Nowy numer 33/2020 Archiwum

Kapłan wyjątkowy

Choć od jego śmierci minęło właśnie 40 lat, na jego grobie cały czas palą się świeczki. Ludzie, zamiast modlić się za niego, modlą się przez jego wstawiennictwo.

Małe miasteczko na Lubelszczyźnie słynie z pierogów, ale od jakiegoś czasu także z faktu, że w lokalnym kościele wśród witraży przedstawiających podobizny czterech ewangelistów wisi także podobizna byłego proboszcza, ks. Dominika Maja. – Moi parafianie mają orędownika w niebie – informuje proboszcz parafii w Bychawie ks. Andrzej Kuś.

– Ks. Dominik pracował tu od 1958 do 1976 r. Wiele wycierpiał, najpierw w czasie II wojny światowej w obozie koncentracyjnym, a potem w okresie komunistycznym. Wierni uważają go za świętego i jeśli mają jakieś problemy, to właśnie przez jego wstawiennictwo proszą o potrzebne łaski – opowiada proboszcz. O tym, że ks. Dominik jeszcze za życia uważany był przez ludzi za świętego człowieka, opowiada ks. Jerzy Krawczyk, który postacią ks. Maja zafascynował się będąc jeszcze w seminarium. – Ksiądz Dominik urodził się na terenie wspólnoty, z której pochodzę, czyli w Rzeczycy Księżej. Na początku wiedziałem tylko, że jakiś ksiądz pochodził z mojej parafii. Im bardziej jednak zgłębiałem jego życiorys, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że to był święty kapłan. Teraz, kiedy wiem więcej, ta świadomość nie ustępuje, a wręcz wzrasta – opowiada ks. Jerzy.

Od dziecka niezwykły

Mały Dominik, który urodził się w 1908 r. jako siódme dziecko w rodzinie, od początku mocno wyróżniał się wśród rodzeństwa. – Już jako bardzo młody chłopak codziennie chodził kilka kilometrów pieszo do Kraśnika, aby tam uczestniczyć we Mszy św., ponieważ w Rzeczycy Msza odprawiana była tylko od czasu do czasu – opowiada ks. Krawczyk. – Później w liceum biskupim i dalej w seminarium koledzy traktowali go z wielkim szacunkiem. Nikt za bardzo nie wiedział dlaczego, ale w jego obecności wszyscy nagle poważnieli i starali się zachowywać naprawdę idealnie – śmieje się ks. Jerzy. Opinia o świętości ks. Dominika pojawiła się w czasie jego pobytu w obozie koncentracyjnym. Został aresztowany w czerwcu 1940 r. Wraz z nim aresztowano też ks. Marcina Bardela, późniejszego wielkiego przyjaciela ks. Maja. Razem przeszli najpierw więzienie w rotundzie zamojskiej, potem na Zamku Lubelskim, w Sachsenhausen i w końcu w Dachau. – Gdy tylko ks. Dominik trafił do Dachau, zaraz został poproszony przez bł. już dziś ks. Frelichowskiego o opiekę duszpasterską nad czwartą izbą 28. bloku. Tam miał organizować życie religijne – opowiada ks. Jerzy.

5 lat męczarni

Ksiądz Dominik jako jeden z pierwszych w obozie rozpoczął odprawianie tzw. suchych Mszy Świętych, tzn. po kolei wypowiadał słowa Mszy św., omijając konsekrację. Jak mówią świadkowie, w tym czasie często płakał. Znał na pamięć wszystkie treści modlitwy eucharystycznej. Choć pracował w jednej z najtrudniejszych jednostek obozu, bo na plantażach (wielohektarowych polach przylegających do obozu), co wiązało się z wielkim wycieńczeniem fizycznym, to w drodze do pracy, a także już pracując, prowadził modlitwy: Różaniec, litanie, godzinki. Gdy warunki w obozie się zmieniły w 1942 r., ks. Dominik napisał do swojej matki list, „aby przysłała mu to lekarstwo, które każdego dnia zwykł spożywać na czczo”. Jego matka doskonale wiedziała, o co synowi chodzi. Upiekła duży bochenek chleba, wydrążyła go w środku i w tym bochenku przemyciła wino i hostie do obozu. – Od tego momentu ks. Dominik jako jeden z pierwszych rozpoczął odprawianie konspiracyjnych Mszy św. – opowiada ks. Jerzy. Odkąd odprawił pierwszą Mszę w obozie, jak w swych wspomnieniach relacjonuje ks. Marcin Bardel, bardzo się zmienił. „Cały czas nosił Pana Jezusa przy sobie, udzielając Go wszystkim potrzebującym we wszystkich możliwych momentach” – wspomina kapłan. Z jego zapisków wiadomo też, że przygotowywał pozostałych kapłanów do tego, aby celebrowali Msze św. w obozie. Za sprawą niepozornego księdza zmieniali się nie tylko więźniowie w obozie, zdarzały się też cudowne przemiany w sercach największych katów. – Wiemy ze wspomnień współwięźnia ks. kardynała Adama Kozłowieckiego, że w obozie był kapo o ps. „Kretynek” – opowiada ks. Krawczyk. – Ten Kretynek miał strasznie katować ks. Dominika. W pewnym momencie jednak sam jakoś podpadł SS-manom. Został ukarany tym, że odebrano mu przydział chleba. Ks. Dominik wtedy, według relacji świadków, odstąpił mu połowę swojego przydziału. Podobno ta sytuacja miała zaważyć na przemianie życia tego człowieka. Dzięki modlitwie obozowej ks. Maja wielu cudem uszło z życiem. Wśród ocalonych znalazł się także jego przyjaciel ks. Marcin. – Kiedyś została mu wymierzona kara zamknięcia w ciasnym pomieszczeniu, tzw. klitce. To pomieszczenie nie tylko było małe, ale jeszcze mocno podgrzewane – opowiada ks. Krawczyk. – Nie dało się tam usiąść, nie dało się kucnąć, trzeba było stać. Na ogół serce nie wytrzymywało dłużej niż 24 godz. Bardzo szybko następowała śmierć. Gdy go zabierano, szepnął tylko słowo do ks. Dominika, żeby modlił się za niego, bo teraz już tylko w modlitwie nadzieja. Ks. Maj modlił się bardzo gorąco. Gdy zabrali ks. Marcina, okazało się, że wszystkie „klitki” są zajęte. SS-man, który go zabrał, wsadził go do jakiejś komórki na tymczasowe przetrzymanie, aż któryś z zajmujących „klitki” umrze. Ksiądz Bardel spędził w komórce całą noc. Jego potencjalny oprawca o nim zapomniał. Rano wszedł do niego jakiś inny SS-man, pytając, co tu robi, i wypędził go, mówiąc, żeby mu się więcej na oczy nie pokazywał. Ks. Marcin twierdzi, że to wszystko dzięki wstawienniczej modlitwie ks. Dominika. Ks. Dominik razem z ks. Marcinem i klerykiem Józefem Świniarskim jakiś czas później, kilka miesięcy przed ogólnym obozowym oddaniem się księży w Dachau pod opiekę św. Józefa, powierzyli się opiece Matki Najświętszej. 29 kwietnia 1945 r. o 17.30 Amerykanie wyzwolili obóz. Zdążyli to zrobić równo półtorej godziny przed zaplanowaną likwidacją.

Proste rzeczy

Ksiądz Maj tuż po odzyskaniu wolności ruszył do pracy. Trafił do Tyrolu, gdzie przez jakiś czas był duszpasterzem młodzieży. Gdy otrzymał wezwanie od biskupa Wyszyńskiego do powrotu do Polski, wrócił do diecezji. Od razu został mianowany proboszczem w Bobach. Praca księdza Dominika była w tej zaniedbanej wiosce bardzo trudna. – Ale już tutaj dał się poznać jako święty kapłan – podkreśla ks. Krawczyk. – Zaczął od prostych rzeczy: zapraszania ludzi do systematycznego uczestniczenia we Mszy św.; wprowadził nabożeństwa pierwszopiątkowe i pierwszosobotnie. Miał również wielkie nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa i wszystkie rodziny w parafii Jemu zawierzył. W tym czasie już był zaliczony do grupy księży reakcjonistów. Inwigilowano go, wielokrotnie szykanowano i wzywano na przesłuchania. Z artykułu ks. Krzysztofa Kołodziejczyka wynika, że do końca pozostał nieugięty. W roku 1958 skierowany był do parafii w Bychawie. Tutaj został do końca swojego życia. Od początku starał się ludzi jak najbardziej przybliżyć do Boga. Jako proboszcz sam katechizował dzieci. – W Zaraszowie na tzw. Holwechówce odbywały się lekcje religii w domu państwa Kowalików – wspomina pani Ewa, była parafianka ks. Maja. – Tam rodzice nas prowadzali, a zimą wozili na sankach na lekcje religii z ks. Dominikiem. Zapamiętałam go jako przemiłego, głębokiej wiary kapłana, przyjaciela, kochającego Boga i wszystkich ludzi, a zwłaszcza dzieci. Nigdy nie przechodził obojętnie, zawsze gładził nas po głowach i z sympatią przytulał. Umiał też przekazać nam zasady wiary.

Wstawia się za nami

Gdy ktoś pojawiał się na plebanii w Bychawie, to, jak wynika ze wspomnień byłych wikariuszy, pierwszym pytaniem było, czy jest głodny. Myślał zawsze o wszystkich, a szczególną wyrozumiałością, jak mówili księża z nim pracujący, kierował się wobec ludzi żyjących na marginesie. – Jeden z byłych wikariuszy wspomina sytuację, gdy zmarł w parafii człowiek nadużywający alkoholu. Rodzina przyszła, żeby go pogrzebać. Ksiądz Maj sam postanowił odprawić ten pogrzeb – opowiada ks. Jerzy. – Podobno był to pogrzeb iście królewski. Gdy młodzi księża mówili, że przecież ten człowiek nie zasługiwał na taki pogrzeb, on odpowiadał, że właśnie jemu najbardziej potrzebna jest taka modlitwa. Ks. Maj umarł w 1976 r. Na pogrzebie ks. Marcin Bardel powiedział, że jego zdaniem trzeba się modlić nie za ks. Dominika, ale przez jego wstawiennictwo. Dziś wielokrotnie do ks. Krawczyka, który jest autorem książki o ks. Maju, zatytułowanej „Ks. Dominik Maj – Kapłan Serca Bożego”, docierają informacje o wysłuchanych modlitwach, kierowanych przez ludzi do Boga przez wstawiennictwo proboszcza z Bychawy. – Zdarzają się też potwierdzone uzdrowienia z nieuleczalnych chorób – zauważa ks. Jerzy. – Ja sam, ilekroć jestem w Bychawie, odwiedzam jego grób i modlę się przy wyrzeźbionej z kamienia postaci przytulającej małe dzieci – podkreśla.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama