Nowy numer 48/2020 Archiwum

Katolicy z salonu piękności

O wierze i motywach przyjazdu do Polski opowiadają uczestnicy Światowych Dni Młodzieży z Karagandy.

Ks. Tomasz Sadłowski, marianin, w Kazachstanie pracuje od 3 lat.   Ks. Tomasz Sadłowski, marianin, w Kazachstanie pracuje od 3 lat.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość
Ks. Tomasz Sadłowski, marianin, w Kazachstanie pracuje od 3 lat.

– Nie ma kalki, którą można przyłożyć, i Kościół będzie działał tak samo wszędzie. Trzeba się uczyć realiów nowego kraju i poznawać mieszkających tam ludzi. Inaczej się nie da. Kazachstan jest młodym krajem bez historii, do której można się odwołać. Większość jego mieszkańców to przesiedleńcy, którzy zostali tu sprowadzeni za czasów ZSRR. Mieli pracować w kopalniach, które wówczas tu powstawały. Może dlatego, choć oficjalnie 80 proc. społeczeństwa to muzułmanie, większość ludzi jest niewierząca. O Jezusie nie można mówić poza murami kościoła. Religia, każda religia, jest przez prawo zamknięta na swoim podwórku. Wyjście na ulice, by ewangelizować, jest niemożliwe. Mimo wszystko przez codzienną pracę, opiekę nad dziećmi, dawanie im obiadu otwieramy je na Boże działanie. Mamy przypadki, że młodzi chcą się ochrzcić, bo patrząc na codzienne życie katolików, wydawałoby się: ukryte, czują się pociągnięci.

 

 

 

Laryssa, 26 lat, pracuje w salonie piękności.   Laryssa, 26 lat, pracuje w salonie piękności.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość
Laryssa, 26 lat, pracuje w salonie piękności.

– Kiedy ktoś dowiaduje się, że jestem katoliczką, często słyszę pytanie, czy katolicy mogą pracować w salonie piękności. Wiedza na temat tego, w co wierzę i na czym polega życie katolika, jest w Kazachstanie bardzo mała. Ja mam to szczęście, że moja rodzina jest wierząca, choć prawdę mówiąc, może trudno powiedzieć, że wszyscy mamy jakąś szczególną relację z Panem Bogiem. Moja tradycyjna wiara, przekazana mi przez babcię i rodziców, ożyła dopiero wtedy, gdy pierwszy raz pojechałam na Światowe Dni Młodzieży do Madrytu. Wówczas trochę przypadkiem, z ciekawości. I właśnie wtedy Pan Bóg poruszył i przemienił moje serce. Zrozumiałam, że wierzyć w Jezusa to żyć Nim na co dzień, także w moim salonie piękności. Dlatego przed wyjazdem do Polski długo się przygotowywałam, modliłam i nie mogłam się doczekać poruszenia serca, jakie daje mi modlitwa w tak wielkiej wspólnocie wierzących. Przyjeżdżając do Lublina, czułam się podekscytowana. Pójście na Arenę Lublin i udział we Mszy św. na stadionie był niesamowity. U nas na stadionie może być tylko mecz.

 

Roman, 26 lat, inżynier w Karagandzie.   Roman, 26 lat, inżynier w Karagandzie.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość
Roman, 26 lat, inżynier w Karagandzie.

– To moje drugie Światowe Dni Młodzieży. Pierwszy był Madryt. Przypadkowy, przyznaję. Byłem katolikiem tradycyjnym. U nas trudno o jakieś uniesienia wiary, gdy dokoła sami niewierzący lub muzułmanie. O Bogu się nie rozmawia, a jak w kościele w niedzielę jest 50 osób na Mszy, to znaczy, że jest tłum. Pojechałem do Madrytu trochę jak na wycieczkę. A tam bach! Pan Bóg pokazał mi, jak wiara może być radosna, jak umie przemienić człowieka, dać poczucie wolności i godności. Wróciłem do Karagandy odmieniony. Wszyscy pytali mnie, co mi się stało, a ja nie umiałem milczeć. Wiem, że patrzyli na mnie jak na szalonego, ale nie przeszkadza mi to. U nas nie należy do rzadkości wyśmiewanie się z kogoś, kto otwarcie przyznaje się do wiary, ale Jezus nie mówił, że pójść za Nim będzie łatwe. Wydaje mi się, że jestem silny w wierze, ale umocnić się nie zaszkodzi. Dlatego od początku wiedziałem, że zrobię wszystko, by przyjechać do Polski, znów doświadczyć wspólnoty. Posłuchać papieża, pomodlić się w kraju Jana Pawła II.

 

 

Irina, 18 lat, studentka.   Irina, 18 lat, studentka.
Agnieszka Gieroba /Foto Gość
Irina, 18 lat, studentka.

– To moje pierwsze ŚDM. Kiedy dowiedziałam się, że będą w Polsce, poczułam niewytłumaczalne przekonanie, że będę na nich obecna. Kiedy powiedziałam o tym mojej mamie, popatrzyła na mnie zdumiona i powiedziała, że to raczej niemożliwe z różnych względów, głównie finansowych. Wiedziałam jednak, że Pan Bóg chce mnie w Polsce widzieć i da mi jakoś potrzebne fundusze. Tak się stało. Im bliżej było wyjazdu, tym większe miałam przekonanie, że właśnie w Polsce Pan Bóg przygotował dla mnie wielkie rzeczy. Tak też było. Wystarczyła pierwsza Eucharystia po przyjeździe do Lublina, bym zobaczyła, że moje różne relacje ze znajomymi czy rodziną przysłaniają mi Pana Boga. Zdecydowałam, że chcę oddać Mu całe życie, chcę, by On mnie prowadził. To wyzwoliło we mnie taką radość i entuzjazm, że się to wszystko we mnie nie mieści, chcę się tym dzielić z innymi. Z pewnością po powrocie do domu opowiem o Mszy na stadionie, przedstawieniu o Abrahamie, który szedł między ludźmi po płycie stadionu, wielkiej monstrancji niesionej przez czterech diakonów. Nigdy takiej nie widziałam. Kiedy ją zobaczyłam, miałam wrażenie, że Bóg jest na wciągnięcie ręki.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama