Nowy numer 44/2020 Archiwum

Trzeba dostrzegać więcej

Św. Wincenty à Paulo i św. Ludwika często powtarzali, że to nie oni założyli Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia, zwane szarytkami. Zrealizowali tyko Boży plan, by pomagać tym najsłabszym.

Kiedy pierwsze siostry przyjechały do Lublina na zaproszenie pań z Towarzystwa Miłosierdzia, poszły do pracy z ubogimi, chorymi i sierotami. – Zawsze takie było nasze zadanie – by pracować z tymi, którzy mają się źle. W różnych okresach historii różnie nasza praca wyglądała, ale zawsze była to posługa na rzecz najsłabszych – mówi siostra Elżbieta, przełożona lubelskiej wspólnoty. W Lublinie, dokąd przybyły w 1730 roku, zaczęły pracę w szpitalu. Opiekowały się także porzuconymi dziećmi i chorymi z ulicy. – Siostry widziały też potrzebę zajęcia się młodymi, biednymi kobietami, które nie posiadały żadnego zawodu, więc nie były w stanie się utrzymać. To z myślą o nich otwarto nasz dzisiejszy dom przy ulicy Dolnej 3 Maja, by uczyć je szycia, haftu, gotowania. To dawało im możliwość zarobkowania, ale także przygotowywało do małżeństwa – opowiada s. Elżbieta.

Nowe zadania

Sytuacja zmieniła się w czasie wojny, kiedy nagle przybyło sierot, które zostały bez opieki i środków do życia. Wtedy siostry zajęły się także nimi. Powojenne czasy jednak znów zmieniły sytuację i ówczesne władze zabrały siostrom osierocone dziewczęta. W zamian przekazały im dzieci z upośledzeniem umysłowym. Siostry przyjęły to nowe zadanie z taką samą miłością jak wszystkie dotychczasowe w swej historii. Dziś dom sióstr miłosierdzia w Lublinie to Specjalny Ośrodek Wychowawczy, w którym prowadzony jest internat dla 20 dziewcząt i 20 chłopców, którzy z różnych przyczyn wymagają dostosowania warunków nauczania i dodatkowego wsparcia. – Nie zastępujemy tym dzieciom rodziny, bo każde z nich taką posiada i nawet jeśli to rodzina trudna, to dzieci bardzo ją kochają. Często się zdarza, że deficyty, jakie dzieci posiadają, odziedziczyły po swoich rodzicach, co oznacza, że nie zawsze najbliżsi są w stanie odpowiednio zająć się dziećmi z niepełnosprawnością intelektualną. My staramy się pomagać i wspierać, a nie zastępować – podkreśla s. Katarzyna, jedna z wychowawczyń. Do sióstr trafiają dzieci w różnym wieku. Najmłodsze mają 7 lat i zaczynają swoją edukację, najstarsze są dorosłe i właśnie kończą szkołę. – Każde z naszych dzieci chodzi do odpowiedniej dla siebie placówki. Do nas wraca po zajęciach, jak to zwykle jest w przypadku internatu. Wtedy ma czas na odpoczynek, ale także na odrabianie lekcji, wypełnianie obowiązków i codzienne spotkanie w swojej grupie terapeutycznej, do której każdy jest przypisany według swego wieku i możliwości – mówi siostra przełożona. Na weekend dzieci wracają do swoich rodzin.

Służba pociąga

Rodziny są różne. Jedne radzą sobie lepiej, inne gorzej. Każda jednak boryka się z jakimś problemem. – Choć nasza praca obejmuje przede wszystkim dzieci, staramy się także wspierać ich rodziny. Zapraszamy je do nas, organizujemy rekolekcje, czasem odwiedzamy i jeśli mamy taką możliwość, niesiemy konkretną pomoc – mówią siostry. Dla każdej z nich dawanie siebie drugiemu to codzienność, na jaką się zdecydowały, wstępując do tego właśnie zgromadzenia. – Kiedy jako młoda dziewczyna odczytywałam w swoim sercu, że Jezus mnie powołuje, chciałam służyć Mu w takim miejscu, gdzie są ubodzy, chorzy, opuszczeni. Znałam wcześniej siostry szarytki i zachwycało mnie to, że podejmują się prac w miejscach po ludzku trudnych, często naznaczonych cierpieniem, i przy tym niosą ludziom radość, a przez proste codzienne uczynki realizują miłosierdzie w praktyce – przyznaje s. Katarzyna.

Rewolucyjne zasady

Żadna z szarytek nie oczekiwała pracy łatwej i spokojnego życia w zamknięciu, gdzie będzie mogła oddać się kontemplacji. – Na tym polegała rewolucyjność św. Wincentego à Paulo. Do czasów założenia sióstr miłosierdzia nie było czynnych żeńskich zakonów. Każdy, nawet nowo powstający, miał w swojej regule odcięcie się od świata i poświęcenie modlitwie. Tymczasem św. Wincenty widział, jak na ulicach Paryża bardzo potrzeba iść do biednych – opowiadają swoją historię siostry. Zapowiedzią zgromadzenia było założenie Bractwa Miłosierdzia. Pracowały w nim Panie Miłosierdzia, które dawały datki dla ubogich, ale ich najbliżsi nie godzili się na ich bezpośrednie zaangażowanie na ulicy. Panie wyręczały się swoją służbą, skutkiem czego ubodzy nie otrzymywali stosownej opieki. Wówczas do św. Wincentego zgłosiła się wiejska dziewczyna Małgorzata Nassau, przekonana o swoim powołaniu do służenia ubogim. Gdy po niej zgłaszały się inne, św. Wincenty polecił je opiece św. Ludwiki de Marillac, aby przygotowała je do posługi biednym we współpracy z Paniami Miłosierdzia. Dziewczęta te przyjęły nazwę sióstr miłosierdzia. By uniknąć zamknięcia za klauzurą, postanowiono, że siostry nie będą składać ślubów wieczystych. Dziś jest to jedyne zgromadzenie, które w swojej regule nie ma takich ślubów. Nie przeszkadza to jednak w okazywaniu miłosierdzia potrzebującym niezmiennie od 300 lat.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama