Nowy numer 44/2020 Archiwum

Bramki są dwie

Z ks. Emilem Kancirem, kapitanem reprezentacji księży archidiecezji lubelskiej, wikariuszem parafii św. Jana Pawła II w Lublinie – o powołaniu, radości z bycia księdzem, zamiłowaniu do sportu – rozmawia ks. Rafał Pastwa.

Ks. Rafał Pastwa: Od kiedy grasz w piłkę?

Ks. Emil Kancir: Odkąd pamiętam.

Urodziłeś się i wychowałeś w Tyszowcach na Zamojszczyźnie. Miejscowość ta słynie z niezwykłych butów.

Niegdyś w Tyszowcach było wielu szewców. Szyli bardzo wytrzymałe buty dla polskiej armii, tzw. tyszowiaki. W muzeach można je nadal zobaczyć. Nie miały one wersji prawej i lewej, każdy egzemplarz pasował na obie nogi. Tyszowce stały się słynne także dzięki świecom z czasów potopu szwedzkiego. W 1655 r. została zawiązana konfederacja tyszowiecka przeciwko Szwedom. Na pamiątkę tego wydarzenia odlano największe w Polsce świece. Do dzisiaj są używane. Zapala się je podczas najważniejszych uroczystości kościelnych i państwowych.

Po maturze zdecydowałeś się wstąpić do seminarium duchownego. Wybrałeś seminarium lubelskie…

Tego nie da się do końca wytłumaczyć. Większość księży, których znałem, to byli księża pochodzący z diecezji lubelskiej. Grałem z nimi w piłkę, rozmawiałem. Nie wskazywali mi konkretnego seminarium, ale chciałem być w pewnym sensie jak oni. Powołanie to tajemnica. Oczywiście zadawałem sobie pytanie, czy jako kleryk i ksiądz będę mógł grać w piłkę. Stwierdziłem, że będzie to możliwe. Dzięki temu łatwiej mi było podjąć decyzję o wstąpieniu do seminarium. Idąc tam, nie miałem poczucia, ze rezygnuję z mojej pasji, z czegoś, co kocham i co daje mi satysfakcję.

A w seminarium?

Zderzyłem się z rzeczywistością, bo nie było tak kolorowo z możliwością uprawiania sportu. Trzeba było wiele wysiłku, żeby pokonać różne przeciwności. Nie mieliśmy boiska do gry w piłkę. Nie było sali gimnastycznej, choć po latach powstała. Trzeba było przekonywać wychowawców i wykładowców, żeby zwolnili nas na treningi czy na mecz. Z czasem zrodziła się w seminarium atmosfera przychylniejsza wobec sportu, również z tego względu, że mój rocznik nie miał problemów z nauką, zaliczaniem egzaminów czy z kwestiami dotyczącymi pobożności i dyscypliny. Księża wyświęceni w 2005 r. byli zdecydowanie rocznikiem sportowym, co miało wpływ na spojrzenie wychowawców. Także jeden kleryk greckokatolicki prezentował bardzo wysoki poziom piłkarski.

Podczas turniejów piłkarskich nie zawsze było łatwo grać ze świadomością reprezentowania drużyny seminaryjnej?

Było to podwójnie wymagające. Po pierwsze chcieliśmy pokazać, że nie jesteśmy gorsi od innych studentów, często z nimi zresztą wygrywaliśmy. Po drugie nie chcieliśmy odpowiadać agresją na agresję przeciwnika, niekiedy trzeba było dać świadectwo kultury osobistej i chrześcijańskiej. Wymagało to od nas podwójnego wysiłku, nie mogliśmy i nie chcieliśmy iść na skróty.

Czy sport to w jakimś sensie pomoc w realizowaniu zadań duszpasterskich?

Powołanie do kapłaństwa jest darem od Boga, jest tajemnicą. Tak samo jesteśmy obdarowywani różnego rodzaju talentami i zdolnościami. Moim wielkim zainteresowaniem i pasją jest piłka nożna. I wiem, że Bóg nie chce, abym z tego rezygnował w moim życiu i posłudze. Uważam, że to mi w duszpasterstwie nie przeszkadza, a jedynie może pomóc. Jeśli tylko uprawianie sportu nie koliduje z moimi obowiązkami, staram się być aktywny, zachęcam również do aktywności fizycznej parafian, zwłaszcza młodych ludzi.

Sport uczy pokory. Nie ma taryfy ulgowej dla księdza, prawda?

Dokładnie. Sport uczy życia. Pokory również. Trzeba włożyć mnóstwo wysiłku w to, aby osiągnąć wynik. Piłkę nożną uprawia się przecież po to, by wygrywać i zachwycać się jej pięknem. W grze zespołowej najfajniejsze jest, że tak samo jak zwycięstwa i porażki potrafią jednoczyć.

Za Tobą i pozostałymi księżmi reprezentującymi naszą archidiecezję kolejne mistrzostwa Polski księży w piłce nożnej halowej. Zajęliście czwarte miejsce. Byliście jednak już mistrzami Polski i wicemistrzami. Nie czujecie zawodu?

Czwarte miejsce to też sukces. Nie nastawialiśmy się jednak na zdobycie mistrzostwa, za wszelką cenę. Cieszymy się z budowania więzi, z tego, że możemy być wspólnotą, że mamy czas dla siebie na rozmowę, na sport i wymianę doświadczeń. To sport drużynowy, nie zrobi się tu nic w pojedynkę.

Jesteś radosnym księdzem?

Pewnie. Cieszę się, że jestem księdzem. Cieszę się, gdy ludzie dziękują za sakramenty, za kazanie. Staram się zauważać potrzeby duchowe osób, które przychodzą do kościoła. Staram się też uważnie słuchać. Ludzie podkreślają, że chcą słuchać o sprawach dotyczących ich życia, a nie czegoś, co nie dotyczy ich codzienności.

Organizujesz również młodzież na ŚDM…

Zamierzamy przyjąć kilkadziesiąt osób z zagranicy w naszej parafii. Te, które jadą do Krakowa na spotkanie z młodzieżą całego świata i papieżem Franciszkiem, są również zaangażowane w wolontariat, bo chcą pomóc zorganizować spotkanie w naszej archidiecezji.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama