił – kontynuuje opowieść.

Warmia-młodość

Część gospodarstw w Lamkowie, w języku niemiecki Lemkendorf, była opuszczona, część zamieszkała przez „tamtejszych” – czyli Warmiaków. – Mieli polskie nazwiska, a mówili po niemiecku. Ksiądz mówił po polsku i po niemiecku. Zakonnice po polsku nie umiały. Na religii w kościele siedzieliśmy rzędami, w jednym rzędzie dzieci, które mówiły po polsku, w drugim te, które mówiły po niemiecku. Ksiądz mówił na zmianę. Jedna Msza św. w niedzielę była po polsku, druga po niemiecku. Ale czasami ksiądz na kazaniu mówił w obu językach. Było to dla wszystkich normalne, żyliśmy zgodnie, z szacunkiem. Dobrze nam się żyło, nie było żadnych konfliktów– opowiada. Szkołę Janina Madej wspomina również bardzo pozytywnie. Podkreśla, że autochtoni byli mili i otwarci. Nie stwarzali barier, byli pomocni. – Przyjechaliśmy z małymi walizeczkami ze Wschodu, nie mieliśmy dobytku, ani majątku tak jak Warmiacy. Byli to ludzie gospodarni i pobożni, pracowici. Czuliśmy się biedniejsi, ale nie dali nam powodu byśmy czuli się gorsi. Była też pomoc sąsiedzka– precyzuje. Bieda ustąpiła, gdy rodzeństwo Janiny podrosło i mogło pomagać matce w gospodarstwie. Mama nie wyszła po raz drugi za mąż. – Powtarzała: „Męża łatwo bym sobie znalazła, ale ojca dla trójki dzieci to ja nie znajdę”. Miała trzydzieści dwa lata, gdy została wdową z trójką dzieci, ale była dzielna, nie poddawała się, ciężko pracowała. Nauczyłam się męskich prac, żeby pomagać. Zazdrościłam innym dzieciom, że razem z rodzicami mogą iść do kościoła, a my chodziliśmy oddzielnie, bo trzeba było na zmianę pilnować gospodarstwa. Mama zmarła w 2001 r. Została pochowana w Lamkowie, to było jej życzenie – wyjaśnia pani Janina.

Olsztyn–Chełm

Do szkoły średniej Janina chodziła w Olsztynie. Zrobiła małą maturę w technikum handlowo-gastronomicznym przy ul. Stalingradzkiej. – Rano szło się do szkoły, był to cały rytuał. Wstępowało się najpierw do kościoła, potem do piekarni po bułeczkę i na lekcje – opowiada. Postanowiła za namową babci z Lublina wyjechać do miasta nad Bystrzycą. Zamieszkała u babci, ale ta niedługo zmarła. Więc zmuszona była przenieść się do jej siostry, która mieszkała w Chełmie. Tam poznała swojego przyszłego męża. – Marian też pochodził z Wołynia, z Kamienia Koszyrskiego. Wyjechał stamtąd tylko z ojcem i rodzeństwem. Matkę zastrzelił nacjonalista ukraiński, gdy ta karmiła piersią najmłodszą siostrę na podwórku. Rozmawialiśmy o historii, ale nie za często, było to zbyt bolesne dla nas. Ja byłam na Ukrainie tylko raz, wyjazd zakończył się dla mnie powrotem bolesnych wspomnień i przeżyć. Gdy przekroczyłam granicę bałam się oddychać, to dziwne, ale niestety tak zareagowałam. Mój mąż inaczej, był silniejszy. Ale też tylko raz odwiedził Kamień Koszyrski. Poznał w Chełmie pewnego Ukraińca i zaprzyjaźnił się z nim. Zapraszał go wraz z żoną do nas do domu. Nie mieliśmy z tymi relacjami problemu – opowiada.

Pokój i zgoda

Janina Madej należy do kółka różańcowego, chodzi do kościoła na „Górkę”. Mówi o sobie, że czasami brakuje jej wiary. Nie radzi sobie natomiast z narzekaniem ludzi. – Wiele razy powtarzałam sobie w duchu: „Bądź wola Twoja”. Ktoś mógłby powiedzieć, że moje życie to pasmo trudności i nieszczęść. Bo jak już żyłam spokojnie w Chełmie, to zachorowałam na raka. Skończyło się usunięciem piersi. Ale dziękuję Bogu za wszystko, bo ja żyję, a wiele kobiet, które miały łagodniejsze nowotwory już nie. Teraz żałuję, że wtedy, w 1995 r. nie podziękowałam lekarzowi, a przecież wykonał dobrą operację – zasmuca się. Podkreśla, że nabrała pokory przez te wszystkie doświadczenia, dystansu do siebie i do innych. Powtarza przy tym, że ludzie mają zbyt wiele rzeczy, że nie doceniają piękna życia i obecności bliskich. – Miłosierdzie to budowanie zgody i pokoju. Być miłosiernym to umieć przebaczyć, to też umieć gorzko zapłakać. Nigdy nie będę narzekała, bo Bóg jest dobry, nawet jeśli nie wszystko jest zrozumiałe. Bez Boga nie zrozumiałabym swojego życia, trudno by było widzieć w tym wszystkim jakiś sens – podsumowuje z uśmiechem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama