Nowy numer 44/2020 Archiwum

Przez trudy do gwiazd

Leândro Messias dos Santos, obrońca Górnika Łęczna, opowiada o dzieciństwie i młodości spędzonych w Brazylii, przeżyciach w europejskich klubach oraz miłości do piłki nożnej i Chrystusa.

ks. Rafał Pastwa: Powszechnie obrońca Górnika Łęczna znany jest jako Leândro. Okazuje się jednak, że Twoje imię i nazwisko jest nieco złożone i dla przeciętnego kibica nawet skomplikowane.

Leândro Messias dos Santos: Z moim imieniem i nazwiskiem łączy się historia mojej rodziny z Brazylii. Messias to nazwisko ze strony mojej mamy. Dos Santos z kolei to nazwisko rodowe mojego taty. Imię wybrał mi tata.

Z jakim miejscem wiąże się Twoje dzieciństwo?

Moja rodzina mieszka w Brazylii. Urodziłem się w Rio de Janeiro. Tam zacząłem grać w piłkę nożną. Miałem siedem lat, gdy zacząłem grać w szkole piłkarskiej. Przez kilka lat gra odbywała się wyłącznie w hali. Po kilku latach edukacji sportowej mogliśmy dopiero grać na boisku.

To zaskakujące.

Być może ten układ szkolenia powoduje, że Brazylijczycy dysponują tak dobrą techniką na boisku. W Brazylii inaczej wygląda gra w piłkę nożną. Chłopcy zaczynają trenować bardzo wcześnie. A trening w hali jest kluczowy, bo jest tam niewielka przestrzeń, więc trzeba szybko myśleć, co sensownego zrobić z piłką.

Kiedy poczułeś, że chcesz zostać piłkarzem?

Gdy miałem trzynaście lat, pewnego dnia podszedłem do mamy i powiedziałem, że na pewno chcę zostać piłkarzem. Że to jest mój pomysł na życie. Dodałem, że będąc piłkarzem będę wspierał rodzinę na wszystkie sposoby. Początkowo ta decyzja nie spodobała się mojemu tacie. Dla niego najważniejsza była szkoła i nauka. Tyle tylko, że ja chodziłem do szkoły i nie miałem problemów z nauką. Oczywiście przyszedł taki etap w życiu, że na nic nie miałem czasu poza treningami i rozgrywaniem meczów.

Jak wygląda Twoja rodzina?

Mam trzy siostry i dwóch braci. Obecnie zmienił się nieco profil rodzin brazylijskich, nie są już tak liczne jak dawniej.

Poprzez media społecznościowe masz z rodziną nieustanny kontakt, mogą obserwować Twoje występy i osiągnięcia.

Tak, to zdecydowane ułatwienie. Staram się też odwiedzać bliskich raz w roku, częstsze odwiedziny są niemożliwe ze względu na rytm pracy i treningów. Natomiast dużym wsparciem jest dla mnie moja narzeczona Marta. Była razem ze mną w Brazylii, poznała również moją rodzinę.

Gdy podjąłeś decyzję o tym, że będziesz piłkarzem to nadal twoja kariera zależała od innych osób. Jakiś trener musiał stwierdzić, że się nadajesz na piłkarza…

Powiem teraz coś, do czego jestem przekonany, i to nie tylko w odniesieniu do piłki nożnej. W życiu jest tak, że jeśli robimy coś i wkładamy w to wszystkie swoje siły i serce, to osiągniemy rezultat. Bez pracy i wysiłku niczego nie da się osiągnąć. Oczywiście, trener widział we mnie potencjał, ale ja bardzo dużo pracowałem. Stosowałem się do zaleceń, zadań na boisku i podczas treningów.

Zacząłeś występy w lidze brazylijskiej, ale Twoim celem była gra w Europie.

Bardzo chciałem grać w Europie, marzyłem o tym, tak jak każdy piłkarz z Ameryki Południowej. Czytałem dużo książek o tym kontynencie, o jego kulturze, oglądałem programy telewizyjne. Ale gdy przyjechałem i zacząłem tu żyć – ten świat okazał się inny. Było mi bardzo ciężko. Barierą był również język. Nie mówiłem wtedy dobrze po angielsku.

Gdy słyszymy „piłkarz z Brazylii”, to przed oczami staje nam Neymar lub Kaká. Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę, że bycie piłkarzem to ogromny wysiłek i nieustanna praca. No i nie jest tak łatwo w tym europejskim raju…

Pierwszym krajem w Europie, w którym przyszło mi grać w piłkę, była Bułgaria. Był to sezon 2007/2008 i klub Czernomorec 919 Burgas. Działacze obserwowali moją grę w Brazylii i postanowili mnie kupić. Byłem tam jednak pół roku, choć podpisałem kontrakt na trzy lata. Nie umiałem się zaadaptować, nie podobało mi się tam.

Co było potem?

Wróciłem do Brazylii. Po trzech miesiącach trafiłem do niemieckiego TSV 1860 Monachium. W tym klubie w ogóle nie grałem. To również była dla mnie ciężka sytuacja. Inna kultura, inny system szkolenia, choć w klubie była dobra atmosfera. Potem grałem w lidze ukraińskiej.

Spędziłeś pięć lat swojej kariery w silnych klubach piłkarskich na Ukrainie. Grałeś m.in. w Twrija Symferopol.

Grałem tam przez rok. To był klub na Krymie, który został rozwiązany w 2014 r. w wyniku anektowania tego terytorium przez Rosję. To był klub występujący w rozgrywkach pierwszej ligi ukraińskiej. Potem grałem dwa lata w klubie Wołyń Łuck. Następnie w FC Hoverla Uzhhorod.

I był to moment zdecydowanie przełomowy w Twojej karierze…

To piękna historia, jaka się zdarzyła w moim życiu. Wtedy zaczynał się kryzys ekonomiczny na Ukrainie. Nie dostałem pensji za pół roku gry, przestałem grać i w 2014 r. zostałem bez drużyny. W rozmowie ze znajomym z Polski okazało się, że jest możliwość odbycia testów w Koronie Kielce. Przyjechałem do Polski. Dwa tygodnie byłem na obozie i testach. Dzięki Bogu dałem sobie radę, podpisałem kontrakt i grałem w tym klubie przez rok. Ta trudna sytuacja skończyła się dobrze.

I przyszedł czas na Górnika Łęczna, którego jesteś pewnym punktem.

Gdy wygasł mój kontrakt z Koroną Kielce, podpisałem nowy z Górnikiem Łęczna. Jestem tu drugi sezon.

Jak Ci się tu podoba?

To jest mój klub. Jestem bardzo zadowolony z gry tutaj. Gdy wychodzę na boisko, chcę zrobić wszystko, co w mojej mocy. Wierzę, że z takim nastawieniem pomagam mojemu klubowi, drużynie i kibicom.

Tych na Arenie Lublin mogłoby być więcej…

Jeśli przyjdzie na mecz stu kibiców, też dam z siebie wszystko.

Niektórzy mówią, że gdyby na boisku było dwóch Leândro i dwóch Gersonów, to Górnik Łęczna wygrywałby z każdym.

Nie, to nie tak. Fakt, mam z Gersonem bardzo dobrą komunikację, ale każdy z zawodników w drużynie ma swoje zadanie i stanowimy jeden zespół. Mamy dobry skład. Ale nasza ekstraklasa jest wymagająca. Gra w polskiej lidze nie jest prosta. Piłka nożna jest też nieprzewidywalna. Chcemy dać z siebie wszystko w każdym meczu. Piłkarz musi wyjść na boisko i zrobić swoje na najlepszym poziomie.

Kiedy zaczyna się mecz z Twoim udziałem, kamery pokazują modlącego się Leândro na kolanach z wyciągniętymi w górę rękoma. Poza ta robi wrażenie nie tylko na kibicach.

Dla mnie to normalne. W moim życiu najważniejszy jest Jezus Chrystus. On jest moją siłą. Uważam, że bez Boga nie ma dobrych relacji między ludźmi. Modlę się przed meczem, modlę się w domu, ale to może się na niewiele zdać jeśli za modlitwą nie idzie moje dobre postępowanie. Ja muszę życiem pokazać, że żyję zgodnie z Bogiem, inaczej modlitwa na nic się nie przyda.

Na Twoim profilu pojawiają się zdjęcia z meczów i treningów oraz fragmenty Pisma Świętego.

Tak zostałem wychowany, to wyniosłem z domu rodzinnego, by żyć z Bogiem.

A czy uważasz, że wiara daje Ci siłę na boisku?

Oczywiście, że tak. Każdego dnia czytam Biblię, znajduje sobie czas na to w ciągu dnia. Czytam i biorę to do siebie. Wiesz, jak jest na boisku (śmiech) – napięcie, zdenerwowanie, ciężka rywalizacja, wysiłek fizyczny i niebezpieczeństwo kontuzji. Dzięki Bogu w mojej karierze nie miałem ciężkich urazów. Wierząc w Boga, wiem, że muszę ciężko i uczciwie pracować. A On jest przy mnie.

Trenujesz z kolegami na okrągło, niekiedy dwa razy dziennie, oprócz tego rozgrywasz mecze. Wszystko w Twoim życiu podporządkowane jest piłce nożnej – to, co jesz, jak długo śpisz. Obowiązkiem chrześcijanina jest też odpoczynek. W jaki sposób się regenerujesz?

Nasza praca jest bardzo trudna, ale przyjemna. Jestem bardzo zadowolony, gdy zmęczę się na treningu, gdy wykonam swoją pracę. Dziękuję za to Bogu. Po treningu jem posiłek, odpoczywam w domu. Bardzo lubię czytać książki o religii, historii i kulturze. Oglądam też programy w telewizji o podobnej tematyce.

W jakim języku czytasz?

Najczęściej oczywiście po portugalsku, ale i po polsku też.

Co powiedziałbyś młodym ludziom, choć nie tylko, którzy uprawiają sport?

Przede wszystkim: uprawiając sport, należy być zdyscyplinowanym. Bez dyscypliny nie da się grać w piłkę nożną, uprawiać innego sportu. Podobnie jest w życiu.

Czy jest drużyna w naszej ekstraklasie, z którą gra Ci się trudniej niż z pozostałymi?

Nie. Nie można koncentrować się na przeciwniku, ale na własnej grze. Jeśli dobrze pracuje się na treningu, dobrze wypełnia się zalecenia trenera, to powinno być dobrze. Choć w piłce nożnej nie można niczego przewidzieć.

rafal.pastwa@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama